poniedziałek, 20 październik 2008 17:33

Marcin Domagała: Ukraina - anatomia molekularnego rozpadu

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

Marcin Domagała

Kolejny polityczny zawał na Ukrainie, skutkujący ponownym, bo drugim w kadencji prezydenta Wiktora Juszczenki, przedterminowym rozwiązaniem parlamentu, dowodzi nie tylko głębokiego i strukturalnego kryzysu politycznego w tym kraju, ale przede wszystkim amatorszczyzny i braku elementarnej dojrzałości elit politycznych naszego wschodniego sąsiada do zarządzania nowoczesnym państwem.

 Powstała w 1991 r. na gruzach ZSRR niepodległa Ukraina nie miała przed sobą, jak i pozostałe 14 krajów postradzieckich, łatwej drogi. Praktyka pokazała, że w wyścigu do lepszego świata kraj ten znalazł się na szarym końcu peletonu. Promowany w tym regionie system polityczny, ściśle wzorowany na demokracjach zachodnich, który przyniósł sukces polityczno-gospodarczy krajom bałtyckim, w wypadku naszego wschodniego sąsiada owocował katastrofą cywilizacyjną. Popularniejsza w wypadku innych państw postradzieckich (np. Białoruś, Kazachstan, czy Turkmenistan) autorytarna droga rozwoju, z uwagi na zbyt wielkie różnice społeczne i instytucjonalną słabość młodego państwa, nie miały szans na realizację. W efekcie obrano system, który w większości państw poradzieckich kojarzył się z bałaganem, utratą pozycji międzynarodowej, korupcją oraz zubożeniem znacznych warstw społecznych. W oczach wielu Ukraina stała się nie tylko żywym przykładem niedostosowania zachodnich rozwiązań systemowo-politycznych do mentalności i tradycji zarządzania społeczeństwami postsowieckiego regionu geograficznego, ale też ledwo dychającym okazem złudności i zawodności demokratycznej wizji państwa.Przyczyn tego stanu było i jest nadal bardzo wiele. Wynikają one zarówno z uwarunkowań zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Kraje zachodnie, w tym Polska, od początku starały się instrumentalnie traktować Ukrainę, jako przeciwwagę dla polityki rosyjskiej. O ile jednak ten punkt widzenia do pewnego stopnia sprawdzał się w okresie znaczącego osłabienia Rosji na prezydentury Borysa Jelcyna, tu już za czasów jego następcy szybko uległ erozji. Za Putina Rosja nie tylko wzmocniła własną pozycję gospodarczą wobec swoich sąsiadów, ale również na powrót wyciągnęła z szafy swoje geopolityczne ambicje. W efekcie państwo ukraińskie, w którym kryzys społeczny, etniczny i gospodarczy zdążył stać się już nie patologią, lecz cechą systemową, nie był w stanie wypracować właściwej i konsekwentnej pozycji nie tylko wobec Moskwy, ale także Brukseli i Waszyngtonu. Kijów stał się zakładnikiem dążeń Moskwy, neoliberalnych zapędów Ameryki, i jej europejskich partnerów.

Podstawową przyczyną był przede wszystkim brak poczucia i identyfikacji narodowo-państwowej większości społeczeństwa. Przypomnijmy, że Ukraina to tak naprawdę geograficzny tygiel, w którym pojęcie ukraińskości miesza się rosyjskością, zaś linia podziału przebiega z północy na południe. Co prawda osoby używające języka ukraińskiego przeważają, jednak ponad 25% obywateli tego państwa wciąż posługuje się językiem rosyjskim. W dodatku ok. 38% (ponad 17 mln) Ukraińców żyje poniżej granicy ubóstwa, zaś reszta, wyłączając oczywiście wąską grupę najbogatszych, radzi sobie niewiele lepiej (średnia pensja miesięczna brutto to niecałe 900 zł — w Polsce to ok. 3 tys. zł). Wskaźniki te co prawda ulegają korzystnym zmianom, jednak dzieją się one zbyt wolno, by mogły pozytywnie wpłynąć na ogólną sytuację. Zajętym od upadku ZSRR walką o byt i pogrążonym w marazmie Ukaińcom nie starczyło już energii ani woli na znalezieniu jednolitej, spójnej wizji rozwoju, kierowanej jeśli nie przez jednego człowieka to grupę ludzi, posiadających wystarczający autorytet i tytuł do wyprowadzenia państwa na właściwe tory. Mowa tutaj o formacie takich osób jak Władymir Putin w Rosji, Lech Wałęsa w Polsce, czy Vaclaw Havel w Czechach. Obrane w tym czasie ukraińskie elity wolały przede wszystkim skupić się na wzajemnych rozgrywkach i rozkradaniu państwa, aniżeli właściwym wypełnianiu wyznaczonej im roli. Zaważył na tym procesie brak wystarczającej odpowiedzialności i woli państwowotwórczej społeczeństwa.

