wtorek, 22 marzec 2011 11:39

Radosław Domke: W stronę osi Paryż-Berlin-Moskwa

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Ku_Nowej_Europie  dr Radosław Domke

Recenzja: Leszek Sykulski, Ku Nowej Europie: perspektywa związku Unii Europejskiej i Rosji. Spojrzenie geopolityczne z Polski, Instytut Geopolityki i Alfa24, Częstochowa 2011, ss. 122.

 

Koncepcja geopolityczna zawierająca w sobie opcję zjednoczenia całego kontynentu euroazjatyckiego ma już swoją długą historię. Co prawda w historii nigdy się to nie dokonało, podejmowane były jednak rożne próby ku temu, żeby wymienić tylko kampanie Aleksandra Wielkiego (IV w. p.n.e.), podboje Dżyngis Chana (XIII w.), Imperium Osmańskiego (XVI-XVII w.), czy też ostatnią próbę, państw osi Berlin-Rzym-Tokio (poł. XX w.). Również na drodze pokojowej idea jedności Starego Świata nie jest niczym obcym w nowoczesnej myśli politycznej, wystarczy choćby wymienić koncepcję Charlesa de Gaulle’a zjednoczonej Eurazji „od Lizbony po Władywostok”, czy eurazjatyckie projekty Rosji Władimira Putina. W czasach gdy rodzima myśl polityczna jest zdominowana przez dyskurs euratlantycki tym bardziej cieszy, iż do kreatywnej polemiki intelektualnej włącza się autor reprezentujący całkowicie przeciwstawny pogląd.

Wyjściem dla tez Leszka Sykulskiego jest sama geografia fizyczna naszego kontynentu, którą cechuje jednolitość, sztucznie przekreśloną od XIX wieku wyznaczeniem linii granicznej na stosunkowo niskich i łatwych do przybycia górach Ural, które są tylko zwykłym pasmem, w dodatku w granicach tego samego państwa. Już stulecie temu J.H. Mackinder określał Stary Świat mianem World Island, na którą składała się Eurazja i Afryka, terytoria niezwykle powiązane ze sobą, cechujące się dużą spójnością wewnętrzną jako „jeden ląd” w odróżnieniu od odległych Ameryk, Australii i Antarktydy. Geografia fizyczna to jednak nie wszystko dla rozwoju koncepcji geopolitycznych, prawie równie ważna jak ona, jest bowiem kultura. A ta od stuleci w światopoglądzie mieszkańców naszego globu, a zwłaszcza jego północnej hemisfery, dzieli się na kulturę „Zachodu” i „Wschodu”, kulturę europejską i azjatycką (nie będziemy tu komplikować sprawy pod kątem metodologicznym i nie będziemy używać terminu „cywilizacji”). Takie rozróżnienie coraz bardziej jednak „trąci myszką” w dobie globalizacji i internetu, a przede wszystkim jednak rozróżnieniom jakim podlega Zachód i Wschód w aspekcie południkowym. Najbardziej wyrazistym zdaje się to być w Azji, gdzie europejską prawosławną Rosję można przeciwstawić buddyjskim i muzułmańskim narodom stricte azjatyckim. Idąc tym tropem zbliżamy się mimowolnie do drugiego rozróżnienia świata, na Północ i Południe, które w zasadzie występuje od zakończenia II wojny światowej i ma charakter głownie ekonomiczny. W Koncepcji L. Sykulskiego nie chodzi jednak tylko o ekonomię, lecz o klasyczną myśl geopolityczną, która odróżnia potęgę tellurokratyczną (lądową) od potęgi talasokratycznej (morskiej). I ona właśnie zdaje się być kluczem do zrozumienia jednej z głównych myśli autora.

L. Sykulski, przeciwstawia sobie „dwa światy”: jeden oparty na kulturze „handlowo-żeglarskiej”, reprezentowany dziś przez USA, Wielką Brytanię a drugi na kulturze „interioru”, którego symbolami są Rosja, Niemcy oraz Francja. Właśnie w oparciu o te ostatnie kraje, trzy wielkie potęgi tellurokratyczne Eurazji miałaby być budowana koncepcja wspólnego bloku, przeciwstawnego geopolitycznie, a nawet kulturowo, krajom atlantyckim.

