środa, 25 sierpień 2010 08:19

Łukasz Reszczyński: Gry kaukaskie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt

Łukasz Reszczyński

Zauważalny wzrost napięcia na południowym Kaukazie paradoksalnie przyczynia się do wzmocnienia stabilności w tym regionie. geopolityka

Największym obecnie punktem zapalnym południowego Kaukazu jest bez wątpienia sytuacja wokół konfliktu rosyjsko-gruzińskiego oraz funkcjonowania powstałych w jego wyniku parapaństw Osetii Południowej i Abchazji. Emocje rosną również w sąsiednim Górskim Karabachu, gdzie azersko-ormiański konflikt po latach zamrożenia ponownie zaczyna nabierać kolorów. Ostatnie posunięcie Moskwy, związane z zamontowaniem na terenie Abchazji systemu obrony przeciwpowietrznej S-300, a także plany ormiańskiego rządu dotyczące nabycia w najbliższym czasie rakiet dalekiego zasięgu „na wypadek konfliktu zbrojnego z wrogimi sąsiadami” pozornie ponownie podnoszą napięcie na Kaukazie. Historia nieraz już jednak pokazywała, że nic tak nie służy pokojowi jak strach przez dobrze uzbrojonym wrogiem.

Zgodnie z umową

Wojskowa obecność Rosji na terenie zbuntowanych republik Abchazji i Osetii Południowej nie jest niczym zaskakującym. Wszystko odbywa się zgodnie z obowiązującą od sierpnia 2009 r. Trójstronną umową. Przewiduje ona obustronną  współpracę wojskową (Rosja-Abchazja, Rosja-Osetia Południowa), a także funkcjonowanie na terenie gruzińskich parapaństw rosyjskich baz wojskowych. Pierwsza z nich znajduje się w abchaskiej miejscowości Gudauta, druga zaś w stolicy Osetii Południowej – Cchinwali (w każdej z baz obecnych jest ok. 1,7 tys. Rosyjskich żołnierzy). Instalacja S-300 na terytorium Abchazji jest elementem trójstronnego systemu obrony przeciwlotniczej. Jak potwierdził dowódca Sił Powietrznych Rosji, gen. Aleksandr Zielin, rakiet S-300mają osłaniać jedynie terytorium Abchazji. Niebo Osetii Południowej zabezpieczone jest obecnie przez inne rosyjskie zestawy obrony przeciwlotniczej, m.in. Buk-M1, Osa-AKM, Tor-M1.

Trudno postrzegać umieszczenie przez Rosję na terytorium Abchazji elementów obrony przeciwlotniczej, jako coś niespodziewanego (co więcej, według Philipa Crowleya z amerykańskiego Departamentu Stanu, rakiety S-300 znajdują się na terenie Abchazji już od dwóch lat!). Na działanie to składa się co najmniej kilka okoliczności. Podstawowymi są jednak geopolityczne meandry towarzyszące powstaniu parapaństw Osetii Południowej i Abchazji w sierpniu 2008 roku. Wydarzenia te jednoznacznie potwierdziły usilne starania Moskwy na rzecz zwiększenia i wzmocnienia strefy wpływów wobec „bliskiej zagranicy”, lecz nie należy zapominać, że były również odpowiedzią na działania Zachodu w kwestii Kosowa, Funkcjonowanie tych państw (uznanych dotąd jedynie przez Moskwę, Wenezuelę, Nikaraguę i wyspy Nauru) stanowi dla Rosji skuteczne narzędzie osłabiania Gruzji, a tym samym dystansowania wpływów Zachodu na południowym Kaukazie. Wzmacnianie ich pozycji militarnej wydaje się zatem naturalnym zabiegiem Kremla, który zabezpiecza tym samym własne interesy.

Warto zaznaczyć, że rakietowy system obrony przeciwlotniczej S-300 (Rosjanie nie określili, jaka dokładnie wersja zestawy została umieszczona w Abchazji, nieoficjalnie mówi się o unowocześnionej wersji S-300 PMU1, mającej zasięg do 150 km) jest bronią defensywną i nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla sąsiedniej Gruzji. Mimo to zarówno Tibilisi, jak i NATO wyraziły niezadowolenie z tego faktu, określając posunięcie Rosji jako „źródło zaniepokojenia”. Jeszcze dalej poszedł gruziński minister ds. reintegracji Temur Jakobaszwili, który nazwał zachowanie Kremla odpowiedzią na amerykańskie plany tarczy antyrakietowej w Europie. Biorąc pod uwagę reakcję władz amerykańskich, nie należy spodziewać się konsekwencji rosyjskiej decyzji dla stosunków z Waszyngtonem, tym bardziej, że niedawne rozmieszczenie baterii Patriot w Polsce wytrąciło Amerykanom argument w ewentualnej dyskusji na ten temat.

