niedziela, 21 kwiecień 2013 10:56

Książka o narodach Europy Wschodniej

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

szance_kultur

ECAG/TRIO

Bohdan Cywiński, Szańce kultur. Szkice z dziejów narodów Europy Wschodniej, Wydawnictwo TRIO i Centrum Europejskie Natolin, Warszawa 2013, 800 ss.

To pierwsze tak obszerne opracowanie poświęcone analizie spotkań, a częściej zderzeń, kilkunastu kultur narodów Europy Wschodniej z kulturą rosyjską, niezwykle bogatą, ale narzucaną administracyjnie i politycznie przez imperium rosyjskie.

Autor porównuje stosowane metody rusyfikacyjne i sposoby walki z rusyfikacją, podejmowane przez kultury bardzo różnorodne i będące na różnych etapach własnego rozwoju historycznego. Zasięg obejmuje narody żyjące na terenie rosyjskiego frontu zachodniego (antypolskiego) – Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Żydzi; – frontu północnego (antyszwedzkiego) – Finowie, Estończycy, Łotysze; południowego (antytureckiego) – Gruzini, Ormianie, górale kaukazcy, Tatarzy Krymscy, Mołdawianie. Okres objęty analizą – od XVIII wieku do 1917 roku.

Książka zawiera dużo  faktów historycznych i pokazuje zachodzące między nimi związki, po drugie – przekonuje, że w szczególnie trudnych sytuacjach historycznych kultura może stać się skuteczną bronią w walce o przetrwanie zagrożonego narodu. Porównanie tych narodowych historii skłania do refleksji  jak ewoluuje i czym staje się kultura w życiu narodu zniewolonego politycznie.

Z wprowadzenia do książkiszance_kultur_big

Tematem tej książki są dzieje polityczne kultur Europy Wschodniej. Ważna jest ta liczba mnoga: dzieje kultur. Było ich wiele. Mnie udało się wyodrębnić dwanaście, ale z pewnością nie są to wszystkie kultury, jakie przewinęły się przez wschodni skraj kontynentu w ostatnim tysiącleciu. Przed kilkuset laty jedna z nich wydała z siebie organizm polityczny, który – rosnąc niepomiernie – nabrał cech imperialnych i władczych. Jego wielokierunkowa dynamika obróciła się przede wszystkim na zachód i w swym pochodzie ku centrum Europy poczęła niszczyć stojące na jej drodze społeczności i inne kultury. Wybuchały wojny, ginęli ludzie, płonęły dobra cywilizacji materialnej, nikły świadectwa myśli i pamiątki ducha. Nie znikły do końca. Tłumione przez najeźdźców, zagłuszane przez bogactwo ich własnej kultury, tkwiły gdzieś, czasem ukryte, częściej porzucone i zapomniane. Przejmujące bywa to długie milczenie pamiątek, próżno oczekujących spojrzenia mijających je pokoleń. Z czasem matowieją, mają coraz mniej do powiedzenia. Odzywały się przecież – w różnych miejscach, momentach historycznych i rozmaitymi głosami. Tu przemówił stary foliał, tam rozległ się średniowieczny hymn religijny, gdzie indziej odczytano zapis runy lub znaleziono tekst dainy. Komuś wpadła w ręce niedawna, ledwie stuletnia kartka po pradziadku – katorżniku z Sybiru. Wszystkie te pamiątki różnymi głosami pytały: kim jesteś, co masz z tym wspólnego? Budziły tożsamość. Rozpoznawanie własnych tożsamości – osobistych i zbiorowych – jest mądrością, którą czerpie się z kultury. Czasem bywa to trudne i czasochłonne, innym razem boli i odbiera spokój, zawsze jednak wzbogaca widzenie samego siebie oraz otaczającego świata i wskazuje sens możliwych działań. Żeromski to właśnie nazwał urodą życia. A mnie badanie krętych dróg takich ludzkich poszukiwań wydaje się urodą historii.

