wtorek, 26 listopad 2013 07:55

James Petras: Izraelskie siły powietrzne w służbie Al-Kaidy

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

israeli-fghters  prof. James Petras

Izraelczycy spodziewali się, że prezydent USA Obama doprowadzi do ogromnego ataku powietrznego NATO na syryjskie bazy wojskowe, magazyny broni i kluczową infrastrukturę cywilną. Doprowadziłoby to do przechylenia szali zwycięstwa na rzecz opozycji zbrojnej i najemników dżihadu i upadku Damaszku.

Od Redakcji

Poniższy tekst jest dość kontrowersyjny z uwagi na osobę autora – prof. Jamesa Petrasa, emerytowanego wykładowcy socjologii na uniwersytetach Binghamton w stanie Nowy Jork oraz Saint Mary's University w Kanadzie. J. Petras należy do przedstawicieli rzadko w polskich opracowaniach politologicznych uwzglednianych przedstawicieli amerykańskiej lewicy antyizraelskiej. Z powodu swoich poglądów wielokrotnie był krytykowany i oskarżany o antysemityzm. m.in. przez jedną z najstarszych i najważniejszych organizacji żydowskich na świecie, której celem jest walka z nienawiścią i uprzedzeniami wobec Żydów – Ligę Antydefamacyjną. Jednak teksty profesora J. Petrasa wyrosły w pewnym określonym środowisku politycznym, w kraju, który toleruje, w myśl 1. poprawki do swojej konstytucji, istnienie i funkcjonowanie organizacji o charakterze rasistowskim, jak Ku-Klux-Klan, czy wprost wzywających do fizycznej eliminacji Żydów, jak National Socialist Movement czy White Aryan Resistance.

W swoich tekstach J. Petras jest jednak daleki od nienawiści rasowej, czy wprost bezpośredniego antysemityzmu tego rodzaju. Nie waha się jednak w ostrych słowach wprost obarczać Izrael, a także silne i efektywne lobby izraelskie w USA o najgorsze zbrodnie. Czy ma rację?

Niewątpliwie część jego ocen jest mocno przerysowana (jak choćby odwołania do dziedzictwa Holocaustu w niniejszym tekście), a tym samym mało wiarygodna. Nie zmienia to jednak faktu, że autor także celnie wychwytuje podwójne standardy w polityce amerykańskiej, których beneficjentem, zwłaszcza w przypadku Bliskiego Wschoidu, stawał się nie raz Izrael. W sposób udany punktuje także błędy polityki amerykańskiej na tym obszarze, postrzegając większość zła, jakie tam się odbywa, w nacjonalistach izraelskich, określanych jako syjoniści.

Tak ostry sposób interpretacji wydarzeń na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza względem Palestyny, nie jest w Polsce mile widziany, zwłaszcza pośród środowisk liberalnych. Niejednokrotnie łagodniejsze oceny w tym zakresie spotykały się również z zarzutami o antysemityzm, lub “palestyńskie zaczadzenie”. Nie zmienia to faktu, że w USA, ten punkt widzenia jest nie mniej silny (jednak bez wpływu na kierunki realizowanej polityki zagranicznej), jak silne są głosy na temat wsparcia dla państwa Izrael, kosztem innych państw regionu.

Publikowany poniżej tekst nie powinien być traktowany jako stanowisko kogokolwiek, poza jego autorem. Nie mniej jest on egzeplifikacją licznych głosów amerykańskiej lewicy, którzy krytykują wprost Izrael za atentyczną politykę imperialną, ale nie wahają się w tym względzie używać radykalnych ocen, czy języka. Takie jednak ujęcie tematu często spycha ich na margines głównej publicznej debaty...

