piątek, 25 listopad 2011 08:27

Marian Szołucha: Ukraina do Unii?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

MSzolucha


Władisław Guliewicz

Unia Europejska przeżywa obecnie najgłębszy kryzys od momentu swojego powstania. Wchodzenie do niej w takiej sytuacji może być ryzykowne i – w dłuższej perspektywie – kosztowne – mówi w rozmowie z ukraińskim dziennikarzem pisma Chas Pik i analitykiem Władisławem Guliewiczem wiceprezes i ekspert Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych dr Marian Szołucha.

Władisław Gulewicz ("Chas Pik"): Na Ukrainie w ostatnim czasie słyszy się bardzo często retorykę proeuropejską – o przyłączeniu Kijowa do UE, o zyskach, które będzie miała Ukraina z tego powodu itd. Jest również alternatywa – Związek Celny z Rosją. W jego ramach możemy reaktywować ukraińsko-rosyjskie kontakty ekonomiczne, który mieliśmy jeszcze za czasów radzieckich. Jeżeli by Pan miał możliwość wybierać osobiście, to co by Pan wybrał dla Ukrainy – Unię Europejską czy Związek Celny?

 

Marian Szołucha: To trudne, ale rzeczywiście fundamentalne pytanie. Jeden i drugi wariant ma słabe i mocne strony. Unia Europejska przeżywa obecnie najgłębszy kryzys od momentu swojego powstania. Wchodzenie do niej w takiej sytuacji może być ryzykowne i – w dłuższej perspektywie – kosztowne. Natomiast Związek Celny z Rosją mógłby doprowadzić do zbytniego uzależnienia się młodej ukraińskiej państwowości od większego i – co tu ukrywać – znacznie silniejszego sąsiada. Choć trzeba przyznać, że doraźne korzyści gospodarcze wynikające ze zbliżenia z Rosją byłyby na pewno odczuwalne. Reasumując, wydaje mi się, że przez najbliższe lata Ukraina powinna po prostu poczekać na rozwój sytuacji zarówno w zachodniej Europie, jak i w Rosji, w międzyczasie rozwijając partnerskie relacje polityczno-ekonomiczne na obu kierunkach i wzmacniając swoją integralność wewnętrzną.

Warto też pamiętać, że położenie geopolityczne Ukrainy ma szereg cech stałych, głównie tę, że leży ona pomiędzy wschodem a zachodem Europy. Dokładnie jak Białoruś. Z tą jednak różnicą, że jest krajem od Białorusi znacznie większym i liczniejszym, z dostępem do morza itd. Dlatego powinna starać się nadać swojej pozycji w stosunkach międzynarodowych charakter podmiotowy. By było to możliwe, brakuje Ukrainie przede wszystkim jednego – konkurencyjnej i wydajnej gospodarki, zapewniającej wszechstronny, zrównoważony rozwój całego społeczeństwa.

W.G.: Polska ekonomicznie straciła czy zyskała na przyłączenia się do UE?

M.S.: Większość polskich polityków i komentatorów życia publicznego – przynajmniej tych z tzw. głównego nurtu – uważa, że nasza gospodarka zyskała na akcesji do Unii. Ale w przedstawianym przez nich bilansie mi osobiście brakuje szeregu ważnych pozycji. Można je ująć w jednym haśle – koszty implementacji unijnego prawodawstwa. Mam na myśli na przykład limity produkcyjne, choćby mleka czy cukru, które doprowadziły do zamknięcia wielu rentownych zakładów z branży spożywczej w naszym kraju. Albo ograniczenia połowów ryb, co spowodowało de facto likwidację naszej floty rybackiej. Nie wspominam już o całym katalogu absurdalnie szczegółowych regulacji życia gospodarczego, które zwiększają bariery biurokratyczne i utrudniają prowadzenie małych i średnich przedsiębiorstw. Zresztą uważam przeregulowanie unijnej gospodarki za jedną z najważniejszych przyczyn jej obecnej stagnacji.

Zysków ekonomicznych z przystąpienia do UE oczywiście również jest sporo. Nie będę ich wymieniał, bo są powszechnie znane. Chcę jednak podkreślić, że zestawienie polegające wyłącznie na porównaniu z jednej strony kwot dotacji, jakie płyną do Polski ze wspólnotowego budżetu, a z drugiej wysokości wnoszonej przez nas składki członkowskiej, jest zdecydowanie zbyt uproszczone.

