sobota, 14 luty 2009 14:50

Mateusz Piskorski: O przydatności imperium

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt

 Mateusz Piskorski

Wiele już słów padło na temat Traktatu Lizbońskiego i ewentualnych konsekwencji jego przyjęcia. Przeciwnicy i zwolennicy ratyfikacji ścierali się w gorących debatach w większości krajów Unii Europejskiej, dzięki czemu tamtejsza opinia publiczna miała okazję poznać cały zestaw argumentów, a tym samym dowiedzieć się, co zawiera ten skomplikowany i niestrawny dla przeciętnego czytelnika dokument.

W Polsce, podobnie jak kilka lat temu przy okazji dyskusji na temat Traktatu Ustanawiającego Konstytucję dla Europy, poza kilkoma rytualnymi zaklęciami obu stron politycznego sporu, taka debata dotychczas nie miała miejsca. Nawet swoisty aneks do Traktatu, jakim była Europejska Karta Praw Podstawowych, poddany został wybiórczej interpretacji przez polityków, którzy żywili mniej lub bardziej uzasadnione przekonanie, że do lektury tego zwięzłego przecież dokumentu w formie deklaracji nikt przecież i tak nie sięgnie. Refleksja nad skutkgeoami ewentualnego wejścia w życie Traktatu nie wykraczała też poza relatywnie wąskie ramy kategorii interesu narodowego, sprowadzonego do rozpatrywania zawartości tej propozycji rozwoju Unii Europejskiej jako reformy instytucjonalnej w jej zawężonym rozumieniu.

Arytmetyka proponowanych procedur decyzyjnych, choć niewątpliwie istotna z punktu widzenia każdego z krajów członkowskich, przesłaniała niekiedy istotne znaczenie tego dokumentu w wymiarze, nie sposób nie użyć tego słowa, globalnym. Globalne znaczenie Traktatu Lizbońskiego wiąże się ściśle z myśleniem geopolitycznym, bardzo istotnym w dobie globalizacji i przyspieszenia obserwowanego w stosunkach międzynarodowych, zdominowanych przez kilku czołowych aktorów, którzy relacje z podmiotami tej miary co Polska, czynią jedną z licznych podrzędnych funkcji swojej planetarnej partii szachów. Geopolityka, wbrew zaklęciom lewicowo-liberalnych teoretyków ładu międzynarodowego, odgrywa zaś nadal rolę kluczową, a spojrzenie z jej perspektywy powinno poprzedzać każdą dyskusję o dalszej ewolucji projektu nazwanego niegdyś integracją europejską. Przyjrzyjmy się konsekwencjom ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego z tej właśnie perspektywy.

Zalety wielobiegunowości

Po okresie zimnej wojny, wraz z upadkiem Związku Radzieckiego nastąpił krótki okres jednobiegunowości (unilateralizmu), związanej z globalną hegemonią Stanów Zjednoczonych. Dominacja ośrodka amerykańskiego przejawiała się we wszelkich sferach życia. Jej najbardziej dostrzegalnym przejawem były otwarte działania wojenne w latach 90. (I wojna iracka, operacja w Somalii, wkroczenie na kontynent europejski przy okazji interwencji w byłej Jugosławii), które swoje apogeum osiągnęły po zamachach 11 września 2001 roku w Nowym Jorku i Waszyngtonie (kolejna operacja iracka zakończona unicestwieniem państwowości Iraku, opanowanie Afganistanu, uzyskanie możliwości militarnej obecności w krajach Azji Środkowej).

W sferze geoekonomicznej USA osiągnęły potencjał hegemona dzięki podporządkowaniu licznych krajów drugiego i trzeciego świata za pomocą międzynarodowych instytucji finansowych oraz ustanowieniu dolara amerykańskiego w roli międzynarodowej waluty rozliczeniowej także w handlu strategicznymi surowcami naturalnymi. W dziedzinie potencjału naukowego i technologicznego dominująca pozycja Waszyngtonu wiązała się z przyciągnięciem czołowych naukowców z pozostałych części globu oraz śmiałym finansowaniem ambitnych projektów badawczych, choćby w ramach budżetu DARPA, agencji specjalizującej się w odnajdywaniu i finansowaniu badań nad nowatorskimi i innowacyjnymi projektami przydatnymi w przemyśle obronnym.