Wprowadzenie

Izrael dopuszcza się powtarzających się aktów agresji przeciwko krajom, które przeciwstawiają się jego syjonistycznej polityce kolonizacji i aneksji terytoriów palestyńskich w Jerozolimie Wschodniej i na Zachodnim Brzegu Jordanu. Izraelscy liderzy są w swoich atakach wspierani militarnie i dyplomatycznie przez syjonistyczne lobby w Kongresie Stanów Zjednoczonych i organach amerykańskiej władzy wykonawczej. Zadaniem serii izraelskich nalotów i uderzeń rakietowych przeciwko Syrii jest wzmocnienie zbrojnej syryjskiej opozycji i islamskich najemników, usiłujących obalić rząd w Damaszku. Izrael zamierza również sabotować zbliżającą się rundę negocjacji pokojowych w sprawie Syrii. Państwo syjonistyczne nie chce pokojowego rozwiązania kryzysu w regionie. Jego polityka zagraniczna uzależniona jest od podsycania wiecznych wojen w regionie i politycznej niestabilności.

W tym celu, Tel-Awiw posiada bezwarunkowe poparcie liderów 52 Głównych Amerykańskich Organizacji Żydowskich i wszystkich innych organizacji syjonistycznych w USA.

Konflikt zbrojny i interwencja w Syrii

Przez prawie trzy lata, Syria przekształciła się w regularne pole bitwy, któremu towarzyszy katastrofa humanitarna. Początkowe protesty przeciw rządzącej Partii Baas organizowane były przez wewnętrzną opozycję polityczną i społeczną. Demonstrantami byli zarówno świeccy liberałowie i demokraci, jak i muzułmanie czy socjaliści. Pokojowe protesty skierowane były przeciwko autorytarnemu, multikulturowemu i świeckiemu reżimowi Bashara al-Assada. Reakcja rządu była stanowcza. W jej efekcie aresztowano wielu protestujących. Ta nieadekwatna odpowiedź władz pomogła podzielić syryjską opozycję. Pokojowo nastawieni protestujący pozostali w kraju, gdy pozostali zeszli do podziemia lub uciekli do krajów graniczących z Syrią, by stać się zarzewiem zbrojnej opozycji. Natychmiast otrzymali wojskowe i finansowe wsparcie od państw NATO i Turcji, a także od skorumpowanych monarchii Zatoki Perskiej, zwłaszcza Arabii Saudyjskiej. Rozpoczęła się przygraniczna wojna. Wiodąca rolę w zorganizowaniu szkoleniu i kierowaniu zbrojnymi grupami, odegrały służby specjalne USA i państw europejskich. Turcja dostarczała broni, udostępniała obozy szkoleniowe i udzielała wsparcia logistycznego. Finansowanie pochodziło od bogatych monarchii Zatoki Perskiej na czele z królestwem Arabii Saudyjskiej, które przekazały na ten cel setki milionów dolarów.

Saudyjczycy werbowali radykalnych islamistów, najemników Al-Kaidy i wahhabickich terrorystów do walki z reżimem w Damaszku, Syryjczykami o światopoglądzie laickim, szyitami, alawitami, syryjskimi chrześcijanami i Kurdami. W ciągu zaledwie kilku lat konflikt radykalnie zmienił charakter i intensywność – od wewnętrznego obywatelskiego sporu do zbrojnej, wspieranej zza granicy inwazji, z brutalnymi, sekciarskimi implikacjami.

Setki tysięcy Syryjczyków opuściło swoje domy, gdy tysiące bojowników islamskich, pochodzących głównie zza granicy, zaatakowało ich miasta, miasteczka, wsie, prowadząc kampanię czystek etnicznych przeciwko nie-sunnitom i syryjskiej ludności niearabskiej.

Rząd w Damaszku zareagował mobilizacją wojsk lądowych i sił powietrznych, by odzyskać strategiczne autostrady i miasta i zakończyć obcą okupację. Punktem krytycznym tych zmagań był koniec 2012 roku, kiedy powiązani z Al-Kaidą ekstremiści, finansowani przez Saudów i inne monarchie Zatoki Perskiej, zdobyli przewagę w wielu kluczowych obszarach. Zachód począł rozróżniać ekstremistów od „wewnętrznej” opozycji zbrojnej, nazywanej ludźmi o „umiarkowanych” poglądach. Pełnomocnicy Saudów zaatakowali kurdyjskie milicje w półautonomicznym syryjskim północnym wschodzie, w celu zabezpieczenia kluczowej granicy z Irakiem doprowadzając do regionalizacji wojny. Doprowadziło to do ogromnego wzrostu terroryzmu i zamachów bombowych przeciwko szyickiemu rządowi w Bagdadzie i ludności szyickiej stanowiącej większość mieszkańców Iraku. Gdy opozycja wspierana przez Zachód usunęła się w cień, najemnicy powiązani z Al-Kaidą oczekiwali nadal od swoich sponsorów, m.in. despotycznych saudyjskich miliarderów, wezwania NATO i USA do rozpoczęcia nalotów przeciwko syryjskiemu rządowi. Bez amerykańskiego i natowskiego wsparcia lotniczego, dżihadyści nie są w stanie zdobyć Damaszku.

