środa, 14 lipiec 2010 08:59

Łukasz Reszczyński: Duch sułtana nad Ankarą

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt Łukasz Reszczyński

Walcząca o miano regionalnego lidera Turcja osłabia swoje kontakty z USA. Obserwowana ostatnio postawa Turcji wzbudza skrajne komentarze, które często wskazują zupełnie nowy kierunek polityki zagranicznej Ankary. Geopolityczna emancypacja tego kraju trwa już jednak od lat, a ostatnie posunięcia to efekt sprzyjających okoliczności.

Turcja jako geopolityczny pomost pomiędzy kulturami Zachodu i Wschodu od zawsze wzbudzała kontrowersje. Dla Europy zawsze pozostawała obca, kojarzona ze światem muzułmańskim i historyczną spuścizną po Imperium Osmańskim. Z kolei dla Wschodu, Turcy od lat kojarzeni byli z „synami marnotrawnymi” tamtejszej cywilizacji, którzy w imię nie do końca znanych w świecie arabskim wartości, sprzymierzyli się z największymi mocarstwami świata zachodniego. Pozostając do roku 1952 członkiem NATO, a także zgłaszając aspiracje do członkostwa w Unii Europejskiej Turcja, wśród swych sąsiadów uchodziła za „wtyczkę Waszyngtonu”, co przekładało się na ogromną podejrzliwość i nieufność we wzajemnych relacjach. Sygnałem do działań nad zmianą swojego międzynarodowego „image`u” stał się upadek „żelaznej kurtyny”, swoistymi zaś prekursorami nowego trendu politycznego Ankary stali się były premier i prezydent Turgut Őzal, oraz późniejszy szef dyplomacji – Ismail Cem. Zapoczątkowana przez nich przebudowa międzynarodowej pozycji Turcji spotkała się z entuzjazmem partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), która rządzi w kraju nieprzerwanie od 2002 roku.

Wyjście spod skrzydeł Zachodu

Mimo zmian wprowadzanych przez AKP, Turcja wciąż pozostawała jednym z najbardziej lojalnych sojuszników Stanów Zjednoczonych w tej części globu. Sytuacja zmieniła się diametralnie wraz z planami amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 roku. Decyzja ta spotkała się z ogromną krytyką nad Bosforem. Apogeum narastającego napięcia była decyzja tureckiego parlamentu, zakazująca użycia terytorium państwa dla transportu sił amerykańskich i koalicyjnych do ataku na Irak. Niewątpliwie był to jeden z najważniejszych przełomów w turecko – zachodnich relacjach. Dbająca już wtedy o dobre kontakty z sąsiadami Turcja, dała wyraźnie znać, że pozycja w regionie zaczyna być dla niej priorytetem, który jest nawet w stanie położyć na szali z dobrymi relacjami z USA i Europą.

Efekty agresji na Irak w znacznym stopniu zrujnowały regionalny układ geopolityczny, który wymagał rekonstrukcji. Stało się to zatem doskonałą okazją dla kreowanej przez Ankarę polityki „strategicznej głębi”, która zakłada nadrzędną rolę Turcji na terenach obejmujących dawne Imperium Osmańskie. Z kolei przeciwstawienie się Stanom Zjednoczonym i zachodnim sojusznikom wydatnie umocniło prestiż Turcji w oczach arabskich sąsiadów. Co ważne, ochłodzenie relacji z Turcją można wpisać w kanon nowej strategii (bądź tez jej braku) administracji Baracka Obamy, która zdecydowanie zmniejsza poziom swojego zainteresowania Europą i dotychczasowymi sojusznikami. Obniżenie geopolitycznej pozycji Waszyngtonu, przy jednoczesnym wchodzeniu do gry kolejnych mocarstw staje się doskonałą okazją dla budowy świata wielopolarnego, którego Turcja chce być aktywnym uczestnikiem. Obustronnym relacjom nie służą z pewnością takie gesty jak uznanie przez amerykańską Izbę Reprezentantów (w lutym tego roku) wydarzeń związanych z rzezią Ormian w Imperium Osmańskim w 1915 roku za ludobójstwo. Kryzys w relacjach pomiędzy Turcją a USA nie jest jednak procesem niekontrolowanym. Ankara wyraźnie zdaje sobie sprawę na ile względem Waszyngtonu może sobie pozwolić, co z kolei znakomicie umacnia jej wiarygodność w oczach państw regionu.

