środa, 04 lipiec 2012 08:32

Robert Potocki: Europa musi być mocarstwem

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

PES


geopolityka  dr Robert Potocki

Recencja: Nicole Gnesotto, Przyszłość Europy strategicznej, Wydawnictwo: Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, Warszawa 2012, 179 ss.

 

Rozprawa Nicole Gnesotto wpisuje się we francuskie koncepcje geopolityczne „Europy jako mocarstwa”. Na polskim rynku wydawniczym jest to zasadniczo trzecia książka poświęcona temu zagadnieniu. W 2004 roku, w serii wydawniczej „Temat dnia”, Wydawnictwo Akademickie „Dialog” opublikowało rozważania Christiana Saint-Étienne’a poświęcone koncepcji „Republiki Reńskiej”, zaś Tzvetan Todorov opublikował swe rozważania poświęcone Europie jako „spokojnemu mocarstwu” [1]. Istnieje jednak zasadnicza różnica, jeśli chodzi o kontekst wydawniczy. Te pierwsze były publikowane w okresie narastania fali antyamerykanizmu w Europie Zachodniej, wywołanej wojną iracką oraz w związku z procesem rozszerzenia Unii Europejskiej na Europę Środkowo-Wschodnią. Miały także do pewnego stopnia charakter „rewizjonistyczny”. Inny jest zatem wydźwięk tych publikacji. Recenzowana rozprawa narodziła się – jak przyjmuje to autorka – u schyłku Pax Americana oraz wzrostu tendencji eurosceptycznych, pojawiających się w związku z Wielką Recesją 2008 roku. Tym niemniej, wszystkie te pozycje pokazują, iż od czasu do czasu, jak przysłowiowy bumerang powraca problem „polityczności” procesu integracji europejskiej, w kontekście turbulencji i tranzycji współczesnego ładu międzynarodowego.

Książka składa się z trzech zasadniczych części, podzielonych symetrycznie na sześć rozdziałów. W pierwszej Niepowstrzymany rozwój Europy strategicznej (s. 17-69) autorka dokonuje nie tylko swoistego bilansu szeregu inicjatyw na tym polu, to jeszcze – idąc pod prąd obecnym tendencjom – w sposób nader umiejętny „rehabilituje” strategiczny rozwój UE. Tym niemniej nie waha się ona stwierdzić, iż „genetycznym” problemem Europy jest jej chroniczna słabość, która zasadniczo wyraża się w formule civilian power. Tego rodzaju rozrachunek stanowi właśnie część II. Permanentna słabość Unii Europejskiej (s. 71-121). Autorka nie ma także złudzeń, jeśli chodzi o „Zmierzch Zachodu” i dlatego w sytuacji przetasowań na „światowej szachownicy” związanej z narastaniem procesów współzależności, internacjonalizacji oraz instytucjonalizacji w części III. Unia Europejska w procesie globalizacji (s. 123-171) postuluje przejście do kolejnego etapu integracji europejskiej.

Nicole Gnesotto rozpoczyna swe rozważania od pytania, które stanowi klucz do całej książki: Do czego jest nam potrzebna Unia Europejska? (s. 11) Pytanie wbrew pozorom nie jest bynajmniej banalne. Otóż Europejczycy chlubią się faktem, iż proces integracji doprowadził na Starym Kontynencie do pojawienia się zupełnie nowego typu stosunków międzypaństwowych. Z czasem wysiłek ten zaowocował wykrystalizowaniem się zupełnie nowego podmiotu politycznego, który – teoretycznie rzecz ujmując – posiada statystyczne zasoby i potencjalne możliwości porównywalne z analogicznymi atrybutami USA. W praktyce jednak okazuje się, iż ta civilian power nie potrafi przekuć swoich atutów na możliwości działania i wpływy globalne, nawet na obszarze własnej strefy bezpieczeństwa (Bałkany, Europa Wschodnia, Afryka Północna). Dlatego też Nicole Gnesotto, nie bez kozery konstatuje; „Mamy tu do czynienia z uderzającym paradoksem: Europa nigdy nie była tak potrzebna, a jednocześnie tak lekceważona” (s. 12). Zdaniem recenzenta – sformułowanie to jest niejako sprzeczne wewnętrznie. Po pierwsze faktem jest, iż – mimo procesu rozszerzenia – UE jest lekceważona przez wielkie mocarstwa kontynentalne (głównie dotyczy to USA, Rosji a w mniejszym stopniu także Chin i Indii), jako podmiot uwikłany w rozgrywki wewnętrzne i przejawiający tendencje stagnacyjne, przy równocześnie nadmiernie rozbudowanych ambicjach i mniemaniu o sobie samej. Z drugiej zaś strony trzeba postawić pytania: do czego właściwie świat potrzebuje Europy, skoro w następstwie Wielkiej Recesji 2008 roku oraz nihilizmu cywilizacyjnego przestała ona być wzorcem rozwoju?