Tymczasem islamistyczny rząd turecki odgrywa dwulicową rolę, umożliwiając wykorzystywanie swojego pogranicza dla baz terrorystów, szlaków dla dostaw sprzętu i miejsc skąd przeprowadzane są ataki na południowego sąsiada. Taka polityka okazała się skrajnie niepopularna w tureckim społeczeństwie. Kiedy stało się jasne, że wspierani przez Saudów terroryści z Al-Kaidy zdobyli przewagę nad bardziej „nowoczesnymi” islamistami, wspieranymi przez Ankarę, Turcy wystraszyli się, że ich granica stanie się regionalnym centrum „Bazy”, z tysiącami świetnie uzbrojonych, otrzaskanych w bojach, islamistycznych najemników. To wyjaśnia ostatnie podejście Ankary w stosunku do Teheranu, wyrażające nadzieje na osłabienie dżihadystów, klientów Monarchii Zatoki Perskiej. Podział syryjskiej opozycji doprowadził do tego, że USA i NATO wycofały swoje zobowiązanie w stosunku do Saudów, by pełnić rolę „Sił Powietrznych Al-Kaidy”. W tym kontekście, prezydent USA Obama chętnie przyjął propozycję prezydenta Rosji Władimira Putina, by wspólnie nadzorować likwidację zapasów syryjskiej broni chemicznej i zorganizować konferencję pokojową między syryjskimi ugrupowaniami opozycyjnymi, niezwiązanymi z Al-Kaidą, a rządem syryjskim.

Broń chemiczna, rozbrojenie i pokój: kogo dotyczy, a kogo nie?

Porozumienie Putin-Obama było znaczącym postępem w relacjach USA-Rosja. Prezydent Obama nie musiał mierzyć się z ogromnym sprzeciwem Kongresu, jak i społeczeństwa wobec nowej wojny z Syrią. Wybrał „dobre” rozwiązanie dyplomatyczne. Prezydent Rosji Władimir Putin przyjął na siebie rolę światowego męża stanu, inicjatora procesu pokojowego dla Syrii i konferencji pokojowej w Genewie, która odbędzie się pod koniec listopada. Unii Europejskiej i przywódcom NATO udało się chwilowo wyplątać ze swoich zobowiązań wojskowych w stosunku do syryjskich „rebeliantów" i ich saudyjskich sponsorów. Kwestie syryjską zastąpiło „oburzenie” w kwestii amerykańskiego cyberszpiegowania obywateli i przywódców UE. Ponadto, administracja Obamy wyraziła gotowość rozpoczęcia negocjacji nuklearnych z Iranem. Turcja, zalewana potokami zdesperowanych syryjskich uchodźców, stanęła również wobec coraz większej presji nacjonalistów, sprzeciwiających się militarnemu zaangażowaniu w Syrii. Rosyjska inicjatywa pozwoliła Turcji na nowe otwarcie w stosunkach z sojuszniczym wobec Syrii Iranem.

