piątek, 13 maj 2011 09:12

Marcin Toboła: Baszar trzyma się u steru władzy

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Baszar

  autor Marcin Toboła

Na niepokojach w Syrii i Libii najbardziej korzysta Waszyngton. W kontekście rywalizacji irańsko-amerykańskiej na Bliskim Wschodzie, osłabienie tego najważniejszego sojusznika Teheranu nabiera wartości nie do przecenienia.

W poprzedniej analizie poświęconej sytuacji w Syrii nakreśliłem scenariusz wydarzeń zakładający utrzymanie się prezydenta Baszara Al-Asada u władzy. Po ponad półtorej miesiąca prognoza ta okazała się być trafna choć trzeba przyznać, że rewolta znacznie przybrała na sile mimo pasywnej postawy Druzów, Kurdów, nie mówiąc o wielkich graczach regionu, którzy przynajmniej oficjalnie ograniczają się tylko do działań dyplomatycznych.

Ogromna większość armii i służb specjalnych pozostaje wierna prezydentowi i partii Ba's. Jest to o tyle ważne, że wojsko odgrywa obecnie znacznie większą rolę w tłumieniu rewolucji – Dera, Homs i inne miasta zostały otoczone kordonem bezpieczeństwa, ograniczającym nie tylko przepływ niezbędnych dóbr materialnych, ale również informacji. Do oblężonych miast nie są wpuszczani dziennikarze, co spotkało się z międzynarodowym potępieniem i może budzić uzasadnione obawy o to, że władza ma coś do ukrycia.

Liczba ofiar, z których ogromną większość stanowią cywile, głównie opozycjoniści, rośnie w zastraszającym tempie. Dane na temat podają organizacje praw człowieka, agencje prasowe – głównie Reuters, opozycyjne niezależne media a także sam rząd. Przy czym występują znaczne rozbieżności co do przyczyn zgonu w relacjach wymienionych podmiotów, a właściwie między tym ostatnim a resztą. Strona rządowa oraz media jej sprzyjające od początku informują o istotnym zaangażowaniu zbrojnych, zorganizowanych grup – czasem pada też sformułowanie „terrorystycznych” w wydarzenia na południu kraju (głównie w Dera). Opozycja tymczasem kategorycznie temu zaprzecza, cały czas utrzymując, że rząd masakruje niewinnych, nieuzbrojonych, pokojowo nastawionych demonstrantów dążąc do zastraszenia reszty społeczeństwa i w konsekwencji do stłumienia rewolucji.

Przeglądając komentarze na dużych serwisach arabskojęzycznych można zauważyć podobne rozbieżności. Część komentujących pisze wprost o masakrze cywilów, inni uważają że rząd słusznie broni narodu przed zbrojnymi bandami finansowanymi i zbrojonymi przez Izrael, Arabie Saudyjską lub Stany Zjednoczone (niepotrzebne skreślić). Często pojawiają się oskarżenia w stronę Zachodu o bierną postawę w obliczu tragedii Syryjczyków. Niektórzy jednak twierdzą, że to państwa arabskie powinny przejąć odpowiedzialność za los swoich pobratymców i zastosować wszelkie niezbędne środki, w tym rozwiązania militarne.

Jeśli chodzi o reakcje państw zachodnich i ONZ warto zwrócić uwagę, jak bardzo jest ona ograniczona i jak ostrożnie się one wypowiadają. Unia Europejska na przykład postanowiła nałożyć sankcję, polegające na zamrożeniu zagranicznych aktywów – zaskakująco, tylko na wybrane osoby z otoczenia prezydenta, w tym jego brata Mahera i kuzyna Ramiego Machlufa (szefa Syriatelu – największego dostarczyciela usług telekomunikacyjnych w kraju), ale na samego Baszara już nie. Waszyngton ustami Hillary Clinton mówi o utracie prawowitości władzy w następstwie „tłumienia demonstracji” oraz użycia czołgów. Zauważmy, że ani jedni ani drudzy nie wypowiadają się kategorycznie odnośnie do zaistnienia bądź nie masakr ludności cywilnej. Trudno jest określić czy wynika to z niedoinformowania zachodnich mocarstw, co jest wątpliwe z uwagi na siłę wywiadów tych aktorów, czy może z przesłanek natury dyplomatycznej.

Rozwiązanie problemu ukazanego powyżej leży być może w Libii. Operacja „Świt Odysei” nie przyniosła dotychczas oczekiwanych przez przeciwników Gaddafiego efektów. Odsyła nas to do tezy wyrażonej również w moim wspomnianym tekście, głoszącej że los syryjskiego powstania jest związany z losem libijskiego zrywu. Ma to nie tylko znaczenie psychologiczne, lecz również praktyczne. Otóż, w przeciwieństwie do Libii, Syria posiada armię w pełnym znaczeniu tego słowa, a nie najemników jak „wódz rewolucji”. Z pułkownikiem jak pokazują fakty, może walczyć nawet grupa ok. 10 tys. niewyszkolonych młodzieńców przy niewielkim wsparciu lotnictwa NATO. Oczywiście, takie rozwiązanie nie jest możliwe w Syrii. W grę mógłby wchodzić jedynie konflikt zbrojny na pełną skalę – jak w Iraku. Nie trzeba mówić, że na taki krok nie zdecydują się w najbliższym czasie Stany Zjednoczone, ani tym bardziej Unia Europejska.

Ciekawe są również same powiązania syryjsko-libijskie. Trypolis zapewnił Damaszek o swoim wsparciu dla narodu syryjskiego w walce „przeciwko spiskom sił kolonialnych wspieranym przez siły regionalne” nie wymienione z nazwy. Z drugiej strony, swego czasu pojawiły się informacje o dostawach syryjskiej broni i bojowników Hezbollahu do Libii.

Nie wdając się w rozważania nad zagadnieniami, które nie poddają się łatwo weryfikacji, np. czy za protestami w Libii czy Syrii stoją służby USA, należy stwierdzić, że to właśnie Waszyngton korzysta szczególnie z niepokoju w obu krajach. W kontekście rywalizacji irańsko-amerykańskiej na Bliskim Wschodzie, osłabienie najważniejszego sojusznika Teheranu, łącznika z libańskim Hezbollahem nie tylko przez napiętą sytuację wewnętrzną z jaką musi zmierzyć się Damaszek, ale również zogniskowanie części jego uwagi w Libii, nabiera wartości nie do przecenienia.

Tekst zosytał pozyskany do publikacji w ramach programu analitycznego Syria 2012.

Czytany 4432 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04