Mówiąc nieco kolokwialnie – samoocena UE sprowadza się do faktu, iż jest ona podmiotem „nowego typu”, którego podstawowym zadaniem jest propagowanie nowatorskiej formy stosunków międzynarodowych. Z kolei dla czynników zewnętrznych – kiedy odłożymy na bok kategorie poprawności politycznej – to okazuje się, iż Europa jest dobra przede wszystkim w „sztuce retoryki” oraz krytyce ekspansjonistycznej polityki Stanów Zjednoczonych. Prawda brzmi jednak bardziej przyziemnie – strategicznej Europy potrzebują przede wszystkim sami Europejczycy, gdyż alternatywą jest ich zupełna marginalizacja. Wynika to już z prostej kalkulacji potencjałów. Żadne państwo europejskie (nawet Niemcy), ani ich grupa nie jest w stanie sprostać konkurencji polityczno-gospodarczej mocarstw kontynentalnych takich jak USA, ChRL czy Indie. Mało tego – bez jakiejś formy integracji polityczno-wojskowej jest ona skazana na rolę „postmodernistycznej Hellady”, której sprzeczności wygrywa jakiś odpowiednik starożytnej Persji, Macedonii, czy też Rzymu.

Można się zatem zgodzić z autorską, że Unia Europejska była z jednej strony głównym beneficjentem upadku systemu jałtańsko-poczdamskiego, z drugiej zaś liczne konflikty zbrojne na jej peryferiach pokazały, iż jej słabością był zanik myślenia w kategoriach strategicznych. Złożyły się na to trzy czynniki:

• klęska militarna Europy w czasie II wojnie światowej,
• podmiotowość Europy w rywalizacji między USA a ZSRR w okresie Zimnej Wojny oraz,
• wewnętrzna konstrukcja Wspólnot Europejskich, która z definicji była ageopolityczna.

Turbulencje ładu globalnego oraz postępująca peryferyzacja UE jednak stawiają ją przed koniecznością „powrotu do Historii” – wg Kaganowskiego określenia. Tu przeszkodą była – zdaniem recenzenta – nie tyle rola Stanów Zjednoczonych, jako czołowego „mocarstwa europejskiego”, lecz paradygmat państwa narodowego – który wskutek procesów globalizacyjnych – powstrzymywał i nadal zamyka Stary Kontynent w „kleszczach helleńskich”. Nicole Gnesotto, bynajmniej nie kwestionując tych faktów, zajmuje jednak dość optymistyczne stanowisko – czym znacząco odróżnia się od przywołanych już wyżej Christiana Saint-Étienne’a i Tzvetana Todorova – i stwierdza, iż już w pierwszej dekadzie XXI wieku proces budowy Europy strategicznej został z powodzeniem zainicjowany (s. 40-67). Tu punktem wyjścia rozważań autorski jest – skądinąd słuszne – stwierdzenie, że po 2003 roku Unia Europejska zaangażowała w szereg misji, które mieszczą się w kategoriach soft security. Nie kwestionując bynajmniej ich doniosłości warto jednak zapytać o ich rezultaty. Otóż w większości wypadków trudno jednoznaczną ocenę, gdyż większość znajduje się w stanie „zawieszenia” lub „zamrożenia”.