Samotność Dawida?

Walcząca o miano regionalnego lidera Turcja potrzebuje uwiarygodniania swojej mocarstwowej pozycji względem słabszych sąsiadów. Za przejaw takiego gestu, poza ochłodzeniem relacji z USA, można uznać również destrukcję bilateralnych stosunków z Izraelem. Jeszcze do niedawna Izrael pozostawał jednym z najbliższych współpracowników Turcji, która z kolei pozostawała jedynym, „muzułmańskim” przyjacielem państwa żydowskiego. Gdy weźmie się pod uwagę specyficzny charakter interesów amerykańskich i izraelskich, nie dziwi fakt, że wraz z słabnięciem sojuszu turecko – amerykańskiego, również relacje Ankary z Izraelem zaczęły się zmieniać. Swoistym punktem zwrotnym okazała się wyjątkowo negatywna (a nawet agresywna) reakcja Turcji na zbrojne działania Izraela w Strefie Gazy, na przełomie 2008 i 2009 roku. Od tego momentu obustronne relacje są regularnie pogarszane, raz po raz wchodząc w stadia niebezpiecznych kryzysów (jak chociażby ubiegłoroczne odwołanie przez Turcję wspólnych manewrów wojskowych z Izraelem i państwami NATO, deklarowanie poparcia dla Hamasu, czy zacieśnianie stosunków z Syrią).

W przypadku tego regionu nie można zapominać również o Iranie, którego atomowe ambicje skutecznie implikują relacje państw nie tylko w regionie ale także na świecie. Nic więc dziwnego, że gdy w sierpniu 2008 roku do Ankary przybył prezydent Iranu Ahmedineżad, witany przez tureckich polityków z przesadną aż sympatią, reakcje polityków izraelskich musiały odbić się na relacjach z Turcją. Swoistą czarą goryczy okazały się jednak ostatnie wydarzenia związane z atakiem izraelskich komandosów na konwój flotylli wolności z pomocą dla Palestyńczyków (podczas ataku zginęło dziewięciu obywateli Turcji). Zdarzenie to stało się wodą na młyn dla niemal wojennej retoryki tureckiego premiera Erdogana, który skutecznie kreuje swoją postać w świecie arabskim, jako obrońcy islamu. Oliwy do ognia paradoksalnie dolała również obustronna próba normalizacji stosunków, którą podczas tajnego spotkania w Szwajcarii podjęli – izraelski minister handlu – Beniamin Ben-Eliezer, oraz szef tureckiej dyplomacji – Ahmet Davutoglu. Spotkanie, do którego według strony izraelskiej w ogóle nie powinno dojść (sytuacja wywołała poważny kryzys polityczny w samym Izraelu), przez wielu komentatorów wskazywane jest jako ostateczny kopiec na turecko – izraelskich relacjach. Pojawiają się nawet głosy, że Izrael już pogodził się ze stratą swojego muzułmańskiego sojusznika, rozglądając się za kolejnym (miejsce Turcji miałaby zająć geograficznie bliska Grecja). Twierdzenia te są z pewnością przedwczesne, a fakt że w spotkaniu z przedstawicielem Izraela uczestniczył tak istotny polityk jakim bez wątpienia pozostaje Ahmet Davutoglu, świadczy o tym, że w całej sytuacji więcej jest politycznej gry interesów, niż faktycznych urazów.

Poza tym sumując korzyści płynące dla Turcji z poszczególnych układów geopolitycznych stwierdzić należy, że jedynie zręczny balans pomiędzy trwałymi dotychczas związkami z Zachodem, a relacjami regionalnymi jest w stanie przynieść Turcji wymierne korzyści tak polityczne jak i gospodarcze. Biorąc pod uwagę specyfikę regionu, oraz nawarstwianie w nim interesów światowych mocarstw, jednoczesne utrzymywanie dobrych relacji z dwoma stronami jest niemożliwe, co w przypadku Turcji pokazują lata wcześniejsze. Polityka zagraniczna Ankary odbywa się zatem wahadłowo, co wymaga niezwykłej dyplomatycznej intuicji i umiejętności.

