sobota, 31 lipiec 2010 15:27

Piotr A. Maciążek: Rzecz o najnowszej biografii Brzezińskiego

Oceń ten artykuł
(1 głos)
alt

Piotr Maciążek

Recenzja: P. Vaugham, Zbigniew Brzeziński, Świat Książki, Warszawa 2010, 640 ss.

W czerwcu wpadła mi w rękę polska nowość na rynku księgarskim wydawnictwa Świat Książki o wymownym tytule „Zbigniew Brzeziński”. Pozycja jest częścią serii „Autorytety”, o której mam bardzo dobre mniemanie (czytałem m.in. wywiad rzekę z profesorem Bartoszewskim oraz fragmentarycznie biografię Giedroycia), a napisał ją amerykański historyk pracujący na Uniwersytecie Jagiellońskim - Patrick Vaughan.

Pierwsze spostrzeżenia

Książkę czyta się wyśmienicie, a tło polityczne barwnego życia Brzezińskiego (o którym pisałem TUTAJ) to wykład najnowszej historii powszechnej w przystępnej formie. Vaughan nie tylko bawi, ale i uczy, sypie anegdotami, jak z rękawa, ale pokazuje też surowe oblicze Brzezińskiego, który wykreował swoimi seminariami takie postacie jak Madeleine Albright. Wielkie wrażenie na czytelniku robi środowisko harvardzkie lat pięćdziesiątych oraz koledzy uniwersyteccy Brzezińskiego, z których prawie każdy stał się sławny i wpływowy. Mamy więc w książce wtrącenia Huntingtona, Kissingera i wielu innych. Świetna szata językowa i liczne cytaty zaczerpnięte z otoczenia Brzezińskiego składają się na obraz człowieka, który za cel swojego życia postawił sobie oswobodzenie Polski spod komunistycznego jarzma, realizując go krok po kroku. Od Harvardu, na którym bezustannie tłumaczył, że jego imię „należy wymawiać z-BIG-nev” a „wymowa nazwiska zbliżona jest do breh-ZHIN-ski”, po Uniwersytet Columbia i karierę doradcy politycznego, zwieńczoną u boku prezydenta Jimmiego Cartera.

Brzeziński okiem Vaughana

Kariera Brzezińskiego była długą drogą podczas, której wielokrotnie sugerowano mu amerykanizację nazwiska, ZBIG kwitował zawsze te słowa w specyficzny dla siebie sposób… „Nazwiska nigdy nie zmienię, bo gdy stanę się sławny ludzie i tak nauczą się je wymawiać”. Niekonwencjonalne podejście Brzezińskiego do ZSRR utorowało Stanom Zjednoczonym drogę do sukcesu, ceną jaką poniósł profesor za głoszenie swoich poglądów była wielokrotnie fala krytyki i rzesze wrogów. Zwykli studenci uwielbiali jednak jego wykłady, na których zjawiał się jako „specjalny gość” z ZSRR. Przebrany Brzeziński przechodził „przed rzędem nieświadomych podstępu pierwszoroczniaków, podpatrując z pogardą na świeżo wygolone twarze burżujów siedzących w pierwszej ławce." Był zimny, chwilami groźny, spacerował i gestykulował, czasem nawet wymachiwał pałką, dla podkreślenia jakiegoś szczegółu niepodważalnych zasad dialektyki marksistowskiej czy nieuchronnie działających praw historii. Część studentów była przerażona, część - rozzłoszczona. Czytali w prasie o takich ludziach i oglądali ich czasem w kronikach filmowych, ale nikt nigdy nie widział „prawdziwego” Sowieta”.