Jak najbardziej uzasadnione w tej sytuacji jest zaniepokojenie Tibilisi. Taki układ z pewnością osłabia jakiekolwiek nadzieje Gruzji na odzyskanie separatystycznych regionów w przyszłości. Tego, że system obrony przeciwlotniczej w Abchazji i Osetii jest wymierzony przede wszystkim przeciw zapędom gruzińskim, nie kryje abchaski szef dyplomacji Maksim Gvindzhia, który triumfalnie obwieścił: „Teraz jesteśmy gotowi na wszystko”. Gvindzhia dość jednoznacznie dodał również, że system obrony jest niezbędny wobec „stałego zagrożenia” ze strony Gruzji oraz „jej sojuszników”. Nie od dziś wiadomo, że głównym „opiekunem” Tibilisi nadal pozostają Amerykanie.

Instalacja systemu S-300 na terenie Abchazji to nie jedyne działa Rosji w celu zwiększenia obronności swoich „podopiecznych”. W tym samym czasie Moskwa wysłała do abchaskiego portu Ochamchira pięć łodzi patrolowych klasy Mangust, które mają pomóc w ochronie liczącego prawie 215 km abchaskiego wybrzeża. Ponownie chodzi głównie o przytarcie nosa Gruzinom, których jednostki marynarki wojennej niejednokrotnie zapuszczały się na wodne terytoria Abchazji.

Dyskusja nad tematem Osetii Południowej i Abchazji, a także widocznych w regionie działań rosyjskich zawsze sprowadzać się będzie do kwestii legalności istnienia tych parapaństw. Tocząca się obecnie gra, odbywa się jednak według zasad (bądź też ich braku), które wcześniej Zachód sam ustalił. Chodzi tu oczywiście o przypadek Kosowa, które podobnie jak Abchazja czy Osetia Południowa ogłosiło wzbudzającą kontrowersje niepodległość. Ogłoszona ostatnio opinia Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze, w której stwierdzono, że kosowska deklaracja niepodległości nie jest sprzeczna z prawem międzynarodowym, tylko umocniła stanowisko Rosji. Zachodnie zarzuty pod adresem Kremla w kwestii militaryzacji gruzińskich parapaństw tracą na wartości w kontekście istnienia zbudowanej tuż po nalotach z 1999 roku potężnej amerykańskiej bazy wojskowej Camp Bondsteel nieopodal Prisztiny. Należy zatem stwierdzić, że poza kwestią dbania o interesy w jednym z najbardziej newralgicznych rejonów tuż przy swojej granicy postawa Rosji w przypadku południowego Kaukazu stanowi w większości przypadków odpowiedź na wcześniejsze ruchy Zachodu.

Umocnienie militarnej obecności Moskwy w tym rejonie wbrew pozorom przyczynia się do utrzymania stabilności (podobnie jak miało to miejsce w przypadku Kosowa). Gruzja mimo ciągłych deklaracji o poparciu ze strony Zachodu jest państwem dużo słabszym niż jeszcze dwa lata temu, a jaj militarną bezradność obnażyła sierpniowa wojna z Rosją. Obserwowany wzrost napięcia mieć będzie zatem charakter jedynie polityczno-słowny, konserwując tym samym obecny układ sił w regionie oraz obniżając wojenne zapędy poszczególnych stron. Z drugiej jednak strony, taki stan rzeczy monopolizuje wpływy Rosji, która coraz swobodniej rozgrywa swoją geopolityczną kartą.

Ormiańska odpowiedź

Ormiańsko-azerski konflikt w Górski Karabach pozostaje jednym z najdłużej ciągnących się sporów, będących schedą po upadku ZSRR. Po larach zamrożenia i prowizoryczności pokojowej mediacji Mińskiej Grupy OBWE (Francja, Rosja, USA) sytuacja wokół karabaskiego parapaństwa ponownie zaczyn się zaostrzać. Ciągnące się w nieskończoność nieefektywne rozmowy pokojowe irytują obie strony, zwłaszcza Azerbejdżan, który w całym sporze uważa się za stronę pokrzywdzoną (Górski Karabach znajduje się w obrębie terytorium Azerbejdżanu). Należy również zwrócić uwagę na umocnienie geopolitycznej pozycji baku w ostatnich latach, na co niemały wpływ miała tamtejsza ropa. Zyski ze sprzedaży czarnego złota pozwoliły prezydentowi Alijewowi na umocnienie i rozbudowanie armii, która zaczyna być coraz ważniejszym argumentem w wojennych pogróżkach z Ormianami.

