wtorek, 29 marzec 2016 07:09

Błażej Popławski: Reportaż pisany gniewem

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Recenzja: Bartek Sabela, Wszystkie ziarna piasku, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, 344 ss.

Bartek Sabela zabiera nas w podróż trudną. Wyprawia się do kraju nieistniejącego – Sahary Zachodniej. Rozmawia z ludźmi, których społeczność międzynarodowa starała się nie dostrzegać przez całe lata. Na kartach reportażu ich wspomnienia tworzą mozaikę bólu, cierpienia i determinacji.

Świat niedokończony

Sahara Zachodnia oficjalnie stanowi część Maroka. Obejmuje pustynny obszar ponad ćwierć miliona kilometrów kwadratowych. Przez władze w Rabacie nazywany Prowincjami Południowymi, Saharą Marokańską, a przez Saharyjczyków – Terytoriami Okupowanymi. Mieszka tam ok. 250 tys. ludzi. To strategicznie ulokowana strefa, obszar silnie zmilitaryzowany, eksploatowany przez koncerny międzynarodowe, które walczą o prymat w eksporcie fosforytów, ropy, gazu i ryb.

Dotarcie na Saharę Zachodnią wymaga sporo uporu. Od wschodu jest prawie niemożliwa – trzeba byłoby pokonać długie kilometry umocnień, przekroczyć słynny „mur wstydu”, o którym B. Sabela pisze: Nie można go dotknąć, poczuć, zawiesić wstążki. Nie można kopnąć, obrzucić kamieniami, obsikać. Trudno nawet zrobić sobie z nim efektowne zdjęcie. Nie przyjeżdża pod niego Banksy, nie śpiewa o nim U2 ani Pink Floyd. (…) Trudno sobie wyobrazić, że zbudował go człowiek. Dzieło (militarnej) sztuki w skali hipermakro.

Opisów tego rodzaju, charakterystyk niemożebności krajobrazu, (…) świata niedokończonego, odgrodzonego i jednocześnie niczyjego, w reportażu B. Sabeli czytelnik znajdzie całe mnóstwo. Sugestywna narracja – prowadzona z dbałością o szczegół i z ogromnym, często wręcz poetyckim, stylem – przykuwa uwagę i intryguje.

Autor „Wszystkich ziaren piasku” dotarł tam, gdzie dziennikarze i przedstawiciele organizacji praw człowieka mają zakaz wstępu. Skąd są regularnie wyrzucani. Polak zdecydował się na duże ryzyko, czego od początku był doskonale świadomy. Każdy obcokrajowiec jest uważnie obserwowany przez tajne służby i gdy zajdzie najmniejsze podejrzenie – pisze B. Sabela – że wykonuje jakąś pracę dziennikarską, od razu go deportują.

Naród bez państwa

Większość żądnych egzotyki turystów, którzy wyprawiają się w ten region Afryki Północnej, miłośników oferty all inclusive, w ogóle nie słyszało o istnieniu Saharyjskiej Arabskiej Republiki Demokratycznej. Niepodległość byłej kolonii hiszpańskiej proklamowano w 1975 r. Kraj ten uznały – po trwających całe dekady bataliach na arenie międzynarodowej – zaledwie 84 państwa. Maroko nigdy się na ten ruch nie zdecyduje. Co więcej, w geście protestu wobec polityki uznawania Sahary Zachodniej za podmiot w prawie międzynarodowym, Maroko wystąpiło z Unii Afrykańskiej. W interesie władz w Rabacie, zatopionych w śnie o restytucji „Wielkiego Maroka” – obejmującego tereny kontrolowane w średniowieczu przez Almorawidów – leży blokowanie wszelkich inicjatyw referendalnych, niszczenie w zarodku haseł o samostanowieniu się. Saharyjczycy nazywani są przez nich rebeliantami, separatystami i terrorystami.

