czwartek, 01 październik 2009 07:16

Przemysław Sieradzan: Nareszcie słownik geopolityczny

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt Przemysław Sieradzan

Recenzja: Leszek Sykulski, Geopolityka. Słownik terminologiczny, Wydawnictwo PWN, Warszawa 2009, 130 ss.

Geopolityka pozostaje w Polsce nadzwyczaj kontrowersyjną dziedziną życia intelektualnego. Wbrew pozorom przyczyną tych kontrowersji w mniejszym stopniu jest (bynajmniej nie powszechne!) skojarzenie z nazizmem i praktykami imperialistycznymi, w większym zaś przekonanie o jej nienaukowości i  anachroniczności.

Krytycy geopolityki (wśród których prym wiedzie prof. Roman Kuźniar) uznają ją za dziedzinę podporządkowaną przyjętym a priori założeniom ideologicznym, a zarazem (jak paradoksalnie by to nie brzmiało!) przesyconą bezdusznym cynizmem.  obwiniają także w najcięższej zbrodni przeciw paradygmatowi scjentystycznemu (w wykładni guru pozytywistów Karla Raimunda Poppera) - niefalsyfikowalności jej założeń. Dla polskiego geografa czy specjalisty od stosunków międzynarodowych pojęcie „geopolityk" to synonim szarlatana, dyletanta, mitomana, dogmatyka, nawiedzonego fanatyka ideologicznego będącego zarazem makiawelistą, przesiąkniętym cynizmem do szpiku kości. Żywię nadzieję, że praca Leszka Sykulskiego pt. Geopolityka. Słownik terminologiczny zrewiduje powyższy tyleż groteskowy, co niesprawiedliwy stereotyp.

Tytuł pracy jest mylący. Publikacja w istocie ta nie jest słownikiem terminologicznym, lecz leksykonem; zawiera nie tylko definicje podstawowych terminów, ale także biogramy geopolityków, hasła dotyczące geograficznych nazw własnych i wielu innych tematów znacznie wykraczających poza ramy terminologii sensu stricto.

Zasadniczą zaletą leksykonu Leszka Sykulskiego (magistra nauk historycznych, prezesa Instytutu Geopolityki, p.o. Przewodniczącego Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego) jest to, że został napisany i wydany. Polskie środowisko geopolityczne znajduje się in statu nascendi i desperacko łaknie każdej nowej pozycji poświęconej „sztuce władców". Słownik terminologiczny jest nadzwyczaj istotnym narzędziem w instrumentarium każdego badacza. Przed  Leszkiem Sykulskim nikt w Polsce na to (przyznajmy - żmudne i raczej niewdzięczne) zadanie się nie porwał. Opisywany leksykon wypełnia pewną lukę na polskim rynku wydawniczym; jest publikacją pionierską. Sam już ten fakt czyni tekst wartościowym, zmuszając nawet wyjątkowo złośliwego czytelnika o kontestatorskim usposobieniu (jak niżej podpisany) do lektury łagodnej i pobłażliwej.  A byłoby co krytykować. Zastrzeżenia budzi zwłaszcza nader rachityczna objętość pracy, która mogłaby sugerować uzupełnienie tytułu o przymiotnik „kieszonkowy". Sto stron to zdecydowanie zbyt mało, by zawrzeć na nich nadzwyczaj różnorodną (choćby dlatego, że czerpiącą z instrumentarium pojęciowego rozmaitych nauk)  terminologię geopolityczną. Rzuca się w oczy powierzchowność niektórych definicji i nieco chaotyczny dobór haseł. Z drugiej strony, jak mawiał niepopularny dziś klasyk z Symbirska, „Ten błędów nie robi, kto nic nie robi". Leszek Sykulski, pozostając przy powyższej konwencji, „coś zrobił". Geopolitycy-krytykanci którzy, w odróżnieniu od Prezesa IG wystraszyli się mrówczej i benedyktyńskiej pracy przy układaniu podobnego słownika powinni więc posypać głowę popiołem i z pokorą pochylić się nad tekstem leksykonu.  Jeśli któryś z nich pod wpływem tej lektury postanowi stworzyć lepsze, bardziej rozbudowane i pogłębiony leksykon (i przekuje to postanowienie w realny efekt), będzie to zwycięstwo całego polskiego środowiska geopolitycznego.