Uroda – urodą, a harówka – harówką. Dwanaście zderzeń bardzo różnych „lokalnych” kultur narodowych bądź kultur właśnie rodzących nowe narody z narzucaną na ich terytorium trzynastą kulturą – imperialną to przestrzeń eksploracji ogromna. Nie eksploracji zresztą, uczciwie można tu mówić raczej o zapoznawczych wędrówkach, z których każda domagałaby się długiego dalszego ciągu. Ale i te „pierwsze kontakty” – rozpoczynane w bibliotekach, a kontynuowane w terenie, od wschodniej Karelii po Azerbejdżan i znad mołdawskiego Prutu po poduralski Perm – rozciągnęły się na lat przeszło dwadzieścia. Oczywiście, pole obserwacji zbyt rozległe, ale to właśnie ono przynosi mi niezmiernie ciekawe doświadczenie różnic i podobieństw rozmaicie usytuowanych wydarzeń i procesów. Wiedzy o historycznych przemianach literatury estońskiej ani o genezie panturkizmu w kulturze Azerbejdżanu na pewno nie pogłębię. Nad dziejami każdej ze wspomnianych przeze mnie kultur narodowych pracują całe zespoły specjalistów. Moim zadaniem i moją pasją jest porównywanie kreślonych przez nie obrazów. I dumanie nad ich wymową. Zasięg mojej obserwacji i tak okazuje się zbyt wąski. Terytorialnie i czasowo. Po pierwsze – nie umiałem wyjść poza Ural. Nie dotknąłem w ogóle problematyki kontaktów Rosji i rosyjskiej kultury z ludami Syberii ani Azji Środkowej. Musiałem z tego zrezygnować, nie mając pojęcia, czym są naprawdę kultury tamtej części świata, jak może być w nich przeżywana tożsamość zbiorowa i w jakiej mierze może być do nich stosowana – europejska w swej genezie – kategoria narodu. Przejście do porządku nad tymi wątpliwościami byłoby w moim przekonaniu skrajnym europocentryzmem, częstym niestety w naukach społecznych naszego kontynentu. Zrezygnowałem więc z tamtejszej tematyki. Gdyby nie to, może siedziałbym jeszcze w tej chwili w górach Ałtaju albo w Magadanie…

Po drugie – nie umiałem wyjść poza rok 1917 – i to szczególnie zubożyło całość mojej wizji zderzenia kultur. Także tutaj zadecydował niedostatek rzetelnej informacji. Sowietologia – i ta współczesna, i ta sprzed paru dziesiątków lat – to odrębna i specyficzna dziedzina wiedzy. Rafy propagandy sowieckiej i antysowieckiej tworzą bardzo zawiłe szlaki dla prawdziwej wiedzy o biegu wydarzeń, a tym bardziej o przemianach mentalności ludzkiej w ZSRR. Mówimy o tym dużo, ale wiemy naprawdę mało. Tu jeszcze nie nadszedł czas na odpowiedzialne tworzenie syntez.

Lepiej zresztą zostawić tę tematykę następnym pokoleniom historyków. Może nie wszystko wyczują, ale spojrzą na to spokojniej i bardziej obiektywnie. Dla mnie walka z sowietyzacją kultur narodowych to – jako żywo – nie historia. Lepiej więc, abym w tę epokę w stroju historyka nie wchodził. Strój ten uwiera mnie zresztą w kontakcie z całym XX wiekiem: na czaszce mego Taty była blizna po szabli kozackiej – pamiątka udziału w czasach studenckich w petersburskiej „krwawej niedzieli” 1905 roku. Domowy przekaz doświadczeń bardzo przybliżał odległą epokę.

Przy okazji parę słów o historycznym i narodowym usytuowaniu autora – to przy drażliwej tematyce książki może być przydatne: wiadomo będzie, jakich deformacji obrazu się obawiać. Polak spod Warszawy, ale z czterystuletnim stażem rodziny ze strony ojca na północno-wschodnim pograniczu Litwy, skąd bliżej było do inflanckiego Dyneburga niż do buchającego polskością Wilna. Niebogata i niezbyt uczona, ale politycznie dość niepokorna, szara szlachecka brać sejmikowa. W metrykach dużo wątków litewskich, trochę białoruskich, są i tatarskie. W niedalekiej rodzinie paru emigrantów z 1831 roku, jeden autentyczny zesłaniec syberyjski, jeden wileński biskup i paru sympatyków masonerii… Dziadek – wysoko postawiony inżynier kolejowy w Saratowie nad Wołgą, z karierą gwałtownie przerwaną za poparcie strajków 1905 roku. Co było z rodziną dalej, to już – umówiliśmy się – nie historia… Majątku nie zostawili, ale wstydu też nie.

Trudność podjętego tematu wzięła się nie tylko z wyjątkowo rozległej przestrzeni i długiego czasu, jaki został poddany badaniom. Poza historią wnosiła swe zastrzeżenia i postulaty wiedza o kulturze.

Co to jest kultura, jak wiadomo, nie wiadomo. Ilu badaczy, tyle definicji. Podszedłem więc do tematu z chytrze zaplanowaną naiwnością: poświęcając tej tematyce całą książkę, nigdzie nie piszę, o czym konkretnie mowa. I liczę, że czytelnicy zrozumieją to bez kłopotu. Stare książki o kulturze pełne były wielkich nazwisk twórców i ich najbardziej znanych dzieł. Tak rozumiana kultura miała kształt Olimpu, mądrość i piękno spływały stamtąd na ciemną ludzkość. Poznanie kultury mogło wtedy oznaczać po prostu nauczenie się na pamięć tej książki telefonicznej w grubszym lub cieńszym wydaniu.
Zbuntowali się przeciwko temu socjologowie: w ich ujęciu podmiotami kultury jesteśmy ty i ja, a jej przedmiotem treść naszych pogwarek i estetyka gestów. Liczy się gęstość połączeń i zasięg sieci obiegu, pierwotny „twórca komunikatu” pozostaje poza obrazem, dzieło nie dość podziwiane po prostu nie istnieje. Kto wie, może to i tak…

Niektórzy mędrcy mówią, że kultura to system znaków. Coś w tym jest: i Wietnamczyk, i Patagończyk, i ja cenimy sobie te same ogólnoludzkie wartości. Nasza etyka, jestem o tym przekonany, ma wspólny fundament. Wartości, całą naszą wiedzę o świecie odkrywamy i sami wyrażamy – każdy za pomocą innych znaków i innych symboli. Moje znaki świadczą o mnie, o mojej tożsamości i o mojej kulturze – różnią się od twoich, a więc póki twego kodu nie odczytam, nie porozumiemy się naprawdę, choć w końcu okaże się, że jesteśmy braćmi.