Kluczowa dla mieszkańców Sahary Zachodniej idea referendum stała się symbolem gorzkiej porażki prawa międzynarodowego i zawiedzionej nadziej ostatniej kolonii afrykańskiej. Marokańczycy, korzystający z ulg podatkowych i różnego rodzaju przywilejów gospodarczych serwowanych im przez króla, z roku na rok zasiedlają tereny Sahary Zachodniej. Kolonizują je w sensie ekonomicznym oraz „marokanizują” – pozbawiają wartości kulturowych, wynaradawiają. Język hiszpański oraz dialekt hassanija są wypierane przez arabski i francuski. Nawet rozgłośnie radiowe Saharyjczyków są konsekwentnie zagłuszane przez Marokańczyków. Rdzenni mieszkańcy Sahary Zachodniej stają się powoli – jak pisze B. Sabela – mniejszością w swoim własnym kraju.

Na emigracji

Centrum życia mieszkańców Sahary Zachodniej ulokowane jest w sąsiedniej Algierii. W obszarze przygranicznym, nazywanym przez Saharyjczyków Zona Liberada (Terytoria Wyzwolone) znajdują się niewielkie miasta zakładane przez migrantów. Nazwy części ośrodków, np. Al Ujun, Smara, wprost odnoszą się do starych miast znajdujących się obecnie pod zaborem marokańskim.

B. Sabela skrzętnie analizuje sferę symboliki narodowej. Zwraca na przykład uwagę, że saharyjskie auta mają własne rejestracje zaczynające się od SH. Co krok powiewa flaga państwowa. Działa rząd emigracyjny, kształtowane są erzace instytucji politycznych, a nawet akademickich. Część z tych organów nawiązuje wprost do tradycji beduińskiej, opiera się na współdzieleniu komunitariańskiej wizji ładu społecznego. Część wzorowana jest na tradycji demokracji liberalnej.

Do świata tego, co ciekawie relacjonuje reportażysta, wkracza kultura masowa. Portale społecznościowe, mimo fatalnej jakości Internetu na pustyni, ogniskują życie polityczne młodych ludzi. Tam właśnie trwa walka o rząd dusz przyszłych pokoleń Saharyjczyków. Działa także lokalna telewizja, wydawane są gazety. B. Sabela pisze o tym regionie, a także o obozach dla uchodźców ulokowanych dalej na wschód, w Algierii, gdzie żyje ok. 150 tys. osób: Państwo bez ziemi. Państwo na wygnaniu, tuż za granicą swojego kraju, zawieszone w niebycie, nicości, niepamięci, pomiędzy wojną a pokojem. Saharyjczycy mówią o nich Obozy Godności. Marokańczycy twierdzą, że mieszkający tam ludzie są więzieni przez Algierię.

Prezydentem Saharyjskiej Arabskiej Republiki Demokratycznej, a zatem reprezentantem nieistniejącego państwa, wirtualnej republiki, ostatniej afrykańskiej kolonii jest Muhammad Abdul Aziz. Marokańskie media prezentują go jako relikt zimnej wojny, tyrana, który od 40 lat uzurpuje sobie fotel prezydencki – z kolei dla większości Saharyjczyków jest ojcem narodu, mężem stanu par excellence, nowoczesnym przywódcą, który przeszedł niełatwą metamorfozę, porzucając ideały wojowniczego arabskiego socjalizmu na rzecz liberalnej demokracji, nie gubiąc przy tym lewicowych wartości.

B. Sabela rozmawia z prezydentem, poznaje jego motywacje i ocenia wrażliwość światopoglądową. Zarazem odnosi się z dozą krytycyzmu do planów roztaczanych przez lidera Saharyjczyków. Widać, że Polak lepiej czuje się podczas wywiadów z działaczami niższego szczebla, czy zwykłymi, napotykanymi na ulicy ludźmi. Słucha, notuje, nagrywa – i wykazuje się przy tym niebywałą pokorą, cierpliwością i otwartością.

