poniedziałek, 01 październik 2012 08:30

Agresja na Karabach kwestią czasu?

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

azer_karabachgeopolityka  Info ECAG

Analitycy uważają, że wstrzemięźliwe stanowisko dyplomacji rosyjskiej i amerykańskiej wobec sytuacji w Górskim Karabachu może być przez władze w Baku odebrane jako zachęta do rozwiązania siłowego.

Przewidywania te wydają się potwierdzać sami Azerowie. Prezydent Ilham Alijew zapowiedział, że jego kraj będzie kontynuować działania na rzecz izolacji międzynarodowej Armenii, jak również wzmacniać swoje siły zbrojne – z niedwuznaczną sugestią, że mogą one zostać użyte do zajęcia terytoriów spornych. – Tak długo, jak nasze ziemie znajdują pod okupacją, kwestia armeńska ma dla nas pierwszoplanowe znaczenie. Będziemy izolować Armenię od wszystkich projektów międzynarodowych i regionalnych tak, aby wywołać najdalej idące skutki gospodarcze w Armenii – oświadczył I. Alijew, co można uznać za wypowiedzenie kolejnego etapu „wojny ekonomicznej” Erewaniowi. Jednocześnie prezydent podkreślił, że nie może być mowy o rozwiązaniu problemu karabachskiego na innym gruncie, niż tylko „poszanowanie integralności terytorialnej” Azerbejdżanu. – Są to pierwotne, historyczne ziemie Azerbejdżanu. Musimy przywrócić integralność terytorialną naszego państwa, a nasi rodacy powrócą na wszystkie obecnie okupowane ziemie – groził I. Alijew. W jego opinii Grupa Mińska OBWE, zajmująca się znalezieniem kompromisu między zwaśnionymi państwami Zakaukazia nie jest w stanie wywrzeć wystarczającej presji na Armenię. W tej sytuacji rozwiązanie może być tylko jedno. – Widzimy, że kwestia karabachska może i powinna znaleźć rozwiązanie wyłącznie dzięki sile własnej Azerbejdżanu. Musimy też uczynić wszystko dla jej powiększenia Powinniśmy wzmacniać i budować siłę naszej armii. Obecnie jest ona jedną z najsilniejszych nie tylko w regionie, ale i na świecie. Wzrost potencjału gospodarczego naszego kraju pozwala nam prowadzić niezależną politykę na wszystkich jej poziomach. W polityce zagranicznej i wewnętrznej podejmujemy decyzje w oparciu o czynnik interesów narodowych. Silny Azerbejdżan jest ważnym czynnikiem w regionie. Czynnikiem stabilizującym, którego nie można ignorować. Próby pomijania naszego państwa, jakie pojawiały się w ostatnich latach, nie przyniosły efektów. Nasza siła zaś jeszcze rośnie tak, by móc posłużyć przywróceniu jedności naszego kraju! – stwierdził, nie zostawiając złudzeń, azerbejdżański prezydent.

Prace Grupy Mińskiej próbowali jeszcze ratować szefowie dyplomacji Rosji i USA Siergiej Ławrow i Hillary Clinton podkreślając wolę pokojowego rozwiązania sprawy Karabachu. Sęk w tym jednak, że po ostatniej aferze związanej z przekazaniem przez Węgry Azerom, a następnie ułaskawieniem Ramila Safarowa – proces pokojowy jest w zasadzie fikcją. Co więcej, OBWE kompromituje się komentując budapesztańskie zamieszanie jedynie w kategoriach „niedawania Ormianom pretekstu do eskalowania konfliktu”. Trudno to nazwać inaczej, niż oskarżaniem ofiary.

Co więcej, S. Ławrow i H. Clinton – zamiast ostrzec Baku przed ewentualnym atakiem na Armenię – wykazali zdecydowanie raczej wobec Erewania kategorycznie odradzając kontynuowanie działań zmierzających do uznania państwowości ormiańskiej w Karabachu. Bąknięcia sekretarza generalne NATO A. F. Rasmussena i szefa ONZ Ban Ki-moona o „nieistnieniu siłowego rozwiązania karabachskiego” Azerów przecież nie powstrzymają. Tym bardziej, że akurat Rasmussen przy okazji wygadał się jaki jest faktyczny cel przyświecający działaniom zachodnich dyplomatów. Ma nim być „demokratyzacja Azerbejdżanu”, czyli ściślejsze związanie Baku ze strukturami euroatlantyckimi. Za trwałe przytroczenie Azerów do amerykańskiego rydwanu – ci drudzy gotowi byliby zapewne zapłacić przymknięciem oczu na ewentualną agresję na Karabach. Ta zaś łatwo może przekształcić się w wojnę azersko-ormiańską.

Zachód zawsze łatwo płaci swym nowym „sojusznikom” cudzymi terytoriami. Równie łatwo też wybiera gdzie i po co chce mieć „demokrację”. Wyrażona przed 21 laty (jak najbardziej demokratycznie) wola mieszkańców Górskiego Karabachu popierających w referendum postulat niepodległości blednie wobec geopolitycznych interesów Waszyngtonu. To zresztą „od zawsze” było oczywiste. Ciekawsze jest natomiast ewidentne skrępowanie Amerykanów wewnętrzną sytuacją polityczną w Azerbejdżanie. Stany chcą, by nadkaspijska republika przynajmniej pozornie upodobniła się do „demokracji Zachodu”. Jeśli przy tym pozostanie państwem wojowniczym i agresywnym, grożącym destabilizacją całego regionu – to już będzie miało znaczenie znacznie mniejsze.

(karo)

Czytany 3972 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04