sobota, 18 styczeń 2014 11:55

Michael Maloof: Odwrócenie sytuacji: Al-Kaida popycha opozycję syryjską ku al-Assadowi

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Michael_Maloofgeopolityka   Michael Maloof (wywiad)

Rosnące wpływy Al-Kaidy i Frontu Al-Nusra w regionie powodują, że opozycja w Syrii ma wątpliwości, czy nadal warto występować przeciwko Basharowi al-Asadowi – powiedział RT ekspert ds. bezpieczeństwa, Michael Maloof.

Russia Today: USA i Iran popierają różne strony konfliktu w Syrii, ale jest możliwe, by mogły pracować po tej samej stronie w Iraku. Czy istnieje jakaś szansa, by państwa te współpracowały w ten sposób?

Michael Maloof: To chyba będzie się nasilać, ze względu na „wspólnego wroga”. Ten wspólny wróg, to cudzoziemscy bojownicy, sunniccy bojówkarze islamistyczni, którzy walczą w Syrii i którzy „przenikają do Anbaru – rejonu Iraku kontrolowanego głównie przez sunnitów. To jest problem, dostrzegany zarówno przez Stany Zjednoczone, jak i Iran. Jeśli Bashar al-Assad nie utrzyma się przy władzy lub będzie słaby, wtedy Syria stanie się kolejną bazą, jak wcześniej Pakistan i Afganistan i posłuży jako zaplecze do ataku na inne kraje.

Irak znów jest obiektem ataków Al-Kaidy, co jest raczej powszechnie wiadome. Odgałęzienie Al-Kaidy w Iraku to oczywiście ISIL (Islamskie Państwo Iraku i Lewantu), jest ono wytworem Al-Kaidy w Iraku. Jej członkowie walczyli w Syrii, teraz wracają do Iraku i jest ich tam coraz więcej. Ludzie z ISIL i Frontu Al-Nusra napływają także do Libanu, gdzie biorą udział w strzelaninach czy podkładają bomby w samochodach. Działają nie tylko w Iraku, ale i w Libanie, i jeśli będą mogli wykorzystać Syrię jako bazę wypadową – zrobią to. Przybywają również do Turcji. Sprawa jest poważna. Wracając zaś do początkowej kwestii – USA zaczynają postrzegać Iran jako znaczący czynnik w regionie. Amerykanie będą potrzebować pomocy nie tylko w Iraku. Po wycofaniu oddziałów amerykańskich z Afganistanu, obecność i wpływy Iranu będą niezwykle ważne dla interesów USA.

R.T.: Wróćmy do kwestii sytuacji w regionie. Co najmniej od 2001 r. Al-Kaida i ugrupowania z nią powiązane były wrogiem publicznym numer jeden w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego teraz widzimy to odrodzenie wyraźniej niż 10 lat temu?

M.M.: Myślę, że to z powodu niestabilności, która była konsekwencją wycofania się z Iraku. W zasadzie spowodowaliśmy powstanie kolejnej próżni władzy, którą oni zaraz wypełnili. Gdy opuścimy Afganistan, talibowie, pobratymcy Al-Kaidy, zrobią to samo. Ich wpływy rosną, cały Taliban, cały ruch Al-Kaidy staje się silniejszy niż kiedykolwiek, wbrew stwierdzeniu prezydenta Baracka Obamy, że jest słaby, leżący omalże na deskach. To nieprawda. Gdy się spojrzy z perspektywy czasu, widać jak bardzo Al-Kaida się rozgałęziła – od Półwyspu Arabskiego do Afryki Północnej, do Magrebu, a teraz też do Rosji, gdzie wykorzystuje tamtejszych Czeczenów. To bardzo poważny wzrost znaczenia. Ponieważ odbywa się on na zasadzie ewolucji, nie jest to jedno wielkie wydarzenie, dlatego tego nie dostrzegamy. To bardzo poważny problem, jest po prostu coraz gorzej. Dzieje się tak na życzenie Saudów, którzy to wszystko kontrolują. Powszechnie wiadomo, że książę Bandar może ich „włączyć” lub „wyłączyć” niczym światło.

R.T.: Jest oczywiste, że wszystkie te ugrupowania związane z Al-Kaidą nie mogą się rozrastać same z siebie, bez jakiegoś silnego wsparcia z zewnątrz. Zatem kim są ci, którzy je wspierają?

M.M.: Cóż, rozrastają się głównie z takiego powodu, że opozycja, którą popieraliśmy, była zbyt słaba, a my nie daliśmy jej broni, której potrzebowała. W konsekwencji pojawili się zagraniczni najemnicy i w zasadzie przejęli tę opozycję. Obecnie sytuacja wygląda następująco: mamy saudyjskiego księcia Bandara, który naciska na USA, by te wsparły Front Islamski, liczący 75 tys. bojowników i kilka różnych ekstremistycznych ugrupowań islamistycznych na terenie Syrii.