Bardzo to mądre, ale dla refleksji – historycznej zwłaszcza – dziwnie mało operatywne: system znaków od Homera poprzez Biblię, Gutenberga, Szekspira, Newtona, aż po Nietzschego i Lenina zmienił się dość nieznacznie, natomiast przekazywane tymi znakami treści okazują się bardzo różne – i to obojętnie, czy zapiszę je po polsku, czy po wietnamsku.

W kulturach, które jawią mi się w XVIII-wiecznym czy XIX-wiecznym imperium rosyjskim jako odrębne, choć ustawicznie zachodzące na siebie byty, są widoczni twórcy dzieł, same dzieła, ich prezenterzy i popularyzatorzy oraz zainteresowany rezultatem ich poczynań anonimowy tłum. Tłum przejęty, rozmodlony, czasem politycznie rozdyskutowany lub dla odmiany rozbawiony, porozumiewający się oczywiście swym systemem znaków kulturowych, czasem nawet dwoma, bo mówić trzeba raz w języku rodzimym, a raz – po rosyjsku… W tle widzę jeszcze byty dodatkowe w postaci instytucji kulturalnych: szkoły oficjalnie rosyjskojęzycznej, ale buntującej się w językach narodowych, księgarza trzymającego książki rosyjskie na wystawie, a nierosyjskie – pod ladą, księdza, pastora i rabina, w zależności od sytuacji ujawniających treści kultur narodowych lub pouczających tylko o Bożej transcendencji… Mówiąc więc o kulturze, przez cały czas opisuję chaos. Żeby było jeszcze trudniej, co chwilę sugeruję, że ten czy inny fakt kulturowy ma – lub może mieć – jakieś znaczenie polityczne, że znak kulturowy ma sens podwójny i że czytany bywa różnie. Relacje między kulturą a polityką opisywane bywają współcześnie zwłaszcza w kontekście rozliczeń ze złą tradycją kolonializmu i pojęciami jego specyficznej kultury. Problematyka ta powinna być memu tematowi – relacjom kultury najeźdźcy i kultury rodzimej – szczególnie bliska, ale lektura poświęconych tym sprawom dzieł okazuje się deprymująca. Relacje kolonialne między „światem białym” a terytoriami zamorskimi nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością imperialną czy zaborczą (ale na pewno nie kolonialną) nierosyjskich ziem imperium rosyjskiego. Z hinduskiej na przykład perspektywy nie jawi się w ogóle kategoria narodu, toteż pojęcie to pisane jest najczęściej w cudzysłowie i traktowane jako przykład niezrozumienia azjatyckiego życia zbiorowego. Doświadczenia historyczne Europy Wschodniej prowadzą do wniosków odwrotnych: tutejszych relacji między kulturą a polityką czy dziejów wielopokoleniowej walki między imperium a jego nierosyjskimi poddanymi bez kategorii narodu i fenomenu kultury właśnie narodowej opisać się oczywiście nie da.

Tutejszy obraz relacji między kulturą, polityką i społecznością narodową wskazuje na jeszcze inne zjawiska. Kultura narodu pozbawionego niezależności politycznej i instytucji własnego państwa jest wzywana do aktywniejszego wkroczenia w problematykę polityczną i do odegrania w niej ról nowych. Pisarz staje się przywódcą ludu i wieszczem, utwór literacki przekracza granice świata przedstawionego i jest już nie tylko baśnią, lecz także manifestem, aria operowa zaczyna brzmieć jak pobudka, także nauczyciel i kapłan pytani są o słowa powstańczej roty.

Polityczna waga takich zjawisk jest łatwa do zrozumienia. Komentarza wymaga jednak druga strona medalu: co w takim momencie dzieje się z kulturą, z jej swobodą ekspresji, z jej estetycznym kanonem, a także z jej uniwersalną, a więc ponadnarodową i pozaideologiczną naturą? Jak długo kultura pozostaje sobą, a kiedy staje się już propagandą? I za czym tęskni szukający swej tożsamości naród – za arią czy za pobudką?

Te pytania przekraczają miarę niniejszej książki. Może uda się chociaż zbliżyć do tej trudnej tematyki…

Pozycja do nabycia w księgarni internetowej wydawnictwa TRIO.

Czytany 3906 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04