wtorek, 17 listopad 2009 08:45

Zygmunt Słomkowski: Kogo hołubi CIA

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
altZygmunt Słomkowski
Ciemne kulisy wojny afgańskiej
Kilka lat temu funkcjonariusz afgańskiego wywiadu zatrzymał lokalnego dowódcę talibów, który zajmował się przemytem narkotyków z prowincji Helmand do granicy z Pakistanem. Jeszcze tego samego dnia szef regionalnych służb specjalnych, później członek parlamentu Dad Mohamad Khan otrzymał od miejscowego prokuratora polecenie uwolnienia aresztowanego. Prokurator wyjaśnił, że jest to rozkaz Ahmeda Waliego Karzaja - młodszego brata prezydenta Hamida Karzaja. Przestępca wyszedł na wolność.
Khan opowiedział o tym na początku roku dziennikarzowi amerykańskiej agencji McClatchy Newspapers, który zbierał informacje o młodszym Karzaju. Nasilały się bowiem pogłoski o jego związkach z narkobiznesem. Tydzień po tej rozmowie Khan zginął w wybuchu przydrożnej bomby. Nie był on jedynym, którego spotkał taki los.

W 2004 r. patrol wojskowy kontrolując ciężarówkę z cementem między workami znalazł paczki z heroiną. Wkrótce do dowódcy patrolu Habibullaha Jana zatelefonował Ahmed Wali Karzaj z żądaniem uwolnienia ciężarówki wraz z ładunkiem. Polecenie ponowił urzędnik z kancelarii prezydenta. Habibullah Jan opowiedział o tym swemu przełożonemu gen. Kahnowi Mohamedowi, a później, gdy został wybrany do parlamentu, publicznie zarzucił prezydenckiemu bratu, że jest przestępcą. W ubiegłym roku zginął w tajemniczym, świetnie przygotowanym zamachu w Kandaharze. Talibowie zaklinali się, że to nie ich sprawka.

W zeszłym roku w jednej z afgańskich telewizji, podczas spotkania okrągłego stołu o wewnętrznych sprawach kraju, współwłaściciel kabulskiego Instytutu Technologii Internetowej Abdullah Kandahari z plemienia Popalzai, z którego pochodzą Karzajowie, a więc człowiek dobrze znający tę rodzinę, zarzucił Ahmedowi Waliemu, że bierze udział w narkobiznesie. Wkrótce musiał zlikwidować swoje interesy i wraz z rodziną schronić się za granicą, bowiem grożono mu śmiercią. Parlamentarzystka z Kandaharu Szakiba Haszimi, która uczestniczyła w tej telewizyjnej dyskusji, opowiedziała niedawno, że następnego ranka po emisji programu młodszy Karzaj telefonicznie ostrzegł jej męża, że żona nie powinna wracać do Kandaharu. I rzeczywiście nie odważyła się do dziś.

Chowanie brudów pod dywan
Od kilkunastu dni prasa amerykańska przypomina te relacje. Powodem stało się ujawnienie przez dziennik „The New York Times", że Ahmed Wali Karzaj od 2001 r. znajduje się na liście płac CIA. Rozlała się fala komentarzy pełnych oburzenia, że służby amerykańskie posługują się tego rodzaju osobami. Przypomina się, że Ahmed Wali Karzaj nie jest jakimś wyjątkiem. Już w czasie wojny wietnamskiej CIA wysługiwała się mającym ponurą reputację bratem premiera Wietnamu Płd. Diema.

Ahmed Wali Karzaj zajmuje jednak szczególną pozycję. Podobnie jak jego starszy brat wrócił z emigracji do Afganistanu po rozpoczęciu inwazji USA i obaleniu rządów talibów. W Kandaharze, skąd pochodzą Karzajowie, szybko znalazł się w aparacie władzy prowincji, od kilku lat stoi na jego czele, bowiem jest przewodniczącym jej rady. Zamieszkał w domu należącym do znanego handlarza narkotyków (twierdzi, że nie wiedział o tym). Założył tam swą główną kwaterę chronioną obecnie przez ponad 100 zbrojnych. Szybko nawiązał kontakt z CIA, której przekazał dom, gdzie przed ucieczką do Pakistanu mieszkał duchowy przywódca talibów mułła Omar.

Z pomocą Amerykanów zorganizował prywatną armię o nazwie Specjalne Siły Kandaharu. Oficjalnie jej zadaniem była likwidacja komórek talibów. Niechętni mu krytycy głoszą jednak, że ta zbrojna grupa zwalcza przede wszystkim przeciwników szefa, lub tych, którzy nie są mu posłuszni. Jak powiedział tygodnikowi „Time" ekspert ds. bezpieczeństwa, w Kandaharze „jeśli ktoś konkuruje z Ahmedem Walim, albo nie chce płacić za ochronę, można być pewnym, że pewnego dnia Siły Specjalne zapukają do jego drzwi". W czerwcu tego roku zastrzeliły one szanowanego komendanta policji miejskiej podczas próby uwolnienia z więzienia brata jednego z bojówkarzy.