Światowe mocarstwo?

Pretendująca do roli regionalnego lidera Turcja uznaje kwestię irańską jako jeden z priorytetowych punktów, mogących potwierdzić jej awans w międzynarodowej układance. Stąd jej mocne zaangażowanie się w mediację pomiędzy Teheranem a Zachodem. Inicjatywa, którą tureccy politycy zaproponowali wraz z Brazylią (chodzi tu o kwestię wzbogacenia części irańskiego uranu w Turcji, co miałoby zapobiec kolejny sankcjom przeciwko Iranowi) skutecznie pokrzyżowała szyki Waszyngtonowi. Stany Zjednoczone zostały tym samym postawione pod ścianą – mając do wyboru albo niekorzystną z perspektywy swoich interesów propozycję, albo działanie jej na przekór, popierając dalsze sankcje i ryzykując tym samym dalsze pogorszenie relacji z Ankarą oraz także z Brazylią. Granie kartą irańską przez tureckich polityków jest zatem wyraźnym potwierdzeniem ich ambicji umocnienia swojej dominującej roli w regionie, ale również chęci wejścia do światowego klubu silnych, stając się tym samym istotnym filarem nowego, wielobiegunowego świata stosunków międzynarodowych. Ambicje te potwierdza również zwiększenie zaangażowania Turcji na pozostały dwóch frontach polityki zagranicznej. Mowa tu o Bałkanach Zachodnich oraz Kaukazie, gdzie Ankara dąży do wytworzenia w percepcji tamtejszych państw roli skutecznego mediatora (czego przykładem może być zaangażowanie się w rozwiązanie konfliktu w Górskim Karabachu, czy mediacja pomiędzy Serbią a Bośnią i Hercegowiną). Niezwykle ważnym aspektem funkcjonowania Turcji w środowisku międzynarodowym są jej wciąż aktualne starania o członkostwo w Unii Europejskiej. Proces ten trwa już wiele lat, zaś w ostatnim czasie został wyraźnie spowolniony przez Brukselę, w której rosną obawy przed aneksją tak silnego gospodarczo, politycznie i kulturowo kraju.

Świadoma emancypacja

Jak już wspomniano wzrost znaczenia Turcji w środowisku międzynarodowym to proces, który trwa już od wielu lat. Obecne sukcesy Ankary na tym polu to z jednej strony efekt niezwykłej skuteczności tamtejszej dyplomacji. W przeważającym stopniu jednak jest to wynik sprzyjającej dla koncepcji „strategicznej głębi” sytuacji międzynarodowej. Ważnym aspektem jest również ekonomia. Turecka gospodarka, która nieźle poradziła sobie ze światowym kryzysem, ma szansę odgrywać znaczącą rolę. Według niektórych komentatorów turecka infrastruktura gospodarcza w przeciągu najbliższych czterdziestu lat ma szansą stanąć u boku dziesięciu najefektywniejszych gospodarek świata. Dołączając do tego kwestię demograficzną (szacuje się, że do roku 2050 ludność Turcji sięgnąć może 100 mln), państwo to posiada ogromny zasób narzędzi, które zręcznie wykorzystane mogą dać efekt w postaci silnej, liczącej się pozycji w światowej geopolityce.

Kwestia ta powinna być dokładnie przeanalizowana przez Unię Europejską. O ile sprawa członkostwa Turcji w Europejskiej Wspólnocie to rzecz szalenie ryzykowna, o tyle zręcznie skonstruowane specjalne partnerstwo proponowane przez Niemcy i Francję może być działaniem układającym dobre relacje z Ankarą. Niestety ponownie do głosu dochodzi niezdecydowanie i niespójność unijnej polityki zagranicznej, która zdaje się nie posiadać umiejętności przewidywania możliwych scenariuszy w światowej czy regionalnej geopolityce. Ta krótkowzroczność połączona z brakiem elastyczności w stosunku do Ankary mogą okazać się niezwykle kosztowne dla Europy.

Artykuł ukazał się w nr 28 (550) tygodnika alt

Czytany 5148 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04