poniedziałek, 16 listopad 2009 12:03

Mateusz Piskorski: Wicepremier polskiego rządu agentem?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Mateusz Piskorski Uwagi o książce Agnieszki Rybak i Amelii Łukasiak "Ludwik Dorn. Rozrachunki i wyznania", Warszawa 2009.
W każdym z polskich ugrupowań i środowisk politycznych, najczęściej na obrzeżach i marginesach funkcjonują osobowości nietuzinkowe, przeczące tezie o intelektualnej mizerii polskiej klasy politycznej. Postaci takie istnieją też w Prawie i Sprawiedliwości, choć w ramach postępującego procesu umysłowego jałowienia tej formacji jest ich coraz mniej.
Jedną z nich był bez wątpienia błyskotliwy socjolog i polityk, jeden z pomysłodawców formuły politycznej wspomnianego ugrupowania Ludwik Dorn. W interesującym wywiadzie-rzece z byłym marszałkiem Sejmu i wicepremierem w rządzie PiS-Samoobrona-LPR (A. Rybak, A. Łukasiak, Ludwik Dorn. Rozrachunki i wyznania, Warszawa 2009) niewiele miejsca poświęcono sprawom polityki zagranicznej. Jest to poniekąd zrozumiałe, bo - choć jak dowiadujemy się z kart książki niegdysiejszy współpracownik Jarosława Kaczyńskiego otrzymał propozycję objęcia resortu spraw zagranicznych w 2006 roku - sfera ta nie stanowiła przedmiotu szczególnego zainteresowania w jego dotychczasowej działalności publicznej.

Teza o skrajnej wasalizacji relacji polsko-amerykańskich przebijała się do tej pory przeważnie tylko w wąskich kręgach tradycyjnie antywaszyngtońskiej lewicy. Jej zwolennicy piętnowani byli łatką mających kłopoty w kontakcie z rzeczywistością oszołomów, lub co najwyżej agentów państw trzecich. Informacje przekazywane przez Ludwika Dorna, człowieka polskiego establishmentu prawicowego każą się jednak zastanowić nad charakterem państwowości polskiej w kontekście relacji podległości tak urągającej wszelkim standardom, że aż trudnej do rozumowego objęcia. Wiemy od dawna, że służalczy stosunek do USA był od lat cechą krajowej lewicy, lękającej się jak ognia oskarżeń o sprzyjanie Moskwie i pragnącej im przeciwdziałać prewencyjnie poprzez całowanie w miejsce poniżej ogona nowego hegemona. Był on też czymś oczywistym dla polskiej prawicy, dającej upust swej tradycyjnej miłości do Białego Domu w każdy możliwy sposób. Ludwik Dorn wspomina jednak o dwóch sytuacjach, które znakomicie obrazują stan moralny i poziom podporządkowania polskich elit politycznych na przestrzeni ostatnich lat.

Pierwsza z nich dotyczy Janusza Tomaszewskiego, wszechwładnego niegdyś wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych w gabinecie Jerzego Buzka (wówczas AWS, dziś PO). „A Tomaszewski miał ponadto istotne umocowanie zewnętrzne. Jeszcze w okresie przedwyborczym przychodzili do PC urzędnicy ambasady amerykańskiej i pytali z pretensją, dlaczego my walczymy z Tomaszewskim. Już później, w Sejmie, ironicznie o Tomaszewskim wyraził się Wiesław Walendziak. Powiedział mi: ‘To bardzo miły i zgodny człowiek, wziął do resortu wszystkich, których mu wskazali Amerykanie'. Zresztą późniejsze losy Tomaszewskiego pozwalają stawiać hipotezę, że mamy tu do czynienia ze special relationship. (...) Jako znany w Europie wybitny specjalista od budowy demokratycznych systemów partyjnych doradzał, jeszcze przed ‘pomarańczową rewolucją', sztabowi Juszczenki, jak tworzyć partię i wygrywać wybory. Wysłał go nikomu szerzej nieznany Europejski Instytut na rzecz Demokracji. Głównymi partnerami są tam ambasada amerykańska, National Endowment for Democracy i National Democratic Institute for International Affairs - dwie najważniejsze fundacje amerykańskie zajmujące się ‘eksportem demokracji'. Jedna jest bardziej ‘republikańska', druga bardziej ‘demokratyczna', a obie ściśle powiązane z każdym rządem USA." - pisze Dorn. W świetle takich informacji, przekazywanych przecież przez istotnego polityka polskiej prawicy, posiadającego dostęp do wiarygodnych wiadomości godzi się zadać mało komfortowe dla wielu pytanie: czy wicepremier polskiego rządu w okresie, gdy premierem był obecny przewodniczący Parlamentu Europejskiego był agentem obcego wywiadu? Jeśli tak - czy decyzje podejmowane przez ten rząd były decyzjami suwerennymi, czy też stanowiły efekt życzeń i zaleceń ambasady obcego mocarstwa?

Innym interesującym fragmentem wywiadu z Ludwikiem Dornem jest informacja o generalnym stosunku ambasady amerykańskiej w Warszawie do polskich władz państwowych. Czytamy: „Kiedy byłem szefem MSWiA, zauważyłem, że skądinąd sympatyczny ambasador Stanów Zjednoczonych ma namiestnicze i imperialne obyczaje. Pewnego dnia zaprosił mnie, bym razem z wojewodami przyszedł do jego rezydencji. Odpowiedziałem, że wojewodowie mają co innego do roboty. On nie zrozumiał. ‘Przecież macie swoje narady wojewodów. Pana poprzednik po naradach wstępował z wojewodami na obiad'". U Amerykanów pojawiło się zatem zdumiewające przyzwyczajenie, iż polscy wojewodowie mają obowiązek meldować się wraz ze swoim ministrem w ich ambasadzie. Kto wprowadził ten zwyczaj? Czy wojewodowie kiedykolwiek gremialnie stawiali się w placówce dyplomatycznej jakiegokolwiek innego państwa? To pytania retoryczne, ale odpowiedź na nie ujawnia istotę polsko-amerykańskiej relacji. Relacji ukształtowanej przez długie lata po 1989 roku, polegającej na całowaniu Wuja Sama w miejsce poniżej ogona.

Czytany 7575 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04