Wydrukuj tę stronę
niedziela, 01 wrzesień 2013 11:37

Marcin Domagała: Pomóżmy Ameryce...

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

help_buttongeopolityka  Marcin Domagała

Stanom Zjednoczonym należy pomóc w kwestii ataku na Syrię. Jednak pomoc ta, wbrew prowokacyjnemu charakterowi tytułu niniejszego komentarza, nie powinna leżeć w poparciu unilateralnej akcji militarnej, ale w przekonaniu amerykańskich liderów o tym, że są przywódcami wyłącznie własnego państwa, a nie globu ziemskiego…

Słuszny sprzeciw wielu państw i społeczeństw przeciwko rozpętywaniu, a w zasadzie podsycaniu, istniejącego konfliktu na Bliskim Wschodzie, roztacza coraz szersze kręgi. Coraz więcej rządów przeciwstawia się hegemonii Waszyngtonu oraz próbom coraz większej ingerencji i narzucania woli, w celu realizacji partykularnych interesów amerykańskich, w różnych miejscach na świecie pod przykrywką mniej lub bardziej abstrakcyjnych argumentów. Słowa m.in. o tym, że użycie broni chemicznej w Syrii, może stanowić zagrożenie do bezpieczeństwa narodowego USA, należałoby w tym kontekście traktować bardziej jako akcent humorystyczny w całej dyskusji, aniżeli poważny argument padający ze strony supermocarstwa [1].

Faktycznie problem, który unaocznia obecna wojna w Syrii, jest o wiele poważniejszy. Stosunki międzynarodowe w obecnym świecie nadal (zresztą tak samo, jak i w całej historii ludzkości) miały tę przykrą cechę, że przypominają relacje gangsterskie. W czasach obecnych liderem tych relacji niewątpliwie pozostają Stany Zjednoczone, które starają się narzucać swoją wolę w niemalże każdym zakątku naszego globu. Podkreślenia wymaga jednak fakt, że tego rodzaju schemat polityczny jest typowym postępowaniem każdego mocarstwa i nie dotyczy tylko wielkiego kraju za oceanem. W ten sposób swoje najbliższe otoczenie kształtuje Federacja Rosyjska lub Chińska Republika Ludowa. O ile jednak postępowania tych mocarstw są w miarę przewidywalne, a co za tym idzie określoną reakcję można przewidzieć, przy prognozowaniu określonej polityki, to taka ocena znacznie bardziej komplikuje się w przypadku Stanów Zjednoczonych. Waszyngton bowiem jednostronnie definiuje swoją „bliską zagranicę” jako glob ziemski, perfekcyjnie posługując się hasłami o potrzebie budowy demokracji i ochronie praw człowieka. Polityka ta byłaby w pełni zrozumiała, gdyby nie fakt, że po pierwsze do jej realizacji służą metody mało raczej mające wspólnego z forsowanymi ideologiami, a po drugie cele interwencji zawsze mają silne znamiona amerykanocentryczne.

W obecnej chwili sytuacja na Bliskim Wschodzie stała się na tyle nabrzmiała, że wymaga nie tylko zmiany podejścia, a przede wszystkim dobrego zdefiniowania przyczyn zaistniałej sytuacji. Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie wierzył w zapewnienia rządów bliskowschodnich, że są demokratyczne i przestrzegają praw człowieka itp., jak to wielokrotnie państwa te starały się przedstawiać. Władze w Syrii, Iraku, Egipcie Tunezji, czy Libii nigdy nie miały cech bliskim tzw. demokracjom zachodnim. Jednak powstaje tym samym pytanie, czy taka sytuacja jest naganna. Wbrew rozpowszechnionym opiniom paradoks polega na tym, że, nie. Tak samo państwa te nie muszą dążyć w kierunku demokracji, wbrew życzeniom tzw. Zachodu. Nie leży to bowiem zarówno w ich interesie, jak i często jest sprzeczne z istniejącą tam tradycją i kulturą. Nie oznacza to jednak, że nie można wymagać od nich wdrożenia przynajmniej niektórych zasad demokratycznych. Należy, chociażby z punktu widzenia ułatwiania wzajemnych kontaktów. Postępować jednak trzeba z dużym wyczuciem i taktem, zakładając, że pojedyncze rezultaty nie pojawią się natychmiast, ale staną się widoczne po wielu dziesiątkach lat.

Niestety Stany Zjednoczone przyjęły założenie odwrotne. W przekonaniu amerykańskich decydentów efekty, bez względu na koszty, mają być natychmiast, a później się zobaczy… Efekt, w kategoriach geopolitycznych, jest taki, że otoczenie Unii Europejskiej zostało totalnie zdestabilizowane, co grozi bezpieczeństwu nie tylko samego związku kontynentalnego, ale przede wszystkim poszczególnych państw. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że same kraje unijne robią niewiele, by tę sytuację poprawić.