Za jeden z głównych tematów reportażu uznać można byłoby postrzeganie świata polityki przez Saharyjczyków – ukazanie różnic w percepcji między pokoleniami starych partyzantów, a młodych ludzi, urodzonych i wychowanych na wygnaniu. B. Sabela wprowadza czytelnika w niuanse współczesnej polityki, uzupełniając swój wykład o cenne passusy historyczne. Znaczna część opisów dotyczy przeszłości i przyszłości głównej organizacji w Saharze Zachodniej – Frontu Polisario.

Oficjalna nazwa organizacji to Ludowy Front Wyzwolenia Sakiji al-Hamry i Río de Oro (Sakija al-Hamra i Rio de Oro są nazwami dwóch prowincji składających się na dawną hiszpańską kolonię). Front Polisario został założony w 1973 r. i od tego czasu prowadzi wojnę o niepodległość. Początkowo działalność ta ograniczała się do nierównej walki partyzanckiej, w której głównymi wrogami było Maroko i Mauretania (wspierane – co autor słusznie akcentuje – przez Francję i USA, a także przy biernej postawie Hiszpanii). Z czasem, po zmianie władzy w Nawakszut i uzyskaniu wsparcia ze strony Algierii, ZSRR, Kuby, Wietnamu i – do połowy lat osiemdziesiątych – Libii, Front Polisario rozpoczął regularną wojnę z Marokańczykami. Mimo szerokiego wsparcia udzielanego Królestwu przez Francję, USA, Egipt, Arabię Saudyjską, Belgię, Włochy, Izrael, RPA (w czasach apartheidu), w walce tej, o dziwo, Polisario odnosił sukcesy. W pamięci Saharyjczyków przetrwały wspomnienia o spektakularnych rajdach (ghazw) na land roverach w głąb terytorium wroga, atakach na linie zaopatrzeniowe i garnizony wojska, czy guerra de desgaste – wojnie na wycieńczenie, polegającej na nieustawicznym nękaniu posterunków granicznych. Podkreślić jednak trzeba za B. Sabelą: POLISARIO nigdy nie posunął się do atakowania celów cywilnych! Nie jest zatem organizacją terrorystyczną, jak bywa przedstawiany w mediach marokańskich i francuskich.

Koniec zimnej wojny, zmiana priorytetów w globalnej polityce, przeorientowała strategię Polisario. Liczebność oddziałów zmalała z kilkudziesięciu do kilku tysięcy. Dziś organizacja ta prowadzi głównie wojnę propagandową, rozciągnięte w czasie batalie kulturowe. Alarmuje o bestialstwach, do których nadal dopuszczają się Marokańczycy. Zbiera świadectwa. Dba o bezpieczeństwo w obozach dla uchodźców. Angażuje się w inicjatywy edukacyjne. Kultywuje tożsamość narodową.

Laboratorium polityczne

Właśnie do tego intrygującego laboratorium geopolitycznego, obszaru, gdzie ścierają się interesy mocarstw, a los małych narodów nie jest do pozazdroszczenia, zabiera nas B. Sabela. Obszerna książka stanowi zapis szeregu wypraw Polaka do Maghrebu – zarówno do Maroka, jak i Algierii. Na kartach jego pracy pojawiają się dziesiątki respondentów – zarówno prominentnych działaczy Polisario, bohaterów narodowych, aktywistów społecznych, jak i zwykłych Saharyjczyków.

Reportaż urzeka sposobem opisu przestrzeni społecznej, uporczywym odnajdowaniem sensu w rzeczywistości pozornie z niego wyjałowionej. Warstwa faktograficzna zawarta w książce, która nie pretenduje do miana wykładu historycznego, czy politologicznego może zawstydzić wielu uczelnianych badaczy przemian regionu. B. Sabela dyskretnie przemyca informacje, dane statystyczne trudno dostępne w polskojęzycznej literaturze. Dane te uzupełnia własnymi wnioskami, konfrontuje z sądami swoich rozmówców. Przełamuje, dzięki temu, marokańskie embargo informacyjne – de facto politykę dezinformacji i kłamstwa.