Pohukiwania Baku nie robiły do tej pory większego wrażenia na władzach w Erywaniu, które przekonane o swej wyjątkowej pozycji względem Rosji uważały, że mogą spać spokojnie. Ostatnie wydarzenia świadczą jednak, że Armenia zwątpiła w nierozerwalność regionalnego statusu quo i planuje zwiększenie swoich możliwości militarnych. Na początku sierpnia ormiański minister obrony Serjan Ohanian przedstawił dwa projekty związane z podniesieniem możliwości militarnych kraju. Pierwszy dotyczy wyposażenia ormiańskich wojsk w precyzyjne rakiety dalekiego zasięgu, co według Ohaniana pozwoli na „zminimalizowanie ofiar cywilnych wroga podczas ewentualnego konfliktu” oraz ograniczenie ruchów wojsk przeciwnika. Drugi projekt zakłada zaś modernizację rodzimego przemysłu zbrojeniowego, co ma wydatnie wpłynąć na militarną wartość sił zbrojnych Armenii. Ormiański minister otwarcie przyznał, że przedstawione przez niego plany mogą wiązać się z ryzykiem kolejnej wojny z Azerbejdżanem o Górski Karabach. Nieznany jest dotąd udział w całej sprawie Rosji, która zgodnie z umową z 1995 roku ma w Armenii bazę wojskową.

Dozbrojenie Armenii wyrówna z pewnością układ sił między Erywaniem a baku, co powinno ostudzić wojenne zapędy azerskich polityków. Będzie to zdecydowanie skuteczniejsze od polegania na kontrolowaniu sytuacji przez Moskwę, szczególnie w kontekście dobrych kontaktów baku z państwami zachodnimi.

Kreml panuje nad sytuacją?

Południowy Kaukaz do niedawna był areną intensywnej rywalizacji wpływów mocarstw (Rosji, USA, Turcji, Iranu). Rosyjsko – gruzińska woja sierpniowa z 2008 roku otworzyła nowy etap w tamtejszym układzie sił, który w nowej odsłonie wydaje się zdominowany przez Rosję. Z kolei w żywotnym interesie Moskwy leży utrzymanie obecnego stanu, który pozwala jej skutecznie kontrolować sytuację w regionie.

Sytuacja na południowym Kaukazie zaczyna się krystalizować, tworząc nowy-stary układ geopolityczny, który będzie trwał przez najbliższe lata. Militaryzacja regionu paradoksalnie sprzyja spokojowi, który jednak nie będzie pozbawiony wojowniczej retoryki niektórych polityków.

W kontekście całej sprawy warto również odnotować zmiany, jakie nastały w pobliskiej Czeczenii. Dotychczasowy lider czeczeńskich mudżahedinów Doku Umarov zrezygnował z przywództwa, oddając je młodszemu Asłambekowi Wadałowi. Informacja jest trudna do zweryfikowania ze względu na ograniczony dostęp czeczeńskich bojowników do światowych mediów. Nieoficjalnie mówi się jednak, że decyzja Umarova wiąże się ze złym stanem jego zdrowia, na co wpływ miały podobne rosyjskie służby specjalne. Niewątpliwie zmiana w przywództwie czeczeńskich bojowników to dobry sygnał dla Moskwy. Umarov pozostaje jednym z niewielu żyjących, którzy walczyli z Rosją o niepodległą Czeczenię. Ostatnio jego nazwisko pojawiało się w kontekście marcowych zamachów w moskiewskim metrze oraz serii ataków terrorystycznych w Dagestanie i Inguszetii. Bliżej nieznany dotąd Wadałow kończy tym samym i tak już nadwątlony mit walki o niepodległą Czeczenię, co jeszcze bardziej wpłynie na odbiór działań czeczeńskich mudżahedinów jako stricte terrorystycznych.

Rosja odzyskuje dominującą rolę na południowym Kaukazie, nie bojąc się w tym działaniu dawać sygnałów pozostałym graczom. Z perspektywy stabilności regionu są to działania słuszne, a obecna militaryzacja umacnia dotychczasowy układ. Stan ten sprzyja również planom zimowych igrzysk olimpijskich w 2014 roku w Soczi, pytanie jednak co po tym. Powstająca sytuacja wymusza podjęcie działań przez Zachód, który jednak wobec amerykańskiej polityki resetu wyraźnie zmiękł.

Artykuł ukazał się nr 34 (556) tygodnika alt

Czytany 5806 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04