Postęp w kierunku pokoju i rozbrojenia osłabił ambicje militarne despotycznego reżimu saudyjskiego i zagroził hegemonicznej pozycji izraelskiej junty. Saudyjska strategia polegała na tym, by zniszczyć świeckie państwo syryjskie przy pomocy najemników Al-Kaidy na ziemi, wspieranych z powietrza przez lotnictwo USA i NATO. Saudyjczycy wyobrażali sobie powtórkę libijskiego scenariusza, w wyniku, którego obalono władze świeckiego lidera tego państwa Muammara Kaddafiego. Krwawe zwycięstwo dzihadystów w Damaszku zadałoby cios Iranowi co jest ostatecznym celem Saudów i Izraelczyków. Zbliżenie amerykańsko-rosyjskie i wycofanie się Obamy z gróźb zbombardowania Damaszku pozbawiło najemników Al-Kaidy długo oczekiwanego zachodniego wsparcia. Po drugiej stronie Atlantyku w ataku urazy i histerii z powodu odmowy NATO by zostać „siłami powietrznymi Al-Kaidy” dla ich wspaniałych najemników, Saudowie odrzucili propozycję, by zasiąść w Radzie Bezpieczeństwa ONZ razem z niewiernymi!

W tym momencie Izrael szybko samemu miał wkroczyć z własnymi bombami i pociskami, aby wzmocnić islamskich terrorystów w Syrii!

Izrael zobaczył siebie jako ofiarę umowy Obama-Putin, domagając się otwartego zaangażowania Zachodu w wojnę przeciwko Syrii. Strategia Izraela polegała na tym, by podsycać konflikt zbrojny, zdziesiątkować syryjski rząd, społeczeństwo i gospodarkę i utworzyć nową konfigurację sklientelizowanych państewek Egiptu, Jordanii, Syrii pod auspicjami (i kontrolą finansową) Saudyjczyków, Izraela i USA.

Izraelczycy spodziewali się, że prezydent USA Obama doprowadzi do ogromnego ataku powietrznego NATO na syryjskie bazy wojskowe, magazyny broni i kluczową infrastrukturę cywilną. Doprowadziłoby to do przechylenia szali zwycięstwa na rzecz opozycji zbrojnej i najemników dżihadu i upadku Damaszku.

Praktycznie cała żydowsko-syjonistyczna struktura władzy w USA, w tym proizraelska medialna trojka (New York Times, Washington Post i Wall Street Journal), wezwały USA do zbombardowania Syrii, mimo że większość obywateli USA była sceptycznie nastawiona w stosunku do amerykańskiego zaangażowania w konflikt!

Kiedy Obama wysłuchał głosu opinii publicznej i przyjął propozycje Władimira Putina pokojowego zażegnania kryzysu i neutralizacji syryjskiej broni chemicznej trójka wymienionych mediów przypuściła histeryczne ataki, oskarżając Obamę o wahanie się (o to, że nie słucha Netanjahu?) poświęcając życie Syryjczyków (a co z syryjskimi ofiarami okupowanych przez Izrael Wzgórz Golan?). Oskarżono też Obamę o zdradę „rebeliantów” (znanych jako terrorystów Al-Kaidy).

Izrael i Arabia Saudyjska są logicznie „sojusznikami”. Oba państwa są zaprzysiężonymi wrogami świeckiego nacjonalizmu arabskiego i antykolonializmu. Są również sponsorami zagranicznych grup terrorystycznych przy pomocy, których starają się zniszczyć swoich przeciwników, takich jak Iran. Oba kraje są całkowicie zależne od zachodniego imperializmu w ramach, którego starają się osiągać własne regionalne cele. Obecnie ich plany „ponownego narysowania mapy" Bliskiego Wschodu napotkały opór, w postaci niechęci Obamy, by zrzucić amerykańskie bomby na Damaszek.

Izraelskie siły powietrzne w służbie Al-Kaidy

W ostatnich latach Izrael dopuścił się licznych aktów wojny na Bliskim Wschodzie, w tym zbrodni przeciwko ludzkości w Strefie Gazy, na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Libanie. Nie jest zaskoczeniem, że Izrael, państwo kolonialne i niedoszły regionalny hegemon, już sześć razy w tym roku bombardował syryjskie bazy wojskowe i składy broni, pomimo faktu, że Damaszek walczy o przetrwanie przeciwko tysiącom, sfinansowanych przez Saudów, bojowników Al-Kaidy.

Umyślne i niczym nieuzasadnione ataki przeciwko oblężonemu syryjskiemu państwu są motywowane niebezpiecznymi, złowrogimi i cynicznymi kalkulacjami części establishmentu w Tel-Awiwie.