Pragmatyka strategiczna UE dowodzi także, iż wskutek ograniczeń organizacyjnych, prawnych, instytucjonalnych, nie jest ona w stanie wykorzystać swojej hard power, aby wykorzystać ją w celu wzmocnienia swojej pozycji jako ciwilian power. Generalnie trzeba zauważyć, iż podstawową słabością Europy jest brak myślenia kategoriami geopolitycznymi i związane z tym działania o charakterze wyprzedzającym. W konsekwencji jest też ona nie tyle kreatorem ładu globalnego, co moderatorem, który dopiero reaguje na zagrożenia o charakterze kryzysowym. Ponadto jej zdolność do zaangażowania jest także ograniczona wymogami unikania kolizji interesów z innymi potęgami (szczególnie uwaga ta dotyczy Rosji i Chin). Krytykując punkt widzenia autorski nie sposób jednak nie zauważyć, ich w tym wypadku sukcesem samym w sobie jest fakt stworzenia europejskiej doktryny bezpieczeństwa oraz zaczątki kooperacji w tym zakresie między poszczególnymi państwami. Tu recenzent podziela pogląd ich wielką wartością dodaną UE jest zdolność legitymizacji międzynarodowej (s. 47-51) oraz postępująca praca organizacyjno-instytucjonalna nad wspólną obroną. Czy można jednak w tej sytuacji mówić o „strategicznej nowoczesności” Unii Europejskiej (s. 52-55). Odpowiedź na to zagadnienie nie może być jednoznaczna, gdyż faktem jest iż pojęcie bezpieczeństwa uległo znaczącej redefinicji i rozszerzeniu o „miękkie komponenty”; równocześnie wojna sierpniowa – czego zresztą i sama autorka nie ukrywa – uzmysłowiła Europejczykom dość prozaiczną prawdę, iż Realpolitik nie jest już bynajmniej reliktem Historii, lecz produktem World Politics.

Trzeba równocześnie przyznać, iż Nicole Gnesotto nie popada w recenzowanej monografii w strategiczny euroentuzjazm. Jej analiza zdaje się w części I być wyważona, choć już jej ocena dyskusyjna. Wychodząc jednak z założenia, iż posiada ona pełne prawo do wyrażania swojej opinii, nie sposób nie zauważyć, iż w następnej części przeprowadza ona bardzo drobiazgową krytykę stanu obecnego „kultury strategicznej” Unii Europejskiej. Zdaniem recenzenta tutaj kluczem do wywodów odautorskich jest przede wszystkim postulat „europejskiej kultury strategicznej”. Na „permanentną słabość” UE składają się zatem trzy podstawowe uwarunkowania: „strategiczna niewidzialność” i deficyt zdolności (s. 80); „kult” narodowej suwerenności wojskowej oraz „komfort” więzi transatlantyckich. „Wiele hałasu o nic” (s. 71) – tak autorka rozpoczyna swego rozważania na ten temat. Przede wszystkim wskazuje ona na fakt, iż dokonania unijne wykazane w części I znamionuje swego rodzaju „zmowa milczenia”, która jest konsekwencją „wirtualności” europejskiej obrony oraz niechęci parlamentów i społeczeństw narodowych. Kolejnym problemem jest fakt „potęgi militarnej” Europy. Teoretycznie potraktowana w kategoriach jednolitego „ośrodka siły” pod względem zasobów, potencjału bojowego, wydatków zbrojeniowych Unia Europejska pozostaje nadal drugą potęgą militarną świata. Problem jednak polega na tym, że w latach 1991-2011 dystans między nią a potęg USA jeszcze się pogłębił, zwłaszcza na polu strategicznym. Natomiast inne mocarstwa (głównie azjatyckie) – korzystając z zapaści ekonomicznej Europy – regularnie go nadrabiają. Problem Starego Kontynentu nie tkwi jednak jedynie w słabej koordynacji zdolności obronnych, czy niewielkich możliwościach ekspedycyjnych lecz przede wszystkim w przyjętej filozofii politycznej, która niejako z góry wyklucza wykorzystanie tego czynnika przez Unię dla obrony swych interesów (nawet jako czynnika wygaszającego konflikt na peryferiach). Trudno nie zgodzić się z sugestia, iż „Celem strategicznym Unii nie jest przeistoczenia się w wojskowe supermocarstwo interweniujące wszędzie i w każdej sprawie, na wzór Ameryki. Misja Unii, ta w każdym razie, za którą stoją jednomyślnie państwa członkowskie, polega na stabilizowaniu w sposób wiarygodny i trwały pewnej liczby regionalnych kryzysów, w miejscach o istotnym znaczeniu dla interesów europejskich” (s. 76). W praktyce jednak sprawa jest bardziej złożona, co wynika przede wszystkim z konsensualnego charakteru samej UE, który wymaga, aby uwzględniać zastrzeżenia wszystkich jej członków, szczególnie na obszarach kolizji interesów kilku mocarstw.

