poniedziałek, 19 grudzień 2011 06:42

Borys Asarow: Podteksty 'Śnieżnej Rewolucji' w Osetii Południowej

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

sossetia_mapa  Borys Asarow

Ostatnie wydarzenia w Osetii Południowej zrodziły szereg poważnych pytań, między innymi o słuszność stanowiska zajętego przez przedstawicieli administracji Dmitrija Miedwiediewa. W czasie całej kampanii przedwyborczej Moskwa, reprezentowana przez wysoko postawione osoby z kręgu rosyjskiego prezydenta, udzielała poparcia jednemu z kandydatów na prezydenta republiki – Anatolijowi Bibiłowi.

Poparcie miało bezprecedensowy charakter, włączając w to spotkanie Miedwiediewa z Bibiłowem 21 listopada we Władykaukazie, między pierwszą a drugą turą wyborów. Mimo tak imponującego wsparcia obywatele wyrazili pragnienie, by interesy republiki reprezentował nie Bibiłow, ale Ałła Dżiojewa, która zwyciężyła w drugiej turze przeprowadzonej 27 listopada, zdobywając 56% głosów. Jej oponent uzyskał 40-procentowe poparcie. Południowoosetyjska Centralna Komisja Wyborcza (CKW) ogłosiła zwycięstwo Dżiojewej. W czasie drugiej tury nie dostrzeżono żadnych naruszeń, co zostało odnotowane w protokołach każdego okręgu wyborczego, podpisanych między innymi przez przedstawicieli Bibiłowa. Obserwatorzy także nie zaobserwowali nieprawidłowości. Mimo to Sąd Najwyższy bezpodstawnie unieważnił wyniki drugiej tury głosowania. Datę nowych wyborów wyznaczono na 25 marca, jednocześnie zabraniając Dżiojewej wzięcia w nich udziału. W wyniku tej decyzji w Cchinwali rozpoczęła się akcja protestu obywatelskiego, w której zwolennicy zwyciężczyni wyborów zażądali anulowania wyroku sądowego i zaprzysiężenia Dżiojewej. Wydarzenia te zyskały już miano „Śnieżnej Rewolucji”. Do Cchinwali w roli negocjatora pomiędzy zwaśnionymi stronami przybył szef komisji prezydenckiej ds. międzyregionalnych i kulturowych więzi z krajami zagranicznymi, który kategorycznie opowiedział się przeciwko unieważnieniu wyboru Dżiojewej na prezydenta republiki. Pozycja ta wydaje się być niezłomna, bez względu na to, że odmowa przyznania zwycięstwa Dżiojewej może doprowadzić do sprzeciwu obywatelskiego, a nawet do konfliktu zbrojnego. Za szczególnie znamiennie można uznać wyznanie przegranego kandydata – Bibiłowa, który jest gotów uznać swoją porażkę, lecz nie pozwalają mu tego zrobić.

Pojawia się więc uzasadnione pytanie: gdzie leży przyczyna tego, że administracja Miedwiediewa z takim uporem wciąż chce promować swojego protegowanego, odmawiając uznania praw zwycięskiego kandydata? Dżiojewa jest całkowicie lojalnym wobec Moskwy prorosyjskim politykiem, tak samo jak przegrany Bibiłow, czy też praktycznie wszyscy uczestniczący w wyborach kandydaci. Przypuszczenie, że Bibiłow jako człowiek z grupy Eduarda Kokojty nie zmieni obowiązujących niejasnych przepisów udzielania pomocy finansowej, dostarczanej przez Moskwę miastu Cchinwali, których zmiana nie byłaby na rękę pewnym osobom w stolicy Rosji, a Dżiojewa może je naruszyć, jest mało prawdopodobne. Bez względu na to kto zostałby prezydentem republiki, nie będzie on niszczyć warunków, które towarzyszą udzielaniu pomocy finansowej, ponieważ od tej pomocy zależy nie tylko realizacja programów socjalnych, ale także, w gruncie rzeczy, funkcjonowanie samej republiki. Rosja, oczywiście, nie ośmieliłaby się z tego powodu zepchnąć Osetii Południowej na krawędź wojny domowej. Przyczyna powinna być o wiele bardziej poważna.