Po pierwsze, Izrael chce znaczącej obecności wahabitów z Al-Kaidy w regionie do przeciwdziałania świeckim basistom oraz ich szyickim sprzymierzeńcom w Libanie i Iranie. Izraelskie ataki przeciwko syryjskiej armii obrazują wsparcie dla terrorystycznych ataków na syryjskie miasta i miasteczka. To w zasadzie taktyczny sojusz między ekstremistami żydowsko-syjonistycznymi a radykalnymi sunnickimi muzułmanami.

Po drugie, Izrael obliczył, że ataki rakietowe przeciwko Syrii doprowadzą do zbrojnej odpowiedzi Damaszku, którą Tel-Awiw może wykorzystać jako pretekst. W jego wyniku mógłby wypowiedzieć Syrii wojnę i doprowadzić do zjednoczenia syjonistycznych „jastrzębi i gołębi” zarówno w Izraelu, jak i w USA i zmobilizować ich przeciwko kolejnemu „egzystencjalnemu zagrożeniu” „żydowskiego państwa”. Innymi słowy Izrael zmierza do zmuszenia Kongresu USA i Białego Domu do włączenia się w „sojusznicze” bombardowania Damaszku.

Po trzecie, Tel-Awiw postrzega swoje ataki rakietowe i naloty przeciwko Syrii jako „próbę generalną" dla planowanego ataku na Iran. W kontekście ostatnich pokojowych gestów irańskiego prezydenta Rouhaniego w stosunku do Stanów Zjednoczonych, bombardowanie Syrii i prowokowanie Damaszku doprowadziłoby do zerwania prób porozumienia między Waszyngtonem a Teheranem. Izraelscy piloci wykorzystują Syrię jako laboratorium do testowania radarów, łączności, tras lotów, dokładności bombardowania, technologii przechwytywania, gotowości w razie wyprzedzającego ataku na Iran. Celem atakowania rządu syryjskiego i niszczenia broni defensywnej, przeznaczonej dla libańskiego sojusznika Syrii, szyickiego Hezbollahu, jest zniszczenie wszelkich zdolności libańskiego oporu wobec izraelskiej agresji w regionalnym pożarze.

Jednak izraelska „dyplomacja” napędzana działaniami militarnymi zawiodła. Mimo tego, państwo żydowskie nie może zaprzestać swojej brutalnej, kolonialnej polityki na Zachodnim Brzegu, odejścia od sojuszu z Al-Kaidą w Lewancie i zawarcia realistycznego porozumienia politycznego z Syrią i Iranem. Izraelscy decydenci opierają swoją politykę wyłącznie na jednym, jedynym resorcie zwiększając brutalność i agresję. Netanjahu pokazał Obamie swoje rozczarowanie, ogłaszając budowę 1500 nowych mieszkań „tylko dla Żydów” w okupowanej palestyńskiej wschodniej Jerozolimie. Tymczasem izraelski MSZ skrytykował administrację Obamy za ujawnienie, że izraelskie samoloty i pociski uderzyły w najważniejszy syryjski port w Latakii. Sugerowano, że odkrycie przez Waszyngton izraelskiego sabotażu przeciwko rozmowom pokojowym jest „zdradą" czy nawet „zbrodnią" przeciwko żydowskiemu państwu!

Cała syjonistyczna konfiguracja władzy w Waszyngtonie ustawiła się w jednym rzędzie, by poprzeć żydowskie państwo. Kiedy Izrael dokonał aktu wojennego przeciwko sąsiadowi, nie ważne jak niesprawiedliwy i brutalny był to czyn, to syjoniści nieważne czy religijni czy świeckie „gołębie pokoju”, neokonserwatyści, wszyscy jednym chórem wspierają moralne prawo „żydowskich bomb”, gdy spadają na uciemiężoną dziś Syrię, a jutro Iran. Trójka głównych proizraelskich mediów w USA nie wacha się mówić o cywilnych ofiarach nalotów dronów Pentagonu i CIA w Pakistanie, ale kiedy izraelskie pociski spadają na Syrię... mówi się o prewencyjnym ataku, spadkobierców ofiar Holocaustu... nazwanych koniecznymi dla obrony miłującego pokój narodu... ponieważ Bibi Netanjahu tak powiedział!!! Gadatliwy profesor prawa z Harvardu stwierdził w amerykańskim „talk show", że Izrael musiał niszczyć konkretne bunkry syryjskiej armii. W przeciwnym razie jakiś antysemita mógłby kiedyś podnieść kamień, którym mógłby cisnąć w przedstawiciela „izraelskich sił pokojowych”. Zaiste prawdziwe „zagrożenie egzystencjalne”!

