czwartek, 21 kwiecień 2011 12:24

Mateusz Piskorski: Interwencja lądowa w Libii?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Strazlibia  dr Mateusz Piskorski

Zapowiedź premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona o wysłaniu do Libii grupy ekspertów wojskowych została poparta podobnymi deklaracjami Francji i Włoch. Co ciekawe, francuski establishment wydawał się być do ostatniej chwili podzielony w tej sprawie.

Minister spraw zagranicznych Alain Juppe początkowo stwierdził, że operacja lądowa nawet o charakterze misji doradczej nie jest przez Paryż rozważana, następnie Axel Poniatowski z rządzącej UMP (Unii na rzecz Ruchu Ludowego) oznajmił, iż sprawa nie jest przesądzona, a na koniec prezydent Nicholas Sarkozy, po spotkaniu z przywódcą libijskich rebeliantów Abdelem Jalilem, ogłosił, że do Benghazi wysłana zostanie grupa francuskich oficerów łącznikowych. Do akcji skwapliwie przyłączyli się także Włosi, którzy wyraźnie nie chcą ustępować innym krajom europejskim w rywalizacji o strefę wpływów w Afryce Północnej.

 

Jednocześnie przebywający w Paryżu Ahmed Jalil zaprosił Sarkozy’ego do złożenia wizyty w Benghazi, co stanowiłoby ogromne wsparcie dla rebeliantów w sensie wizerunkowym. Francuski prezydent nie wykluczył złożenia takiej wizyty. Gdyby doszła do skutku, byłaby nie tylko ogromnym precedensem w historii stosunków międzynarodowych (głowa państwa złożyłaby wizytę liderom jednej ze stron wojny domowej), ale stanowiłaby również istotny element międzynarodowej legitymizacji oraz budowy autorytetu wewnętrznego samozwańczej Narodowej Rady Tranzycyjnej.

Można się z dużym prawdopodobieństwem spodziewać, że w najbliższych dniach do Libii trafi kilkudziesięciu oficerów służb specjalnych wymienionych wyżej krajów Unii Europejskiej. Nie wiemy dziś, jaki będzie zakres ich zadań, ale nietrudno wyobrazić sobie, że będą oni musieli przygotować i zaplanować inwazję rebeliantów na zachód kraju i organizację próby dokonania przewrotu w samym Trypolisie. Do takiego wniosku dochodzi m.in. brytyjski analityk wojskowy Crispian Cuss, który twierdzi, że rolą zagranicznych doradców ma być przekształcenie istniejących rebelianckich sił zbrojnych w regularne i zdolne do postępów na froncie jednostki. Dlatego libijski wiceminister spraw zagranicznych Khaled Kaim zareagował bardzo zdecydowanie, uznając że „ta misja jest niewykonalna. Kogo mieliby rzekomo organizować eksperci? Rebelianci stanowią zlepek różnych grup. Nie mają jednego przywódcy. Nie są dobrze zorganizowane, więc jestem pewien, że misja tego rodzaju zakończy się całkowitym fiaskiem”. Jego sceptycyzm potwierdza postawa pozornie wycofanego i przyglądającego się z oddali konfliktowi Waszyngtonu: rzecznik prasowy Białego Domu Jay Carney mówi, że „prezydent Obama jest oczywiście poinformowany o tych planach i popiera je, mając nadzieję i wierząc, że pomogą one opozycji. Nie zmienia to jednak wcale przyjętej przez niego polityki niezaangażowania sił lądowych w Libii”.

Przy okazji pojawia się pytanie, kto faktycznie dowodzi oddziałami rebeliantów, a zatem kto będzie bezpośrednim beneficjentem pomocy wojskowej świadczonej przez doradców z Londynu, Paryża i Rzymu?  W połowie marca z USA do Benghazi przybył pułkownik Khalifa Hifter, w latach 80. jeden z najwyższych dowódców wojskowych reżimu Muammara Kadafiego. Odsunięty po nieudanej operacji w sąsiednim Czadzie, Hifter trafił 20 lat temu do Stanów Zjednoczonych, gdzie zamieszkał w stanie Wirginia, nieopodal siedziby CIA w Langley. Libijski wojskowy przez dwie dekady nie podjął, jak donoszą amerykańskie media, żadnej oficjalnej pracy zawodowej. Jego status materialny był jednak bardzo wysoki, co może dziwić w przypadku obywatela kraju oskarżonego wówczas o dokonanie zamachu na samolot w Lockerbie. W 1996 roku w rozmowie z dziennikarzem Washington Post generał przyznał, że opracowuje koncepcję organizacji struktury libijskich contras, uzbrojonych i szkolonych przez Pentagon. Inne źródła wspominają o tym, że jeszcze w 1987 roku Hifter podczas operacji libijskiej w Czadzie zdezerterował i ogłosił przejście do opozycji. Zajął się wówczas organizacją formacji zbrojnych na terytorium południowego sąsiada Libii, lecz musiał opuścić Ndżamenę w związku z przejęciem władzy przez popieranego przez Paryż i Trypolis Idrissa Deby’ego. Inny z dowódców rebeliantów to Abdul Fattah Younes minister spraw wewnętrznych w rządzie Libii, który już w lutym został porwany przez grupę zbrojną na terenie Benghazi, by wypowiedzieć już wkrótce posłuszeństwo strukturom rządowym.

Pozornie niewielka pomoc w postaci oficerów łącznikowych może przerodzić się bardzo szybko w stojącą sprzeczności z rezolucją ONZ operację lądową. Od tej chwili Brytyjczycy, Francuzi i Włosi muszą dbać o bezpieczeństwo swoich obywateli, co oznacza, że konflikt będzie miał charakter zdecydowanie bardziej brutalny niż to miało miejsce do tej pory.

Materiał został przygotowany w ramach programu analitycznego ECAG – Libia 2011.

Czytany 14825 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04