Analityczka jest także zdania, iż na słabość strategiczną Europy składa się zasada egoizmów narodowych poszczególnych państw na obszarze wojskowości oraz istnienie NATO. Te dwa uwarunkowania działają jednak na zasadzie sprzężenia zwrotnego (s. 80-93). Tu trzeba powiedzieć, iż istnienie tego paktu wojskowego w pewien sposób oduczyło myślenia Europejczyków kategoriami strategicznymi, które pozostawili podmiotowi zewnętrznemu. W konsekwencji stali się oni nie tyle nawet współtwórcami, lecz jedynie konsumentami bezpieczeństwa. Ten sposób myślenia przyjęły następnie kraje Europy Środkowo-Wschodniej, które przystąpiły do tej organizacji. Wynika to przede wszystkim z określonych doświadczeń historycznych oraz ich relatywizacji przez kraje „starej Europy”. Z drugiej strony nie należy unikać stwierdzenia, iż z perspektywy Waszyngtonu Pakt Północnoatlantycki był i nadal jest to ważny instrument panowania na obrzeżach Eurazji. Także zachowanie wojskowego status quo wydaje się we współczesnej Europie po prostu tańsze.

W tej sytuacji budowa wspólnych zdolności obronnych wymaga zatem nie tylko wyjścia spoza „etnicznych opłotków”, lecz przede wszystkim koordynacji rozwoju krajowych zdolności wojskowych oraz ich pełnej kompatybilności. Wymaga to jednak przyjęcia przez poszczególne państwa zasady podzielności „suwerenności wojskowej" oraz reorganizacji struktur NATO, jako paktu składającego się głównie z amerykańskiego i europejskiego komponentu cywilno-militarnego. Transformacja Europy w tym kierunku nie może mieć jednak wymiaru antyamerykańskiego, służyć za instrument nacisku jedynie mocarstwom europejskim (postulat „nowej Europy”), ani też być narzędziem ekspansji polityczno-gospodarczej. Na obecnym etapie rozwoju historycznego Unia Europejska nie osiągnęła zatem pożądanej w świecie Realpolitik zdolność odwoływania się do siły wojskowej w celu osiągania określonych celów strategicznych. I to jest największa słabość jej ciwilian power. Bez tych atrybutów mówienie o Europie jako mocarstwie wydaje się jedynie „figurą retoryczną”.

Czy mamy jednak inne wyjście, niż budowa Europy jako mocarstwa?

Otóż w części III Nicole Gnesotto twierdzi deklaratywnie, że tak naprawdę to nie mamy już innego wyjścia. Czynnikiem wymuszającym te zmiany – nie jest jednak wyłącznie globalizacja, lecz także turbulencje ładu globalnego oraz tranzycja potęgi w Azji. W jej opinii transformacja ta wynika z trzech czynników: anarchizacji stosunków międzynarodowych, aktualności geopolityki oraz „rewolucji umysłowej” (s. 123-141). Przede wszystkim autorka wychodzi z modnego dzisiaj założenia, iż znajdujemy się w okresie schyłku Pax Americana oraz ogromnego wzrostu potęgi Chin i Indii. W tej sytuacji proponuje ona oparcie nowego ładu globalnego nie tyle na grupie G8, co G20 (s. 127). W konsekwencji zamiast spodziewanego multilateralizmu, otrzymujemy sieciowy minilateralizm. Z drugiej strony głównym problemem polityki światowej staje się geoenergetyka. Analityk ten wychodzi z założenia, iż przed Europą stoi kilka palących kwestii: współzależność demografii i dostępu do węglowodorów na Bliskim Wschodzie i Rosji oraz stabilność strategiczna Azji (Tajwan, Korea, Indochiny). W zasadzie uwagi te nie wnoszą niczego nowego w stosunku do innych publikacji, a do tego opisują wzmiankowane problemy w sposób wysoce powierzchowny. Próżno tu jednak znaleźć odniesienia do problemu państw upadłych, arabskiej „wiosny ludów”, która daje pewne nadzieje na zmiany polityczne w regionie Afryki Północnej i Bliskim Wschodzie oraz ekspansjonizmie Rosji w Europie Wschodniej, Kaukazie i Arktyce. Z kolei w ostatnim wątku przez „rewolucję umysłową” rozumie ona dostrzeżenie współzależności między hard i soft power. Jest to nic innego jak powielenie koncepcji Josepha Nye’a [2].

