środa, 22 lipiec 2009 08:20

Marcin Domagała: Zaszachowany Kirigistan

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Marcin Domagała

Gra między USA, Rosją i Chinami

Nowe otwarcie w polityce zagranicznej amerykańskiego prezydenta Baracka Obamy zyskało na świecie znaczący poklask. Oficjalnie nowa administracja zaczęła dystansować się od buńczucznej i wojennej retoryki republikańskiego poprzednika. Niestety, jest to tylko fasada, za którą sprytnie ukryto  politykę Białego Domu dążącą do budowy swoich przyczółków wokół Rosji. Amerykańscy stratedzy wzięli sobie za cel małe państwo w Azji Centralnej – Kirgistan, który znalazł się w roli bufora geopolitycznych rozgrywek światowych mocarstw.

Islamski Kirgistan jest jedynym krajem na świecie, na którego terytorium, za pełną i suwerenną zgodą jego rządu, funkcjonowały do niedawna bez większych przeszkód dla stabilności państwa siły militarne aż trzech światowych potęg. Pierwszą z nich jest oczywiście Rosja, która posiada swoje siły ulokowane w bazie Kant pod kirgiską stolicą Biszkekiem. Kolejną potęgą są Stany Zjednoczone, których wojska stacjonują w bazie Manas, również niedaleko kirgiskiej stolicy. To tutaj tankują amerykańskie samoloty operujące w afgańskiej przestrzeni powietrznej. Stąd też odlatuje zaopatrzenie dla wojsk amerykańskich. Trzecią siłą są Chiny, których patrole ściśle współpracują z patrolami kirgiskimi na granicy z chińską prowincją Sinkiang zamieszkałą głównie przez przejawiających separatystyczne zapędy Ujgurów. W początkach 2009 r. swego rodzaju równowaga sił zaczęła erodować, co może przyczynić się do destabilizacji sytuacji wewnętrznej Chin.

Kirgistan nie bez powodu zmienił się w szachownicę dla kolejnego geopolitycznego igrzyska. Na jego terytorium leży bowiem klucz do dominacji w tym rejonie świata. Dla Pekinu, z racji ciągnących się od lat problemów z Ujgurami, nie bez znaczenia jest fakt, kto rozdaje karty w Biszkeku. Kirgistan posiada prawie 900-km granicę z Chinami. Ich władze niechętnie spoglądają na kirgiskie bratanie się z Waszyngtonem, zwłaszcza że ten po cichu wspiera działalność opozycyjnego wobec polityki Pekinu Światowego Kongresu Ujgurów, jak i przez palce patrzy na działalność radykalnego, islamskiego Ruchu Wschodniego Turkmenistanu.

Położenie Kirgistanu odgrywa także kluczową rolę dla kontroli nad złożami ropy i gazu w Kazachstanie i Uzbekistanie, a zwłaszcza tranzytu tych nośników energii z pominięciem Rosji. Tędy biegnie również główny korytarz transportowy Azji Centralnej łączący rynki Unii Europejskiej z Chinami i Japonią. Na terenie tego państwa znajdują się  największe w krajach WNP zasoby hydroenergetyczne. Kirgistan jest także znaczącym eksporterem złota i rtęci.

Po tzw. tulipanowej rewolucji w 2005 r. i odsunięciu od władzy prezydenta Askara Akajewa sytuacja polityczna na krótko uległa stabilizacji. W jego miejsce wybrano Kurmanbeka Bakijewa, który miał być gwarantem przychylności dla prozachodniej polityki kraju, oczywiście kosztem Rosji. Wzrost proamerykańskich nastrojów wśród kirgiskich elit nie szedł jednak w parze z nastrojami samych Kirgizów. Promocja nowych wzorców kulturowych oraz ignoranckie zachowanie amerykańskich żołnierzy zaczęły budzić coraz większe niezadowolenie. Jedną z kropel, która przelała czarę, były zabójstwo Kirgiza przez amerykańskiego żołnierza oraz niechęć Amerykanów do szybkiego ukarania mordercy. Także różne obietnice amerykańskie pozostawały w zasadzie na papierze. Kulminacją niezadowolenia było wypowiedzenie Amerykanom dzierżawy bazy lotniczej Manas. Oficjalnym powodem była zbyt niska kwota za dzierżawę płacona przez USA (ok. 17 mln USD rocznie) wobec kirgiskich oczekiwań rzędu 150 mln.