Opowieść B. Sabeli uznać można za wstrząsający dokument o przemocy władzy, o dramacie setek tysięcy Saharyjczyków egzystujących pod zaborem tudzież na wygnaniu. Marokańczycy na niewyobrażalną skalę zastosowali wobec nich instrumenty opresji i prześladowań. We „Wszystkich ziarnach piasku” czytamy o brutalnych porwaniach, znikaniu tysięcy opozycjonistów, strzelaniu do demonstrantów, o przesiedleniach na masową skalę, o samolotach zrzucających napalm i biały fosfor na wioski i obozy uchodźców, o wybuchających bombach kasetowych, minach przeciwpiechotnych, o zatruwaniu studni na środku pustyni, torturach w tajnych więzieniach, gwałtach... W opisach tych B. Sabela nie stara się schodzić na drugi plan. Owszem, narrację konstruuje wokół świadectw, które uzyskał od Saharyjczyków. Wielokroć jednak sam komentuje relacje, nie pozostawiając suchej nitki na władzach marokańskich.

Projekcje przyszłości

Jesteśmy skolonizowani przez ONZ – mówi B. Sabeli jeden z jego rozmów. To ważne zdanie. Otóż reportaż można odczytać jako jednoznaczne potępienie instytucji międzynarodowych – ONZ, Unii Europejskiej. Autor obnaża ich indolencję, niemoc i głupotę. Nie jest to jednak ignorancja wynikająca z nieznajomości lokalnego kontekstu, przekonuje reportażysta. U źródeł postaw Europejczyków i Amerykanów wobec Saharyjczyków tkwi obrona własnych interesów, utrzymania przyjacielskich relacji z Marokiem. Brudna geopolityka triumfowała nad zgrabną, ładnie opakowaną iluzją jaką jest prawo międzynarodowe – podsumowuje B. Sabela. O Misji Narodów Zjednoczonych na rzecz Referendum na Saharze Zachodniej (MINURSO) pisze z kolei: Jest jedyną misją ONZ niemającą mandatu, by monitorować prawa człowieka. Nie widzi. Nie słyszy. Nie mówi. Uspokaja jedynie wyrzuty sumienia.

Autor w opisach tych nie jest bezstronny, co w żaden sposób nie obniża wiarygodności jego dzieła. Odwiedzając pod raz kolejny Saharyjczyków, stwierdza dosadnie: Gdzie twój dystans i obiektywizm, mógłby ktoś zapytać. Przecież chciałeś się bawić w reportera, no to masz. Odpowiedziałbym, że w dupie mam ten obiektywizm, wzbiera we mnie złość, mam ochotę pójść na demonstrację i rzucać kamieniami w policyjne wozy.

Część czytelników deklaracje takie, bliskie dyskursowi rodem z manifestu ideologicznego, mogą wprawić w zdziwienie. Reporter, który wyprawia się na krańce świata by relacjonować konflikt, w pewien sposób sam się w niego angażuje. Przekracza granice. B. Sabela czyni to jednak świadomie i z premedytacją. Jest w tym szczery i autentyczny. Widać to doskonale w końcowych partiach książki, gdzie kolejni respondenci przyznają, że decyzja Polisario o zawieszeniu broni wydaje z dnia na dzień się coraz większym błędem. Saharyjczycy, dostrzegając, że idea referendum staje się zwykłą mrzonką, przyznają się do naiwności. Coraz częściej myślą o wznowieniu walki zbrojnej. B. Sabela nie sili się specjalnie na komentowanie tych wypowiedzi. To wymowna cisza. Reporter podziela nastrój zabójczej tymczasowości. Racjonalizuje mechanizm radykalizacji opinii społecznej w obozach dla uchodźców oraz na Terytoriach Wyzwolonych. W projekcjach przyszłości, które kiełkują w umysłach młodego pokolenia Saharyjczyków, wyczuwa rosnący gniew. I oswaja go.

Błażej Popławski, autor recenzji, jest doktorem historii, socjologiem, komentatorem przemian polityczno-gospodarczych globalnego Południa. Prowadzi blog www.afrykanista.pl

Pozycja do nabycia m.in. w księgarni internetowej Wydawnictwa Czarne.

 

Czytany 1804 razy