Po upadku rządów Leonida Kuczmy nadziei zaczęto upatrywać w osobie, nasiąkniętego prozachodnimi ideami, Wiktora Juszczenki. Okazał się on jednak postacią miernego formatu, podobnie jak cała pomarańczowa wierchuszka. Mimo wszystko Ukraińcy, oraz dopatrujące się okazji pozyskania antyrosyjskiego sojusznika kraje zachodnie, postawiły na osobliwy nacjonalistyczno-liberalny sojusz demokratyczny. Wybory prezydenckie na przełomie 2004 i 2005 r. odkryły w rzeczywistości głęboki podział Ukrainy. Rok później wybory do Rady Najwyższej (parlamentu) pokazały, że Ukraińcy nie są wcale pewni czy chcą ponosić koszt zbliżenia z Zachodem, czy też wolą swojego wschodniego sąsiada. Ta przepychanka trwa tak naprawdę do dzisiaj

Rządy pomarańczowych, mimo pozornych sukcesów, okazały się neoliberalną farsą, w pełnej okazałości prezentując brak wizji co do kierunku rozwoju. Ruch ten, mimo fasady nowoczesności i prozachodniej retoryki, niczym tak naprawdę nie wyróżniał się od swoich politycznych przeciwników. Nowo wyłonione elity okazały się zlepkiem do cna skorumpowanych nepotów, oligarchów i oportunistów, skupionych na wzajemnych i morderczych sporach o kolejność realizacji partykularnych interesów kolejnych książąt spod pomarańczowych i błękitnych sztandarów. W konsekwencji państwo ukraińskie, jako podmiot międzynarodowy i umowa społeczna wciąż funkcjonuje w dużej mierze fasadowo.

W tym samym czasie polskie elity polityczne gotowe były zapłacić bardzo wiele za kolejnego antyrosyjskiego sojusznika. Z pełną premedytacją ignorowały bulgotanie ukraińskiego kotła politycznego, przy którym polskie piekiełko przypominało klimatyzowany pensjonat na równiku. Nie dostrzegały również, czym dla samego społeczeństwa ukraińskiego kończy się neoliberalny eksperyment, oraz jak daleko idące, grożące rozpadem państwa, podziały przecinają samą Ukrainę. Nie zważały na fakt, że za prozachodnią retoryką stoją również ugrupowania skrajnie nacjonalistyczne, w stylu Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów, jawnie odwołujące się do zbrodniczej przeszłości rodem z praktyk hitlerowskich Einsatzgruppen. W tym kontekście warto przywołać reakcję Europy, gdy w Austrii doszła do władzy Austriackiej Partii Wolnościowej Jörga Haidera.

W tym kontekście jakakolwiek próba szybkiej integracji Ukrainy z Unią groziła by tej drugiej scenariuszem podobnym do tego, jaki ma obecnie miejsce w Bułgarii z tą różnicą, że negatywne aspekty takiej integracji byłyby zwielokrotnione do potęgi dziesiątej. Wciąż głęboki kryzys społeczno-gospodarczy, patologie na masową skalę, brak poczucia jedności narodowej, niezwalczana i potężna korupcja (134 miejsce na 180 przebadanych krajów w Indeksie Percepcji Korupcji Transparency International) — te wskaźniki uniemożliwiają w praktyce dyskusję o jakiejkolwiek roli Ukrainy w Europie. Tego rodzaju insynuacje należałoby traktować jako dowcip, porównywalny z zamiarem włączenia Polski do układu.

Receptą na ten stan rzeczy jest gruntowna zmiana mentalnościowa w samym społeczeństwie ukraińskim. Ponadto, dopóki sami Ukraińcy nie wypracują woli do zmian w swoim państwie, dopóty mowa o integracji Ukrainy ze strukturami zachodnimi bądź to w wymiarze gospodarczym, bądź wojskowym będzie tylko energetyzującym dopalaczem wewnętrznych konfliktów (oczywiście kosztem Ukraińców). Będzie też przede wszystkim powodować instrumentalne traktowanie tego państwa w ramach geopolitycznej gry między Unią Europejską, USA a Rosją. Ten proces nie tylko bardziej pogłębi dezintegrację samej państwowości ukraińskiej, ale w efekcie może doprowadzić do rozpadu państwa, a nawet konfliktu o charakterze zbrojnym, który będzie rozgrywał się u samych granic Rzeczypospolitej.

Czy Ukrainę należy pozostawić samą?

Izolacja nie wchodzi tutaj w grę. Ukraińcy wpierw sami jednak muszą zdecydować, nie tylko, jaki kształt ma mieć ich państwo, ale czy ma ono w ogóle istnieć w obecnym kształcie. Muszą wykształcić odpowiedzialne elity, zdolne, które nie tylko dadzą asumpt do suwerennych zmian, ale będą podejmować kroki oparte na kompromisie najważniejszych graczy politycznych. Dopiero wówczas można będzie mówić o jakimkolwiek efektywnym rozwijaniu obustronnych stosunków. To jednak wymaga zmiany samej ukraińskiej mentalności.

Na tych właśnie procesach winny skupiać się wysiłki Unii Europejskiej, która powinna bezwzględnie zacząć wymagać od swojego sąsiada trwałych, konsekwentnych i przewidywalnych decyzji, zgodnie i według międzynarodowych standardów. Ponadto winna wspomóc samą reformę instytucjonalną państwa w sposób aktywny, a nie tylko ograniczać się do krytycznych dyrektyw. Wykorzystywanie zaś słabej pozycji Ukrainy do rozgrywek z Rosją, lub co gorsza przyzwolenie USA na wciąganie tego kraju do struktur natowskich (w roli kolejnego obok Polski konia trojańskiego) w efekcie zakończyć się może ryzykownymi igrzyskami z Rosją o przeciągnięcie Ukraińców do swojego obozu. Tym sposobem można tylko powyrywać ręce. Ze skutkiem dla Europy wiadomym.


Artykuł ukazał się w dzienniku nr 245 (5666) z dnia 18–19.10.2008 r. na str. 8


Czytany 5805 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04