No i siedem lat od wejścia do Unii to trochę zbyt krótki okres na kompleksowe podsumowanie. Tym bardziej, że Unia cały czas ewoluuje i nie do końca wiadomo, gdzie nas ten proces doprowadzi. Mam poważne wątpliwości, czy sam w sobie mądry i szlachetny projekt integracji europejskiej nie pójdzie za daleko, biorąc pod uwagę nadal silnie zakorzenione w poszczególnych państwach i narodach poczucie odrębności oraz przywiązanie do suwerenności.

W.G.: Dzisiaj niezbyt często mówi się o imperiach w ogóle, jednak można powiedzieć, że USA to nowoczesne imperium. Jak mówią Amerykanie – „benevolent empire” (dobre imperium). Zdaje się, że UE to takie samo imperium, tylko europejskie. Różne postaci historyczne próbowały połączyć Europę w jedno imperium – Karol XII, Napoleon, nawet Hitler. Według Pana, czy można powiedzieć, że UE – to jest sukces zachodnioeuropejskiego „imperializmu”? Przecież cały kontynent został zjednoczony bez użycia broni, bez wojny?

M.S.: Unii nie można nazwać imperium, bo nie jest ona zdolna w większości spraw do przemawiania na arenie międzynarodowej jednym głosem. Rządzą nią ciągle interesy narodowe i nie uważam, by mogło się to w przewidywalnej perspektywie zmienić. Zresztą zachodnia Europa, nawet jeśli przyjąć na chwilę, że można ją traktować jako całość, traci obecnie powoli na znaczeniu na rzecz grupy krajów określanych skrótem BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA). Mam na myśli oczywiście płaszczyznę gospodarczą. Ale wiadomo, że jest ona nierozerwalnie związana z pozycją polityczną.

Natomiast co do porównań z koncepcjami Karola XII, Napoleona czy tym bardziej Hitlera, to UE jest oczywiście projektem zupełnie innym, bo mimo wszystko opartym na zasadzie dobrowolności członkostwa w jej strukturach oraz na regułach demokratycznych, choć rzecz jasna w takim rozumieniu, jak to jest zapisane w kolejnych unijnych traktatach. A te, jak wiemy, co kilka, kilkanaście lat się zmieniają.

W.G.: W Europie bardzo ostro są dziś stawiane pytania o etniczną identyfikację. Szereg filozofów, między innymi zachodnich, z zaniepokojeniem mówi, że Unia likwiduje nie tylko granice państwowe, ale i kulturowe, że jest to zagrożenie dla świadomości narodowej w krajach europejskich. Dziś wszyscy jesteśmy trochę anglosasami. Do tego, w Europie panuje ideologia ekonomocentryzmu. Jak się czuje polski etniczno-kulturowy organizm we wspólnej Europie?

M.S.: Sam przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej miałem pewne obawy o naszą narodową świadomość. Dziś jednak widać, że ukształtowanych przez wieki na naszym kontynencie wspólnot narodowych nic nie jest w stanie zastąpić. Są one po prostu najbardziej naturalne, a ich wewnętrzne więzy najsilniejsze. Łączące wszystkich Europejczyków dziedzictwo – kulturalne, prawne, czy religijne, jest tylko pewnym dodatkiem do ich narodowej tożsamości. Oczywiście ważnym i wzbogacającym.

Nie zmienia to faktu, że w Europie, tak jak w innych miejscach na świecie, są ludzie snujący plany budowy jednolitego pod względem kulturowym społeczeństwa. Jednak poza pewnymi elementami, wiążącymi się z postępującym procesem globalizacji, koncepcje te pozostają w sferze marzeń, by nie powiedzieć – utopii.

Papierkiem lakmusowym tej problematyki są wszelkiego rodzaju sytuacje kryzysowe. Choćby ta, z którą mamy do czynienia obecnie. I cóż się okazuje? Większość Greków woli, by ich państwo zbankrutowało, a nawet wróciło do drachmy, a nie poddawało się – jak mówią – dyktatowi Berlina czy Paryża. Duńczycy przywracają częściową kontrolę na granicy z Niemcami. A Słowacy nie chcą godzić się na partycypację w Europejskim Funduszu Stabilności Finansowej. Krótko mówiąc – państwa Unii Europejskiej dopóty są ze sobą solidarne, dopóki nie cierpią na tym ich partykularne interesy, a ściślej – dopóki zerwanie tej solidarności wydaje się im bardziej kosztowne, oczywiście z narodowego punktu widzenia, niż jej podtrzymywanie.

Oryginalny tekst znajduje się TUTAJ.

Czytany 4555 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04