Na ironię zakrawa fakt, że nie tylko Saudowie naciskają na poparcie tzw. umiarkowanych ugrupowań przez USA. Czyni to także Izrael. Rzecz w tym, że w większości przypadków te ugrupowania wcale nie są umiarkowane. Prawdę mówiąc, zamieszane są one w ataki na składy broni Wolnej Armii Syryjskiej i przechwycenie całej tej broni; co za tym idzie, walczą z WAS.

Tak więc USA i Europa wycofują się nieco z poparcia dla opozycji, z pewnością dlatego, że nie są w stanie rozróżnić „składowych” opozycji. A co się stanie, jeśli zaczniemy przekazywać broń opozycji? Na pewno wpadnie ona w ręce ekstremistów, ponieważ są oni bardziej radykalni, biją się bardziej zażarcie, co pokazali w walkach przeciwko początkowej opozycji w Syrii.

R.T.: Czy zauważył Pan, by polityka USA miała wpływ na będący obecnie w rozkwicie ruch islamistyczny w Syrii i Iraku?

M.M.: Tak, zauważyłem. Ponieważ nie zajęliśmy się realnym zagrożeniem. A tym realnym zagrożeniem są zagraniczni najemnicy, których książę Bandar i inni Saudowie wprowadzili do Syrii. Wiem, że Bashar al-Assad ma wiele problemów, ale był on także zwolennikiem reform. Pozostaje także jedyną osobą, która może obronić mniejszości. Nawet opozycja syryjska ma teraz wątpliwości, czy występować przeciwko niemu. W Stanach pojawiają się nawet głosy, że Wolna Armia Syryjska powinna dołączyć do Armii Syryjskiej i walczyć z Al-Kaidą. Al-Kaida i Al-Nusra są obecnie uważane za główne zagrożenie nie tylko dla Syrii, ale i dla całego regionu. Myślę, że USA również uważają Al-Kaidę za najważniejsze zagrożenie. Właśnie dlatego już nie naciskają na zmianę reżimu w Syrii, sądzę, że to ważna zmiana.

R.T.: W którą stronę, zdaniem Pana, ewoluuje sytuacja? Czy może wybuchnąć większy konflikt, w całym regionie?

M.M.: To jest niekończąca się bitwa, ponieważ Al-Kaida staje się coraz mocniejsza. To, że wycofaliśmy się całkowicie i że rząd Iraku nigdy nie był w stanie pokonać cudzoziemskich bojowników  w rodzaju Al-Nusry czy ISIL jest symptomatyczne. Będziemy mieli z tym do czynienia również w Syrii, jeśli B. al-Assad zostanie obalony. Oni nie ustąpią, ich celem jest ustanowienie kalifatu, rygorystycznego prawa szariatu; każdego, kto nie jest z nimi, uznają za niewiernego, którego należy zabić. To właśnie widzimy. Jest to dalsza manifestacja wojny zastępczej Saudów z Iranem nie tylko w Syrii, ale i w Iraku. Sądzę, że w Iranie widzą to jako największe zagrożenie, a i USA zdają sobie z tego sprawę. To właśnie dlatego pomagają rządowi irackiemu, gdzie premierem jest szyita mający ścisłe powiązania z Iranem.

R.T.: Jak to się stało, że ekstremiści stali się tacy silni i są tak dobrze uzbrojeni?

M.M.: To efekt pośredniego poparcia. USA zapewniły poparcie poprzez CIA, Jordanię i Turcję. Lecz opozycja jest podzielona, słaba, więc jej bardziej radykalne elementy, przede wszystkim zagraniczni bojownicy przejęli inicjatywę i to oni w konsekwencji dostali lepszą broń do ręki, otrzymali rakiety ziemia-powietrze, RPG, dlatego mogli odnosić zwycięstwa nie tylko w walce z Basharem al-Assadem, ale także rozszerzyć walkę na Irak, gdzie wojska rządowe nie mogą stawić czoła szturmowi Al-Nusry i ISIL. Dlatego też USA ponownie zaczęły pomagać rządowi Nuriego Al-Malikiego, ale to za mało i chyba za późno. To może oznaczać wprowadzenie do Iraku jakichś oddziałów amerykańskich do przeprowadzenia szkolenia. Może będziemy świadkami ewolucyjnego procesu: USA wkroczą do Iraku, przynajmniej na jakiś czas.

Taki krok w polityce USA to wynik presji wydarzeń. Stany Zjednoczone już nie kontrolują swojej własnej polityki zagranicznej. Fakt, że wycofaliśmy się stamtąd, nie pozostawiając żadnych oddziałów, by prowadziły szkolenia i akcentowały naszą obecność, spowodował powstanie próżni władzy. Al-Nusra i Al-Kaida urosły w siłę, udało im się wrócić do Iraku, szczególnie do prowincji Anbar, gdzie dominują sunnici, tak więc będą ten obszar kontrolować. Użyją także tej prowincji jako trampoliny do ataków na Syrię. Będzie jeszcze gorzej niż w Pakistanie i Afganistanie.

Tłum: Maria Walczak
Źródło: http://rt.com/op-edge/syrian-opposition-back-to-assad-408/
Fot. www.presstv.ir

Czytany 2765 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04