Lektura słownika L. Sykulskiego uzmysławia czytelnikowi ogrom pracy, jaką muszą wykonać geopolitycy polscy, aby dziedzina którą się zajmują spełniła   wymogi subdyscypliny naukowej. Leksykon ten miejscami przypomina selektywną kompilację haseł z zakresu politologii, stosunków międzynarodowych, geografii fizycznej i politycznej, prawa międzynarodowego, filozofii, etnologii i nauk wojskowych. Nie można za to winić autora - geopolityka stanowi interdyscyplinarną dziedzinę wiedzy, co jest zarówno jej siłą, jak i słabością. Wypracowanie intersubiektywnej terminologii i niekontrowersyjnych fundamentów metodologicznych, a także wskazanie tego, co w geopolityce jest specyficzne (czytaj - znajduje się poza polem zainteresowania innych dziedzin wiedzy) pozostaje najistotniejszym zadaniem, przed którym stoi polskie środowisko geopolityczne.

Słownik terminologiczny jest tekstem erudycyjnym, napisanym przez niewątpliwego znawcę podejmowanej problematyki. Hasła są różnorodne i ciekawe. Zaletą tekstu jest dość obszerna bibliografia, zawierająca zarówno teksty klasyczne (stanowiące swego rodzaju geopolityczne ABC, acz niestety w lwiej części nie przetłumaczone jak dotąd na język polski), jak i dzieła bliżej nieznane polskiemu czytelnikowi. Zastrzeżeń nie budzi także język - lakoniczny i oszczędny, miejscami wręcz ascetyczny (co po trosze wynika z konwencji leksykonu), ale - poza pewnymi drobnymi lapsusami - poprawny i, co być może jeszcze ważniejsze, bardzo komunikatywny, zrozumiały nie tylko dla pasjonata geopolityki, ale z pewnością również dla zupełnego laika. Trudno wysunąć jakiekolwiek zarzuty wobec kompozycji tekstu. Wnikliwego i drobiazgowego czytelnika razić może jednak pewien brak konsekwencji przy układaniu haseł (przykładem mogą być tu hasła poświęcone kontynentom - niektóre zawierają dane o rozciągłości geograficznej południkowej i równoleżnikowej czy współrzędne geograficzne skrajnych przylądków, inne zaś nie; Eurazja i Azja nazywane są „kontynentami", Europa zaś to „część świata wraz z Azją stanowiąca kontynent Eurazja"; „Północ" i „Południe" zostały uznane za kategorie geopolityczne, brak zaś jeszcze ważniejszych - w moim przekonaniu -  „Wschodu" i „Zachodu" ). Zdarzają się, choć rzadko, błędy definicyjne polegające na wyjaśnianiu ignotum per ignotum czy drobne nieścisłości  (np. „atlantyzm" w rzeczywistości nie jest synonimem Zachodu, lecz ideologią, światopoglądem czy planem strategicznym tegoż). Błędy merytoryczne zdarzają się (np. Aleksander Dugin nigdy nie ukończył studiów filozoficznych na uniwersytecie moskiewskim, choć błąd ten powtarzają niemal wszyscy polscy badacze), jest ich jednak bardzo mało.  Nadzwyczaj mocną stroną pracy są definicje pojęć abstrakcyjnych, mało znanych polskim politologom i badaczom stosunków międzynarodowych - za przykład mogą posłużyć choćby relacje amfoteryczne, zmiana ausotoniczna, dezagregacja, izarytmy, struktury dyspatywne, dynamika cyrkulacji siły, manometry potencjału całkowitego, suprawojna, izochrony czy preponderacja.

Słownik zawiera jednak pewne elementy kuriozalne. Zupełnie niezrozumiały jest fakt umieszczenia w leksykonie biogramu Józefa Piłsudskiego, który - warto dodać - jest bodaj najobszerniejszym hasłem biograficznym w słowniku, dłuższym również np. od hasła „geopolityka" (sic!). Wybór ten można uzasadnić jedynie sympatiami i antypatiami autora. Dyskusyjne jest uznanie za geopolityków np. Sun Tzu, Nikołaja Danilewskiego, Alvina i Heidi Tofflerów, Lwa  Gumilowa, Francisa Fukuyamy czy Jerzego Giedroycia, choć teorie wymienionych myślicieli nawet, jeśli nie były tezami geopolitycznymi sensu stricto, to bez wątpienia miały bardzo istotne konsekwencje geopolityczne.