USA osiągnęły wreszcie pozycję hegemoniczną w przestrzeni geokulturalnej; o wynikających z niej niebezpieczeństwach pisał jeszcze w 1981 r. Alain de Benoist, zauważając, że pod pewnymi względami stanowi ona większe zagrożenie od totalitaryzmu sowieckiego: ten pierwszy (podobnie jak istniejące do dzisiaj reżimy autorytarne bądź quasi-totalitarne) oznacza kontrolę i unicestwienie fizyczne, ten drugi, rozpowszechniany przez USA, prowadzi do amputacji duszy, produkuje społeczeństwo „szczęśliwych robotów”, egzystujących w warunkach „klimatyzowanego piekła”.

Układ hegemoniczny budził zatem zrozumiały sprzeciw reprezentantów niezależnej myśli w Europie, także – choć pewnie w mniejszym stopniu – w Polsce. Pomocny w rozwiązaniu problemu świata jednobiegunowego może być jedynie świat będący jego antytezą – układ multipolarny. Biorąc pod uwagę pozostający jeszcze do dyspozycji USA potencjał, przede wszystkim geoekonomiczny i geokulturowy, nietrudno dojść do wniosku, że w obecnej sytuacji niełatwo byłoby tradycyjnemu państwu narodowemu zagregować potencjał wystarczający do ustanowienia nowego bieguna geopolitycznego. Już chyba nawet najwięksi marzyciele spod znaku „Wielkiej Polski” nie wierzą, że takim ośrodkiem mogłaby się stać nasza Ojczyzna. Konstatacja ta nie ma zatem nic wspólnego z powszechnym w niektórych polskich kręgach intelektualnych kapitulanctwem, lecz stanowi realistyczne oszacowanie potencjału geopolitycznego kraju, który nie powinien mieć z tego tytułu żadnych kompleksów: wszak znajduje się w gronie stu kilkudziesięciu podmiotów państwowych, które również nie mogą sobie rościć globalnych pretensji.

Z drugiej strony, decydując się w 2003 r. na członkostwo w Unii Europejskiej, pomimo wielu rzeczywistych zagrożeń związanych z taką decyzją, dokonaliśmy geopolitycznego wyboru. Nie jesteśmy już państwem mogącym pozwolić sobie na neutralność w globalnej rozgrywce. Pomimo to, w warunkach przedziwnej schizofrenii, staraliśmy się odgrywać przez ostatnie lata rolę wasala imperium amerykańskiego, które w erze neokonserwatywnej weszło w stadium kulminacyjne agresywnego interwencjonizmu, w którym realne interesy geopolityczne Waszyngtonu nieudolnie starano się maskować uniwersalistyczną retoryką.

W 1976 r. 26-letni wówczas Emmanuel Todd prorokował ku zdziwieniu czytelników rozpad Związku Radzieckiego. W 2001 r. ten sam autor zaczął wieszczyć zmierzch imperium amerykańskiego, przewidując kilka lat wcześniej naturę kryzysu finansowego, który od paru miesięcy stanowi główny problem Stanów Zjednoczonych. Tezę Todda zweryfikować może tylko bliżej nieokreślony czas, jednak pewne jest już coś innego: na naszych oczach wyłaniają się kolejne centra geopolitycznej siły. „Wzrost Chin na Wschodzie i Unii Europejskiej na Zachodzie zasadniczo zmienił świat, który do niedawna posiadał tylko jeden, amerykański środek ciężkości. Gdy duch Chin i Europy z każdym ruchem rozpościera się na nowych przestrzeniach, duch Ameryki słabnie” – pisze amerykański politolog Parag Khanna, przewidując, że niezależnie od polityki amerykańskiej, te dwa rodzące się geopolityczne bieguny narzucać będą standardy rywalizacji. Do zestawu imperiów zaproponowanego przez Khannę dodać być może będzie można wkrótce jeszcze aspirujące do tej roli Indie i Rosję, a w przyszłości może również Brazylię na półkuli zachodniej. Wielobiegunowość wydaje się zatem być obiektywnym kierunkiem ewolucji ładu światowego; przejście do jej stadium można jedynie w świadomy sposób przyspieszać bądź opóźniać.