W celu uzyskania prawdziwego obrazu tego, co było powodem tak silnej niechęci Moskwy do uznania zwycięstwa Dżiojewej i upartego dążenia do tego, aby prezydentem republiki został protegowany kandydat, należy rozpatrzyć tę sytuację zarówno przez pryzmat interesów Moskwy na Kaukazie Południowym, jak i w kontekście związku przyczynowo-skutkowego, tzn. w jakim celu może to zostać wykorzystane w przyszłości i jak jest wykorzystywane obecnie.

W 2013 roku odbędą się wybory prezydenckie w Gruzji. Chęć kandydowania wyraził biznesmen Bidzin Iwaniszwili – właściciel majątku wycenionego na 5,5 miliarda dolarów. Iwaniszwiliemu, którego cała podstawowa działalność znajduje się w Rosji, Moskwa przypisała rolę „asa”, mającego za zadanie skomplikować obecną sytuację polityczną w Gruzji, zostać prezydentem i zagwarantować zmianę gruzińskiej polityki z uwzględnieniem interesów Moskwy. Nie ma sensu rozwodzić się nad opisem tego, jak dużo znaczy Gruzja z geopolitycznego i geostrategicznego punktu widzenia. Przesunięcie Gruzji do swojej strefy wpływów dałoby Moskwie nie tylko gwarancję, że Gruzja nie wstąpi w struktury NATO, ale także możliwość wpływu na politykę Azerbejdżanu oraz stworzyłoby szansę kontroli strategicznych rurociągów międzynarodowych przechodzących przez terytorium Gruzji.

Aby Iwaniszwili miał szansę na zwycięstwo, powinien on zapewnić sobie poparcie większości elektoratu, co z kolei w Gruzji jest niemożliwe, wykorzystując tylko środki PR-owskie. Bez obietnicy zwrotu Abchazji i Osetii Południowej Gruzinom kandydat nie będzie w stanie wygrać wyborów. Jednak, oprócz samych obietnic, które może złożyć każdy kandydat, Iwaniszwili będzie musiał przekonać wyborców, że to właśnie on może tego dokonać. I oto obraz „wpływowego biznesmena-miliardera, cieszącego się autorytetem w Rosji, który pozwala mu rozwiązywać kwestie najwyższej wagi”, odpowiednio wypromowany, może wywrzeć na wyborcach dobre wrażenie. Jeśli jednak wyobrazimy sobie, że Iwaniszwili zostanie prezydentem, to będzie on musiał spełnić dane obietnice, w przeciwnym razie nie zostanie ponownie wybrany na prezydenta, zaś ta polityczna siła, której będzie przewodniczył, poniesie klęskę w wyborach parlamentarnych w 2016 roku (w wyborach parlamentarnych w 2012 roku siły, którym przewodniczył, mają małe szanse na znaczący sukces), nie dając szans na stworzenie pożądanej przez Moskwę odpowiedniego układu parlamentarnego w Gruzji. Aby w przypadku zwycięstwa Iwaniszwiliego doszło do zajęcia przez niego urzędu prezydenta i intensyfikacji wpływów siły politycznej, której przewodzi, kandydat będzie musiał wykazać, że jest w stanie zwrócić Gruzinom Abchazję i Osetię Południową. Moskwie przyda się taki przywódca państwa południowoosetyjskiego, który zgodzi się na wejście republiki w skład Gruzji na zasadach konfederacji, oczywiście, z zachowaniem obecności wojsk rosyjskich. Jeśli tak się stanie, wybór Iwaniszwiliego na prezydenta Gruzji nie zagwarantuje, że kraj ten zostanie mocno osadzony w sferze interesów Moskwy, lecz „zakotwiczenie” Gruzji za pośrednictwem instytucjonalizacji rosyjskich baz wojennych w Osetii Południowej, która przyłączy się na zasadach konfederacji, będzie bardzo ważnym czynnikiem. Realizacja takiego scenariusza doprowadzi do ścisłego włączenia Gruzji do sfery interesów Moskwy zarówno przez wzmocnienie pozycji lojalnego prezydenta, jak i przez długoterminowe „zakotwiczenie” drogą legalizacji baz wojskowych w Gruzji. Nie bacząc na krytyczne głosy Unii Europejskiej, która „krzywiła się” na bazy wojenne, będzie on zmuszony do okazania publicznej aprobaty „dobrej woli, przejawionej przez Rosję w sprawie reintegracji Gruzji”. W razie przegranej Iwaniszwiliego, wariant z wejściem Osetii Południowej w skład Gruzji nie zostanie aktywowany.