Ostatni z rozdziałów Nicole Gnesotto ogniskuje swą uwagę na przyszłości. Przede wszystkim autorka zauważa, iż z perspektywy historycznej proces integracji europejskiej osiągnął swój punkt kulminacyjny, zaś dotychczasowa formuła integrująca uległa zasadniczemu wyczerpaniu. Gnesotto zwraca przy tym uwagę na czynniki głównie zewnętrzne: postępującą marginalizację UE, słabość wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony, „renesans” państwa narodowego oraz niewiarę w projekt unijny. Słusznie zauważa ona, że do uśpienia aspiracji mocarstwowych Europy przyczyniła się także strategia polityczna prezydenta USA Baracka Obamy w latach 2009-2012. Zdaniem recenzenta problem Unii Europejskiej jest jednak dużo głębszy i jest uwarunkowany przede wszystkim historycznie i kulturowo. Przede wszystkim proces integracji europejskiej powinien zostać wypełniony realną treścią cywilizacyjną [3]. Także czas kryzysu, który ma w Europie charakter systemowy – paradoksalnie – sprzyja refleksji nad jej kondycją i przyszłością. To jednak wymaga nie tylko wielkiego wysiłku intelektualnego od Europejczyków, lecz także zmiany sposoby myślenia. Autorka słusznie zauważa, że zasadniczym wspólna polityka obronna powinna stać się przede wszystkim narzędziem polityki zewnętrznej, nie zaś celem samym w sobie. Pierwszym krokiem w tym kierunku miała by być redefinicja relacji transatlantyckich (s. 166-171), zwłaszcza w sytuacji kiedy Waszyngton przeniósł definitywnie w 2012 roku ciężar swej polityki globalnej nad Pacyfik. Oczywiście zasadniczo jest to dość słuszny i oczywisty postulat, jednakże w praktyce każdy geoanalityk zauważy, iż problem tkwi w szczegółach. Z monografii wynika dość jasno, iż Europa strategiczna to „potęga konieczna”. Zanim jednak to się stanie Europejczycy przede wszystkim muszą uporządkować „własne podwórko”. I to bez wszelkiego rodzaju wymówek, czy też partykularyzmów.

Koniec końców należy stwierdzić, iż monografia jest napisana stosunkowo prostym językiem. Cały wywód jest przejrzysty i logiczny, poglądy zaś dość wyważone. Autorka dokonuje dość nowatorskiej interpretacji i analizy problemów Europy strategicznej. W sensie historycznym wnosi ona wiele ciekawych wątków interpretacyjnych jeśli chodzi o europejską wspólnotę obronną. Także diagnoza współczesności idzie do pewnego stopnia pod prąd obowiązującym interpretacjom. Z kolei zaproponowane przez nią postulaty wpisują się w tradycje geopolityki francuskiej. Dlatego też warta jest polecenia dla wszystkich zainteresowanych studiami strategicznymi, czy też stosunkami międzynarodowymi.

Pozycja do nabycia w księgarni internetowej PISM.


______________________________________________
1. Ch. Saint-Étienne, Potęga albo śmierć. Europa wobec imperium amerykańskiemu, Warszawa 2004; T. Todorov,  Nowy nieład światowy. Refleksje Europejczyka, Warszawa 2004.
2.  R. Potocki, Potęga a nieład światowy. Dylematy „siły miękkiej”  w relacjach transatlantyckich, [w:] Euroatlantycka obronność na rozdrożu, red. G. Rdzanek, Wrocław 2004, s. 77-105.  
3. F. Gołembski, Cywilizacja europejska, Warszawa 2012, s. 145-162.

Czytany 5642 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04