Kłamliwy żargon Saudów i ich izraelskich sojuszników zakłada, ze zamierzają oni finansować, zbroić i służyć jako siły powietrzne Al-Kaidy przeciwko reżimowi al-Asada w Syrii. Oznacza to odrzucenie jakiegokolwiek procesu pokojowego z Syrią i Iranem. Wydaje się, że jedynie USA i Rosja zapobiegają ich prowokacjom wywołania wielkiego regionalnego pożaru, który zagroziłby życiu setek milionów ludzi.

Konkluzje

Bliski Wschód zawsze był mozaiką sojuszy złożonych i zmieniających się, znakowanych zmianami relacji między imperiami. W ciągu ostatniej dekady ,USA, Izrael, Arabia Saudyjska i ich satrapowie w Jordanii, Egipcie i Libanie stali na jednej grzędzie. Irak, jako niezależne, nowoczesne społeczeństwo i świecki wielokulturowy naród został roztrzaskany amerykańskim wojskowym butem... Taliban był w odwrocie... Iran został odizolowany ... Syria została najechana przez obcych uzbrojonych i wyszkolonych terrorystów i najemników.

Czas mija i sytuacja się zmienia. USA zostały zmuszone do wycofania się z przerażającego, sekciarskiego konfliktu, który wyrósł w Iraku, a Iran zyskał wpływy polityczne a jego znaczenie w regionie wzrosło. Turcja przejęła znaczące rynki w regionie. W Afganistanie Talibowie odzyskali siły i przygotowują się by przejąć władze, gdy tylko USA wycofają poparcie dla swojego lokaja w Kabulu. Biały Dom chwilowo stracił swojego dyktatora w Egipcie, a junta w Kairze stoi wobec niepewnej przyszłości ze względu na masowe społeczne niepokoje. Król Jordanii jest nadal na liście płac CIA/Mossadu, jego kraj jest zacofaną satrapią, zmuszoną do uprawiania praktyki państwa policyjnego.

Skorumpowane Monarchie Zatoki Perskiej represjonujące dysydentów, wykorzystują swoje olejowe bogactwo by wspierać terrorystów dżihadystów poza własnymi granicami. Ich legitymizacja i wsparcie są niezwykle kruche. Petro-miliardy, bomby i amerykańskie bazy wojskowe nie tworzą państwa!

Taktyczne relacje są niestabilne. Saudyjska monarchia odrzuca ONZ, odrzuca USA za ich zbliżenie z Iranem i próbuje sama przejąć „gorącego kasztana”. Zapewne Saudyjczycy rozumieją, że wzięcie strony sił powietrznych Izraela przeciwko arabskiemu narodowi jest niebezpiecznym i desperackim posunięciem, które może spalić na panewce.

Rządy Syrii i Iranu będą kontynuowały program pokojowy, demokratyczne otwarcie i wezwanie do społecznej koegzystencji, takich do jakich z sukcesem doprowadził Hezbollah w Libanie. Rosjanie wspierają ich propozycje. Jeśli zakończą się sukcesem, to również USA i Europa odniosą znaczące korzyści z demilitaryzacji przestrzeni Zatoki Perskiej i uczynienia jej strefą wolną od sankcji ekonomicznych. Gospodarka światowa dostanie niższe ceny energii i większe bezpieczeństwo, kiedy strumień kapitału przestanie płynąć do spekulantów z londyńskiego City i Wall Street a zacznie wspierać rozwój własnych krajów. Stoimy na rozdrożu między zwróceniem się w stronę pokoju albo powrotem do regionalnej wojny, kryzysu i chaosu.

Źródło: http://www.globalresearch.ca

Tłum: Kornel Sawiński
Fot. www.worldtribune.com

Czytany 2922 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04