W przypadku Abchazji Moskwa nie będzie miała powodu, aby zrealizować podobny scenariusz, a nawet dokonanie tego będzie o wiele trudniejsze, niż w przypadku Osetii Południowej.

Realizacja określonego rozwoju wydarzeń będzie praktycznie niemożliwa, jeżeli na czele Osetii Południowej stanie nie protegowany Moskwy, a człowiek szczerze wierzący, że został wybrany na przywódcę niepodległego państwa. Mieszkańcy Osetii Południowej uwierzyli w to, że są obywatelami niepodległego państwa, które jest sojusznikiem Rosji. Jednakże dla Moskwy ta maleńka republika w sercu Kaukazu ma wartość wojskowo-politycznego fenomenu, pozwalającego zaprezentować swój wpływ w regionie. Abstrahując od tego, że terytorium Osetii Południowej jest klasycznym wojskowym przyczółkiem, który (w wiadomych okolicznościach) stanowi wartość, malutka republika może być także wykorzystana jako karta przetargowa, której wyrzucenie pozwoli wygrać „większą partię”. Taki stosunek jest cyniczny, lecz przyjaźń to ta kategoria, która ma decydujące znaczenie na szali wagi politycznej między potężnymi międzynarodowymi graczami dopóty, dopóki nie weźmie nad nią góry perspektywa większych korzyści. Świadomość tego, co się dzieje, będzie gorzkim i obraźliwym przeżyciem dla mieszkańców Osetii Południowej, którzy (jak wszyscy mieszkańcy Kaukazu) są szczególnie wyczuleni na kwestie honoru. Ale kto powiedział, że będzie lekko?

Przewaga zwycięskiej w wyborach Dżiojewej i jej zwolenników polega na tym, że Moskwa nie może „odkryć kart” przed nadejściem potencjalnej „godziny zero” równie kategorycznie, jak nie akceptuje „obcego” człowieka na stanowisku prezydenta. Utrzymanie sytuacji w granicach „południowoosetyjskiego wewnętrznego międzyklanowego dialogu” oraz jej rozwój z naciskiem na gwarancję „niewyrównania rachunków” z Kokojtym i jego ludźmi, może pozwolić Dżiojewej zostać prezydentem w przypadku, kiedy ona i jej stronnicy będą gotowi iść po zwycięstwo. Moskwa nie doprowadzi do konfliktu zbrojnego, ponieważ byłoby to poważne ryzyko dla image`u rosyjskiej polityki. Jedyną przyczyną, która może doprowadzić do ostrego konfliktu, może być strach Kokojty o swoją przyszłość i, bez względu na gwarancje, w porywie strachu może próbować wykorzystać to, że Moskwa jest rozproszona przez wydarzenia związane z wyborami do Dumy Państwowej i spróbuje rozwiązać sytuację z użyciem siły. Jednakże taki wariant rozwoju wydarzeń nie tylko sprawi, że Osetia Południowa będzie źródłem permanentnej destabilizacji, ale także całkowicie poderwie autorytet Moskwy w republice. Bardziej prawdopodobna wydaje się być sytuacja, w której Dżiojewa zostanie prezydentem, lecz po pewnym czasie z jakiegoś powodu dojdzie do przedterminowych wyborów prezydenckich.

Tekst pochodzi z komentarzy agencji informacyjnej Regnum
Tłumaczenie: Anna Piotrowska

Czytany 4253 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04