W interesie zwolenników pluralizmu cywilizacyjnego i poszerzania palet dostępnych alternatyw, majaczący multipolaryzm jest zjawiskiem ze wszech miar pożądanym. Będąca członkiem Unii, Polska może w tym istotnym historycznym procesie uczestniczyć. Przyspieszenie procesu likwidacji układu jednobiegunowego wymaga dziś z jednej strony pogłębienia i poszerzenia na nowe sfery procesu integracji europejskiej, z drugiej zaś – odpowiedzi na pytanie, czy istotnie UE jest w stanie stać się samodzielnym ośrodkiem siły. Odpowiedź na to pytanie może zaś skłonić do wniosku, że budowa bieguna odbywać będzie się sprawniej w przypadku zaproszenia do współpracy sojusznika najbliższego geograficznie i kulturowo. Tym sojusznikiem jest w obecnej konfiguracji Federacja Rosyjska, stojąca przed dylematem wyboru alianta: UE czy Chiny? Jeśli więc zależy nam na tym, by pełnić rolę katalizatora nowego ładu, warto kierować się dwoma pryncypialnymi celami: 1) uczestnictwem w tworzeniu podwalin wspólnej europejskiej polityki zagranicznej i obrony (co w tym przypadku oznacza poparcie dla idei Traktatu Lizbońskiego); 2) normalizacją relacji z największym spośród naszych wschodnich sąsiadów. Obowiązujący od kilkunastu lat stereotyp poprawności politycznej w dziedzinie polityki zagranicznej uznaje tak zakreślone cele za aberracje. Dyskusja nad nimi może się jednak stać przyczynkiem do ożywienia zatęchłej od archaicznych dogmatów atmosfery polskiego życia intelektualnego.

Przeszkody, czyli garść obaw

Przed ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego przestrzegają różne środowiska polityczne. Z jednej strony są to, jak pokazało niedawne referendum w Irlandii, kręgi biznesowe i liberalne, obawiające się zbytniej regulacji i deliberalizacji europejskiego rynku, z drugiej zaś wychodzące z diametralnie odmiennych założeń formacje lewicowe i związkowe, obawiające się, że wraz z traktatem, tak wychwalany nawet przez Amerykanina Jeremy’ego Rifkina projekt „Europejskiego marzenia” i Europy socjalnej, zostanie zanegowany przez prymat paradygmatu liberalnego. Traktat jest zatem niedoskonały, bo w dużej mierze przeregulowany, obciążony zapisami zupełnie z punktu widzenia zakreślonego powyżej celu zbędnymi, a nawet szkodliwymi. Na dobrą sprawę mógłby poprzestawać na zakreśleniu kompetencji najważniejszych planowanych organów UE – prezydenta i wysokiego przedstawiciela do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa (de facto szefa unijnego MSZ przyszłości) oraz ustanowieniu ram proceduralnych, niezbędnych dla sprawnego procesu decyzyjnego.

Drugą z przeszkód jest sygnalizowany już od lat europejski deficyt demokracji. Narodowe referenda rządzą się swoimi prawami, nierzadko debaty w nich odbiegają tematycznie od rozstrzyganego zagadnienia i koncentrują się na bieżących rozgrywkach w ramach krajowej sceny politycznej. Z drugiej strony, rezygnacja z tego instrumentu demokracji bezpośredniej sprawić może, że Unia poza legitymizacją biurokratyczną, budzącą zrozumiałą obywatelską nieufność, będzie tworem odległym, niezrozumiałym i niedocenianym. Dlatego interesujący z tego punktu widzenia jest pomysł Jürgena Habermasa, który zaproponował przeprowadzenie referendum ogólnoeuropejskiego, które byłoby też niepowtarzalną okazją do zapoczątkowania kontynentalnej przestrzeni debaty publicznej i konfrontacji poglądów.

Imperia, w takiej czy innej formie, będą prawdopodobnie decydującymi podmiotami polityki międzynarodowej w dającej się przewidzieć przyszłości. Nie ma raczej powrotu do tzw. ładu westfalskiego, w którym suwerenność narodowa była realnie istniejącym pojęciem. Procesy globalizacyjne prowadzą też do konieczności formułowania szerszych niż narodowe strategii reagowania. Na polskim gruncie te oczywiste fakty były w ostatnich latach jakby niedostrzegane. Debata o polityce zagranicznej zakotwiczona była w archaicznych koncepcjach wypracowanych jeszcze w realiach II Rzeczypospolitej i zdecydowanie nieadekwatnych wobec wyzwań XXI wieku. Kilka lat temu o Imperium Europaeum pisał na łamach nie ukazującego się już „Stańczyka” Tomasz Gabiś. To chyba jedyny przypadek prawicowego publicysty, który doskonale zrozumiał realia geopolityczne współczesnego świata. Traktat Lizboński oceniany z tego punktu widzenia jest dokumentem i projektem ważnym, choć zapewne jednym z wielu na drodze do powstania bieguna Europa. Bieguna, który wcale nie musi mieć charakteru ekspansywnego mocarstwa, a może promieniować atrakcyjnością swego modelu społecznego i potencjału kulturowego, bogatego różnorodnością wielu zamieszkujących go narodów i tradycji.

Dyskusja ukazała się w nr 6 (2008) 44 Magazynu alt

Przeczytaj inny tekst w ramach dyskusji na temat Unii Europejskiej.

Czytany 81437 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04