Rosja czym prędzej przebiła licytację. Prezydent Miedwiediew przyznał 150 mln dol. tylko bezzwrotnej pomocy, a także kredyt wysokości 2 mld dol. oraz rosyjskie inwestycje. Była to rekompensata za cofnięcie zezwolenia na korzystanie przez Amerykanów z bazy wojskowej. Dla wciąż ubogiego Kirgistanu ta propozycja wydała się nader atrakcyjna. Bakijew zdecydował się jednak grać na dwa fronty. Po negocjacjach USA uwzględniły część kirgiskich oczekiwań. W zamian za przedłużenie użytkowania bazy lotniczej oferowały pakiet na łączną sumę ponad 177 mln dol., a tym samym otwarcie na tak pożądanych zachodnich inwestorów. Nieoficjalnie Amerykanie zapowiedzieli solidne wsparcie dla obecnego prezydenta w nadchodzących wyborach. Okazało się, że USA mają ukrytego asa w rękawie, który pozwolił nie tylko na dalsze umocnienie własnej pozycji w Biszkeku, ale także zapędził w kozi róg dwóch pozostałych konkurentów do kirgiskiego tortu. Do jego realizacji, według wszelkich poszlak, zaangażowana została CIA. Efekt okazał się piorunujący.

Kirgistan nie posiada bezpośredniej granicy z Afganistanem, jednakże dość łatwo się do niego dostać przez należącą do Uzbekistanu Kotlinę Fergańską. I oto pojawiły się niepokojące doniesienia o dziwnym rozszczelnieniu północnej granicy afgańskiej z Uzbekistanem i Tadżykistanem. To przez nią masowo zaczęli przenikać mudżahedini udając się w kierunku kirgisko-chińskiej granicy w górach Tien-Szan. Zwiększona aktywność Al-Kaidy została zauważona także w rejonie kirgiskiego jeziora Issyk-kul, którego okolice są dobrze znane z upraw konopi indyjskich, dzięki którym talibowie finansują swoje działania. Ta aktywność mogła wpłynąć na pozytywne nastawienie do negocjacji z USA. W oczach władz kirgiskich to w końcu Amerykanie są liderem w walce z terroryzmem. W tym kontekście jako efekt uboczny można potraktować eksplozję niepokojów wśród islamskich Ujgurów po chińskiej stronie granicy. Gwałtowna reakcja chińskich władz może świadczyć o tym, że sprawa jest naprawdę poważna. Oszczędni w słowach chińscy dyplomaci nieoficjalnie coraz mocniej wskazują na cichą amerykańską inspirację działań radykałów z Al-Kaidy w tym regionie. Wpuszczenie wroga miałoby bowiem jeszcze mocniej uzasadniać potrzebę istnienia wojsk amerykańskich w tym regionie... dla zwalczania islamskich radykałów.

Wzrost wpływów amerykańskich w Kirgistanie będzie szczególnie widoczny w kontekście wyborów prezydenckich, które odbędą się 23 lipca. Wsparcie Ameryki może bowiem okazać się bezcenne dla szykującego się do następnej kadencji Bakijewa. Można zatem podejrzewać, że wynik wyborów jest z góry przesądzony na korzyść obecnego prezydenta. Jego ewentualna klęska oznaczałaby koniec obecności amerykańskiej w tym regionie, ale także groźbę radykalnego wzrostu zagrożenia ze strony talibów. Słaby i mały kraj nie może sobie pozwolić na zdecydowaną reakcję wzorem silnego chińskiego sąsiada. Jednocześnie wzrastają antyzachodnie tendencje, które pomału zaczynają się układać w pakistański scenariusz destabilizacji kraju.

Artykuł ukazał się w nr 170 (5895) dziennika z dnia 21.07.2009 r.


Czytany 7740 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04