środa, 14 lipiec 2010 02:00

Słowa wparcia Hillary Clinton dla Gruzji nie zaszkodzą 'resetowi'

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

geopolityka ECAG/IINES

Oświadczenie sekretarz stanu USA Hillary Clinton podczas wizyty do Gruzji 5 lipca w sprawie „rosyjskiej okupacji terytorium Gruzji” wywołało burzliwą reakcję zarówno w Tbilisi, jak i w Moskwie.

Prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili był zadowolony ze słów wsparcia suwerenności swojego kraju od tak wysoko postawionego przedstawiciela amerykańskiej administracji. Moskwa w tej samej chwili wyjaśniła w oświadczeniu MSZ, że „oświadczenie sekretarz stanu Clinton nie ma żadnych podstaw”, tak jak rosyjskie wojska znajdują się na terytoriach, które Moskwa nie uważa za gruzińskie.

Drażliwość Rosji jest zrozumiała – „okupacja” nie jest najmilszym określeniem dla żadnego kraju. A w przypadku Rosji podwójnie, gdyż zostało one wypowiedziane przez przedstawiciela Białego Domu, tego samego, który własnoręcznie nacisnął na guzik „reset” w rosyjsko-amerykańskich stosunkach.

Cała ta sytuacja nie jest przyjemna, ale w krótkiej perspektywie wypowiedź sekretarz stanu w Gruzji nie wpłyną na relacje Waszyngtonu i Moskwy. Obecna administracja USA na tyle się zaangażowała się w nowe stosunki z Rosją, że praktycznie wyłączyła ze swojej sfery interesów republiki postradzieckie. W trakcie wizyty prezydenta Miedwiediewa w Waszyngtonie prezydent Obama ciągle powtarzał, że „reset” w relacjach z Rosją – to jedno z ważniejszych osiągnięć polityki zagranicznej jego administracji.

Rzeczywiście, nowe relacje Białego Domu z Moskwą wydają się, że nic nie jest w stanie ich zepsuć —  ani nieproporcjonalne zastosowanie sił w Gruzji w 2008 roku, ani sprzedaż Iranowi wyrzutni S-300, ani niedawni skandal szpiegowski.

Ponadto, otrzymawszy pokojową nagrodę Nobla, Obama jest gotów wprowadzić Rosję do WTO z najlepszymi rekomendacjami, ratyfikować nowy traktat dotyczący redukcji broni strategicznej START-3, przymykając oczy na niezadowolenie Republikanów, którzy są dalecy od zachwytów nad liczbą ustępstw administracji Obamy wobec Rosji.

Republikanie nie są wstanie nic w tej sytuacji zrobić. Obecna administracja jest wierna obranemu kursowi, i w ślad za wypowiedzią Hillary Clinton, która rozłościła Kreml, ambasador USA w Gruzji próbował złagodzić złe wrażenie.

„Obecność rozbieżność zdań USA otwarcie potwierdzają w stosunkach z Moskwą, a nasze stanowisko jest precyzyjne i jednoznaczne” – powiedział ambasador USA w Gruzji John Bass.

Jednak w tym samym czasie amerykański ambasador podkreślił, że mimo dzielących ich różnic Waszyngton i Moskwa powinny kontynuować dialog w celu rozwiązania sytuacji w Gruzji.

Dialog ten, z różnymi skutkami, prowadzony jest od dwóch lat. USA nadal po przyjacielsku ruga Rosję i uważa, że Abchazja i Osetia Południowa to separatystyczne regiony Gruzji, a Moskwa nie zgadza się i uważa je za oddzielne republiki. Pomimo różnicy stanowisk w sprawie Gruzji, nie przeszkadza to stronom w aktywnej współpracy w różnych sferach, zaczynając od broni jądrowej, kończąc sankcjami wobec Iranu, za co jest Obama niezmiernie wdzięczny jest Kremlowi. No, a Moskwa ze swojej strony jest wdzięczna, chociażby za to, że Waszyngton ochłonął wobec idei przyjęcia Gruzji w szeregi NATO.

Ponadto, w wyniku „resetu” Waszyngton nie tylko stracił entuzjazm wobec przyjęcia Gruzji do NATO, ale i wobec ponownego wniesienia do Kongresu „Porozumienia 123” dotyczącego współpracy w dziedzinie pokojowej energetyki jądrowej.

W 2008 administracja Busha przerwała realizacje porozumienia w związku z sierpniowymi wydarzeniami w Gruzji, w których Rosja brała bezpośredni udział. Jednak reakcja Białego Domu w 2008 roku na tym się skończyła. Naturalnie, wysłany został przedstawiciel departamentu stanu do spraw Południowego Kaukazu Matthew Bryza, który wyraził swoje oburzenie działaniami Rosji, no do krytycznej granicy relacji z Moskwą nie doprowadził w związku ze zbliżającymi się zmianami. Było pół roku do wyborów i rozpoczęła się kampania wyborcza. Jasne było, że zwyciężą demokraci i Bush już nie posiadał wystarczająco dużo czasu na pełnowartościową odpowiedź na „nieproporcjonalne użycie siły”.

Obecna administracja w Białym Domu obrała kurs na „reset” i póki co z kursu tego nie zbacza. Przedstawiciele Białego Domu oświadczyli, że działania Rosji w Gruzji nie przeszkadzają w przyjęciu „Porozumienia 123”. Z tego wynika, że sytuacja pozostała bezmian, ale przeszkód do współpracy między USA a Rosją już nie ma. Wypowiedź zaś Hillary Clinton w Gruzji, nie jest niczym innym jak słowami szacunku wobec prezydenta Saakaszwilego. Jest przecież oczywiste, że Waszyngton nie jest w stanie zaproponować precyzyjnego planu powrotu Abchazji i Osetii Południowej, sprowadzając swoje wypowiedzi do oświadczeń, że nie jest dopuszczalny fakt oddzielenia tych regionów od Gruzji.

Prawdą jest, że połowa prezydentury Obamy już za nami, a nadal nie wiadomo co nam przyniosą kolejne wybory w Gruzji. Możliwe jest, że powrót Gruzji w sferę wpływów Waszyngtonu dojdzie w 2013 roku, gdy w Rosji u władzy będzie nowy prezydent. I co będzie wówczas z „resetem” – duży znak zapytania.

tłum. i przyg. Stanisław Szypowski

Czytany 2997 razy Ostatnio zmieniany środa, 19 listopad 2014 01:05