Fundamentalnie nie zgadzam się z przedstawioną przez Autora definicją imperium, które miałoby być państwem o rozległym terytorium (powyżej 3 mln kilometrów). Zgodnie z zaproponowaną przez Leszka Sykulskiego definicją imperiami są m.in. Kanada i Brazylia, co w moim przekonaniu nie odpowiada rzeczywistości. (Istotą imperium jest jego ponadpaństwowy i ponadnarodowy charakter - poszczególne jednostki wchodzące w skład imperium powinny cieszyć się znaczną autonomią administracyjną i kulturową; nieodzownym czynnikiem jest idea imperialna natury politycznej, religijnej lub metafizycznej, jednocząca wszystkie części składowe w ramach jednego organizmu imperialnego.)  Razi mnie także niezgodne z polską tradycją językową posługiwanie się terminem „sowiecki" i abrewiaturą „ZSRS" (zamiast „radziecki" i „ZSRR") oraz używanie kalki językowej z angielskiego „eurazjanizm" (zamiast „eurazjatyzm").

Znaczącym plusem leksykonu   jest różnorodność biogramów. Leszek Sykulski przedstawił biogramy geopolityków m.in. anglosaskich, rosyjskich, francuskich i niemieckich. Uczucie niedosytu pozostawia jednak brak tak wybitnych postaci jak m.in. Alain de Benoist, Jean Thiriart, Jean Parvulesco, Aleksander Panarin, Carlo Terraciano czy Claudio Mutti. Zastanawia stosunkowo mała liczba zagadnień związanych z pomiarem potęgi państw (np. brak hasła „model Fuchsa").

Rzuca się w oczy polonocentryzm pracy. Autor (być może w przypływie patriotycznego uniesienia) włączył do leksykonu nadzwyczaj dużą liczbę geopolityków polskich. Czytelnik na podstawie pracy może dojść do wniosku, że Polska jest prawdziwym mocarstwem w dziedzinie badań geopolitycznych. Niestety, w rzeczywistości jest zgoła odwrotnie. Choć myśl zapomnianych czy słabo znanych geopolityków polskich zasługuje na propagowanie, moim zdaniem autor popełnił błąd wyrażający się w nadreprezentacji autorów polskich (jeśli uznawał taką nadreprezentację za uzasadnioną, powinien uargumentować to we wprowadzeniu).

Ogromną zaletą jest, moim zdaniem, odporność autora na modne zwłaszcza w geopolityce amerykańskiej (i szerzej - anglosaskiej) trendy, nakazujące uznawanie geopolityki za „służkę geoekonomiki". W pracy Leszka Sykulskiego czytelnik nie znajdzie obłąkańczej fascynacji „wszechmocnymi" przepływami kapitałowymi, cyberprzestrzenią, cywilizacją „postindustrialną" czy „gospodarką opartą na wiedzy". Praca wolna jest od zarówno od jednostronnego ekonomizmu, jak i postmodernistycznego bełkotu, daje się w niej dostrzec pewien zdrowy konserwatyzm, rozumiany jako dystans wobec efemerycznych mód intelektualnych. Miłą niespodzianką było dla mnie „przemycenie" pewnych treści dotyczących geografii sakralnej (biogram Nikołaja Roericha). Należy podkreślić także brak wpływów tzw. „poprawności politycznej" - w pracy nie ma haseł w rodzaju „prawa człowieka", „demokracja", „demokratyzacja", co bez wątpienia świadczy o odwadze intelektualnej autora.  Wprowadzenie do leksykonu biogramu ufologa Nikołaja Kardaszewa jest wyrazem imponującej bezkompromisowości.

Nie można pominąć najistotniejszego - leksykon Leszka Sykulskiego czyta się znakomicie. To pasjonująca lektura - bardzo ciekawe, choć może zbyt powierzchowne spojrzenie na świat geopolityki. Leksykon nie służy wprawdzie do tego, by czytać go „od deski do deski", jednak i taka lektura pracy jest ciekawa i przyjemna.

Reasumując - pomimo pewnych zastrzeżeń, leksykon Leszka Sykulskiego pt. Geopolityka. Słownik terminologiczny przeczytałem z zainteresowaniem i przyjemnością; nie wykluczam, że przy różnych okazjach powrócę do tej pozycji. Choćby z uwagi na brak konkurencji leksykon niewątpliwie powinien stanąć na półce każdego polskiego geopolityka. Polecam tę pracę przede wszystkim tym, którzy dopiero rozpoczynają swą przygodę z geopolityką. Niewątpliwie PWN, wydając leksykon, uczynił krok we właściwym kierunku. Jestem przekonany, że zwracając się do tego szacownego Wydawnictwa z apelem o wydawanie kolejnych pozycji poświęconych geopolityce i opracowanie bardziej rozległego słownika terminologicznego wypowiadam się w imieniu nie tylko swoim, ale i całego polskiego środowiska geopolitycznego.

Czytany 7912 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04