Wracając do tytułowego hasła, dlaczego zatem trzeba Ameryce pomóc? Ponieważ świat ma do czynienia z kimś w rodzaju chorego człowieka, człowieka posiadającego poważne problemy natury psychicznej i emocjonalnej, człowieka, który jest w dodatku niezwykle silny, a jego rozdrażnienie może skutkować  dla potencjalnego oponenta długą wizytą w szpitalu. Celem powyższego stwierdzenia nie jest jednak przedstawianie programu naprawczego (lub kuracji, jak kto woli), lecz uświadomienie sobie zagrożenia. Wszystkie protesty antyamerykańskie niosą mniej lub bardziej słuszne zarzuty, ale wciąż nie rozwiązują problemu. Można wręcz je przyrównać do efektu strzelania z armaty do wróbla. Tutaj potrzebne jest zupełnie inne podejście, które pozwoliłoby wypracować odpowiedni mechanizm obronny zarówno w postaci diagnozy, jak i kuracji wobec państwa, które powinno być równym członkiem międzynarodowej wspólnoty, ale nie powinno być członkiem tę wspólnotę terroryzującym.

W powyższym kontekście należy więc zwrócić uwagę, że główną obecnie przyczyną rozwoju kryzysu w Syrii, nie są kwestie natury militarnej, lub politycznej, ale jak najbardziej przyziemnej. Tymi przyczynami są groźba naruszenia wizerunku i utraty twarzy. Podkreślenia wymaga fakt, że ta groźba dotyczy najsilniejszego obecnie członka wspólnoty międzynarodowej. USA za dużo powiedziały i uczyniły w kwestii Syrii, aby móc się teraz wycofać ot tak w odpowiedzi na żądanie bliżej niezdefiniowanej międzynarodowej opinii publicznej. Pomoc Ameryce powinna polegać nie tyle na ciągłym wskazywaniu jej błędów, ale podsuwaniu rozwiązań, które po pierwsze w Waszyngtonie mogłyby być potraktowane jako własne, po drugie pozwalałyby USA wyjść obroną ręką z syryjskiego bałaganu, bez utraty wiarygodności mocarstwowej. Podkreślenia po raz kolejny wymaga fakt, że mamy do czynienia z bardzo niebezpiecznym i potężnym państwem, w wyniku działań którego codziennie giną setki ludzi.

Pierwsze sygnały zmiany tej sytuacji już pojawiły się. To niechęć poszczególnych państw do brania działu w awanturze syryjskiej. Odmowy wsparcia udzieliły także, tradycyjnie pozytywnie nastrojone do USA, polskie elity polityczne, które niespodziewanie zaczęły myśleć w kategoriach Realpolitik. W tym jednak ostatnim wypadku należy podkreślić, że polskie podejście ma charakter de minimis… Skąd ta ocena?

Warto tutaj przywołać pewne wydarzenie z października roku 1957, które miało miejsce na XII sesji Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wówczas to polski minister spraw zagranicznych Adam Rapacki przedstawił propozycję utworzenia strefy bezatomowej w Europie Środkowej.  W niecały rok później propozycja ta przybrała formę memorandum rządowego i rozesłana do wszystkich zainteresowanych stron. Koniec końców pomysł nie został zrealizowana, jednak wywarł olbrzymi pozytywny wpływ na proces denuklaryzacji na świecie. W identyczny ton mogłaby się obecnie wpisać polska dyplomacja. Przesłanek powodzenia dla zgłoszenia takiego projektu jest kilka. Pierwszy z nich to taki, że obecny minister spraw zagranicznych od lat jest związany ze Stanami Zjednoczonymi i ich polityką – zarówno w wymiarze zawodowym, jaki osobistym. Tym samym plan opracowany przez wielu wybitnych specjalistów z polskiego MSZ, których pozycja i oceny miały do tej pory w praktyce bardziej znaczenie kasandryczne, poparty przez obecnego szefa polskiego MSZ Radosława Sikorskiego miałby spore szanse owocnego zaistnienia. Wzorem roku 1958, kiedy to tzw. Plan Rapackiego przybrał formę memorandum rządowego, czas na analogiczny dokument polskiego MSZ w kwestii nie tylko Syrii, ale całej sytuacji na Bliskim Wschodzie. Polska, póki co, cieszy się tam jeszcze poważaniem i szacunkiem, wypracowanymi jeszcze w okresie PRL. Nadszedł wreszcie czas nie tylko na zdyskontowanie tego szacunku, ale też na realne zaistnienie na arenie międzynarodowej. Czy nasza dyplomacja wykorzysta tę szansę?

Przede wszystkim należy podkreślić, że jakkolwiek ów potencjalnie opracowany i skierowany do najważniejszych państw apel nie zostanie zrealizowany. Po co zatem go opracowywać?

Aby wywołać realną dyskusję nad stanem światowych relacji, wskazaniem mglistego kierunku, w którym sytuacja na Bliskim Wschodzie powinna ewoluować, a wreszcie rozpocząć realne działania, które  powinny wypchnąć ostatecznie światowe relacje z okowów jednobiegunowego dyktatu. Czy polski rząd będzie miał na tyle suwerennej odwagi, aby tak postąpić?

Fot. www.thecreativepenn.com

__________________________________________
1. Pełna argumentację za interwencją w Syrii została m.in. opublikowana na stronie ambasady Stanów Zjednoczonych w Warszawie: http://polish.poland.usembassy.gov/syria9.html

Czytany 4057 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04