Tutaj jednak pojawia się pierwsza sprzeczność. Jeżeli Rosję i Niemcy w zasadzie możemy wykluczyć z rzędu potęg morskich (pomijając aspiracje floty carskiej i radzieckiej obejmujące wyjście na tzw. „ciepłe morza” oraz próbę zbudowania niemieckiej potęgi kolonialnej, będącej w kategoriach długiego trwania zaledwie epizodem, trwającym w latach 1885-1945) to w żadnym wypadku nie możemy z niej wyeliminować Francji. Ten ośrodek siły już od czasów Ludwika XIV był wiodącym imperium kolonialnym, stopniowo zagarniającym ogromne zamorskie połacie w Azji, Afryce i obu Amerykach. Francuska flota w zasadzie do poł. XIX wieku była drugą po flocie brytyjskiej i kontrolowała wiele strategicznych dróg morskich wiodących do jej odległych posiadłości. Nawet dziś, po upadku francuskiego imperium kolonialnego w wyniku procesu dekolonizacji (1945-1965), którego symbolem była utrata francuskich departamentów w Algierii, państwo to pozostaje znaczącym ogniwem w tej, tzw. przez autora, „kulturze żeglarskiej”. Francja to imperium posttalaskrtyczne i nie da się temu zaprzeczyć, borykające się ze znacznym problemem imigracji ze swoich ex-posiadłość w Afryce Północnej. Już samo położenie tego kraju, z wyjściem na Atlantyk, Kanał La Manche oraz Morze Śródziemne predestynuje go do tej roli.

Podobnie jak z Francją ma się kwestia innych państw Unii Europejskiej, wspólnoty mającej być jednym z dwóch głównych filarów proponowanego przez autora związku, których całe dzieje łączą właśnie z morzem. Wystarczy tutaj wymienić chociażby Hiszpanię, Portugalię czy Grecję, by nie wchodząc w historię i koncepcje geopolityczne tych państw wykazać ich powiązanie z myślą talasokratyczną.

W myśl powyższych rozważań, kolejną niespójnością zdaje się być traktowanie Unii Europejskiej, która przecież nie jest żadnym państwem, na równi z podmiotem geopolitycznym jakim jest Federacja Rosyjska. Unia nie ma jednolitej konstytucji, polityki zagranicznej, a wiele jej krajów członkowskich nie należy, i nie chce nawet, do strefy euro (Wielka Brytania, Dania). Na obronę autora można tu jednak dołączyć stwierdzenie, że tzw. blok atlantycki również nie jest monolitem (vide relacje na linii Paryż-Waszyngton, czy brak poparcia Niemiec dla amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie). Główną tezą myśli autora jest jednak tzw. oś Paryż-Barlin-Moskwa, czyli w zasadzie dwóch współpracujących ze sobą potęg będących filarem Unii z eurazjatyckim mocarstwem i określenie to zdaje się być bardziej bezpieczne, jako określenie wzajemnych relacji tych trzech podmiotów geopolitycznych.

Pomimo tych pewnych nieścisłości o charakterze szczegółowym, i w dużej mierze metodycznym, koncepcja bloku kontynentalnego zdaje się mieć sporą rację bytu, opiera się bowiem na kilku racjonalnych filarach. Jednym z nich jest ekonomia, a w telegraficznym skrócie rosyjskie surowce na europejskich rynkach (vide North Stream), w zamian za nowoczesne zachodnie technologie. Kolejnym jest z pewnością jedność etniczno-kulturowa. Rosja jest krajem europejskim, który skolonizował Azję (a nie na odwrót), na ogromne połacie Syberii wprowadzając język indoeuropejski oraz religię chrześcijańską. Może rzeczywiście czas spojrzeć raczej na to co nas łączy, a nie co nas dzieli ze wschodnim sąsiadem? Może czas już przestać również traktować wschodniego sąsiada Unii jako reprezentanta kultury turańskiej, zdziczałą azjatycką bestię, pragnącą zaniku zachodnioeropejskich wartości, niczym bolszewicki piechur z 1920 roku?

W tym miejscu zdajemy się dochodzić do sedna, klucza zawartego w monografii L. Sykulskiego, którym jest próba odwrócenia wręcz oficjalnego polskiego dyskursu w odniesieniu z jednej strony Stanów Zjednoczonych, a z drugiej do Federacji Rosyjskiej. Autor wyraźnie do nas mówi, że Polacy nie są skazani na sojusz ze Stanami Zjednoczonymi czy to przeciw Rosji czy komukolwiek. Wręcz przeciwnie, mogliby szukać sojuszu z Rosją przeciwko imperialistycznej potędze zza oceanu w ramach wspólnego bloku euroazjatyckiego, kontynentalnego, łączącego zachodnioeuropejskie wartości ze wschodnią potęgą gospodarczą i terytorialną. Odrzucając wszelkie stereotypy, fobie i minione waśnie, czyż nie warto się nad tym poważnie zastanowić?

Przeczytaj inne recenzje tej publikacji:

Marcin Domagała: Na drodze budowy Bloku Kontynentalnego

Witold Szirin Michałowski: Geopolityka elit Europy

dr Mateusz Piskorski: Którędy do celu?

Piotr A. Maciążek: „Ku Nowej Europie...” czyli geopolityczna wykładnia marksizmu

Łukasz Reszczyński: Trudna debata

dr Robert Potocki: Wielka Europa jako koncepcja geopolityczna?

Ronald Lasecki: Świt Wielkiej Europy

Czytany 11521 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 14:45