Niekonwencjonalne zachowania Brzezińskiego przygotowały rzesze amerykańskiej inteligencji do Zimnej Wojny, z kolei jego artykuły na łamach Foreign Affairs wywoływały burzliwe debaty wstrząsające politycznym establishmentem Ameryki. ZBIG pisał, że „łatwiej [Rosję] zrozumieć, wychodząc z założenia, że jest jednym z ostatnich istniejących jeszcze imperiów. Brak wyraźnie określonych granic (…) jest pretekstem do niemal całkowicie swobodnej ekspansji, ta zaś wzmaga poczucie zagrożenia, które usprawiedliwia dalsze podboje”. Wychodząc z takiego założenia Brzeziński stworzył teorię, która przez wiele lat nie znajdowała akceptacji w amerykańskich elitach, twierdził bowiem, że świat komunistyczny nie jest monolitem! Innymi słowy w szczytowym momencie Zimnej Wojny zaproponował wspieranie krajów komunistycznych, które próbują się uniezależnić od Moskwy. W oczach współczesnych mu naukowców i polityków brzmiało to jak zdrada. ZBIG nazwał tą koncepcję „pokojowym zaangażowaniem” i wcielał ją w życie aż do momentu, w którym stwierdził, że „całe swoje naukowe życie pisał o Związku Radzieckim, państwie, które właśnie przestało istnieć”. Równie kontrowersyjne stało się nakreślenie przez Brzezińskiego terminologii nowego pojęcia politologicznego - „totalitaryzmu”. Totalitarne rządy w ZSRR i III Rzeszy umieszczano w USA bardzo często w oddzielnej kategorii terminologicznej charakteryzującej styl rządów. Tymczasem Brzeziński stwierdził, że zasadniczo ustrój radziecki i nazistowski jest podobny. Dla dzisiejszego czytelnika to oczywiste, ale w latach pięćdziesiątych XX wieku „wielu lewicowych polityków uważało, że wniosek Brzezińskiego jest prymitywną i wprowadzającą zamieszanie bronią, skonstruowaną na użytek zimnej wojny, a nie poważną naukową teorią.” Brzeziński jawi się w książce Vaughana, jako błyskotliwy i niewyobrażalnie zdolny człowiek, który swoją konsekwencją i niekonwencjonalnym podejściem do życia utorował sobie karierę naukową i polityczną, by w końcu mieć realny wpływ na politykę amerykańską i światową.

Warsztat autora

Humor, obok świetnego pióra Vaughana i rzetelność w dozowaniu czytelnikowi historycznych faktów, to najmocniejsze strona książki. Przykładem może być rozmowa Brzezińskiego z profesorem Fainsodem, którą pozwolę sobie zacytować: „Halo, panie profesorze, tu ZBIG, właśnie usłyszałem wiadomość o śmierci Stalina”, na co w słuchawce odzywa się głos „ZBIG, czy ty w ogóle masz pojęcie która jest godzina? Czy rano Stalin nie będzie nadal martwy?” Uśmiech ciśnie się na usta wielokrotnie podczas lektury, ustępując miejsca jedynie zaciekawieniu losami Brzezińskiego i Stanów Zjednoczonych okresu Zimnej Wojny. Bardzo rzetelnie wyglądają przypisy, którymi posiłkuje się Vaughan, choć niekonsekwentnie część z nich sporządzono w stylu amerykańskim (w nawiasach wewnątrz toku narracyjnego), a część w stylu europejskim na zakończenie poszczególnych rozdziałów. Mamy też do dyspozycji spis osób, które udzieliły autorowi wywiadów, ciąg chronologiczny książek Zbigniewa Brzezińskiego a także innych autorów powiązanych z tematyką, pojawiającą się w biografii ZBIGa. Jest też standardowy Indeks postaci z odsyłaczem do poszczególnych stron, na których występują. Niestety książka, którą posiadam została wydana w twardej okładce, co z pewnością rzutuje na cenę. 59.90zł to sporo choć w zamian otrzymujemy ponad 600 stron (jednym tchem!) świetnej zabawy. Zatem do księgarni! Lub wypożyczalni…

Czytany 5291 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04