Ahmed Wali Karzaj zarzeka się, że oskarżenia pod jego adresem nie mają nic wspólnego z prawdą i są wymysłem wrogów jego i starszego brata. Opinię tę podziela prezydent mówiąc, że nie ma żadnych dowodów na stawiane zarzuty. To samo głosi senator John Kerry, przewodniczący komisji spraw zagranicznych w Senacie USA, który w charakterze politycznego strażaka przybył w ub. tygodniu do Kabulu, by pomóc w przełamaniu kompromitującego impasu, jaki powstał w wyniku sfałszowanych wyborów 20 sierpnia. Dyrekcja CIA zaś nabrała wody w usta. Nie ustają wysiłki, by wyciszyć aferę, która w istocie ilustruje bezmiar korupcji i dwuznacznej roli wielu prominentów obecnego aparatu władzy w Afganistanie oraz bezwład administracji prezydenta Karzaja.

Narkotykowy baron?
Naturalnie nie można bezkrytycznie traktować zarzutów, jakie uderzają w Ahmeda Waliego Karzaja, bowiem w Afganistanie krzyżują się sprzeczne interesy narodowościowe, plemienne, rodowe i w tych sporach wszystko jest dozwolone. Niewątpliwie nie ma jednak dymu bez ognia. Oskarżenia głoszone są przecież publicznie, ich autorów nie ciąga się po sądach, a nagła ich śmierć teoretycznie może nie mieć związku z młodszym Karzajem. Jednak nawet strzępy informacji tworzą interesującą układankę.

Dotyczy to przede wszystkim narkobiznesu. Właśnie od obalenia reżimu talibów w 2001 r. produkcja narkotyków gwałtownie wzrosła. Według biura ONZ ds. narkotyków, afgańska produkcja heroiny wynosiła w 2001 r. 185 ton, a w tym roku aż 6000 ton. Ok. 90 proc. tej trucizny trafia za granicę, m.in. do Europy i USA. Jest to wynik chaosu polityczno-wojennego i braku sprawnej administracji lokalnej. A także skutek efektywnej kontroli tego biznesu przez talibów, dla których opium to ważne źródło dochodów. Jednakże trudno sobie wyobrazić, że ten interes mógłby tak pomyślnie funkcjonować bez opiekuńczych skrzydeł części aparatu rządowego, którego funkcjonariusze nie widzą nic zdrożnego w dorabianiu się właśnie w ten sposób.

Gretchen Peters, autorka „Nasion terroru", książki o afgańskim narkobiznesie, twierdzi, że poufne raporty ONZ umieszczają Ahmeda Waliego na czele „organizacyjnego łańcucha", który obejmuje gubernatorów, oficerów policji i urzędników celnych, którzy zezwalają na uprawę opium i przewożenie narkotyków poza granice Afganistanu. Potwierdzają to nie tylko przytoczone relacje. Na początku tego roku żołnierze brytyjscy zrewidowali dom należący do Ahmeda Waliego i znaleźli tam ogromne ilości opium. Właściciel - jak mówimy w Polsce - udał Greka i powiedział, że nie wie, skąd się ten towar wziął. To wystarczyło, by sprawę zamknąć.

Ahmed Wali Karzaj ma więc rozległe pole działania i wiele świadczy, że może je wykorzystywać choćby dla umacniania swojej pozycji. A jest ona już niezwykle silna. Do tego stopnia, że był w stanie „pomóc" bratu w ostatnich wyborach prezydenckich. Świadkowie zarzucają mu, że zamykał przed czasem lokale wyborcze, lub niszczył urny, czy też podmieniał karty do głosowania, jeśli okazywało się, że nadmierne poparcie otrzymywał jeden z konkurentów, zresztą nie główny rywal Abdullah Abdullah, lecz kandydat o niewielkim znaczeniu.

Amerykańscy analitycy zastanawiają się też, czy narkobiznes nie stanowi platformy współpracy młodszego Karzaja z talibami. Często bowiem transport wymaga swego rodzaju koordynacji, oczywiście korzystnej dla obu stron. W oczach CIA nie musi to być naganne, bowiem pomaga w uzyskiwaniu informacji, może też być owocne w próbach przeciągania niektórych talibów na stronę rządową. Według jednego z anonimowych funkcjonariuszy amerykańskiego biura ds. narkotyków (DEA), przynajmniej w pewnym okresie „CIA i wojskowi przymykali oczy na przemytników opium i heroiny, jeśli uważali, że pomoże to w zwalczaniu talibów i Al-Kaidy".

Wstydliwi partnerzy
Amerykańscy publicyści nie wchodzą w szczegóły działalności Ahmeda Waliego Karzaja. Boleją nad czymś innym - nad tym, że tacy, co najmniej podejrzani, ludzie stają się partnerami amerykańskich polityków i wojskowych w ich operacjach wojennych służących - jak głoszą - szczytnym celom. Na przykład „Time" pisał: „Nie mieliśmy żadnych problemów we współdziałaniu z afgańskimi fundamentalistami islamskimi, terrorystami, handlarzami narkotyków i wszelkiego rodzaju rzezimieszkami, gdy Carter i Reagan prowadzili zastępczą wojnę przeciw ZSRR (w Afganistanie - przyp. ZS) w latach osiemdziesiątych. CIA i Biały Dom nie chcieli widzieć tego zła, bowiem fundamentaliści byli doskonałymi bojownikami, szczęśliwymi, że przeganiają naszych wrogów w zimnej wojnie. Przyszliśmy do Afganistanu w październiku 2001 r. z podobnie świadomie zamkniętymi oczami. (...) Od początku wojny NATO przekupywał narkotykowych szmuglerów, aby zapewnić sobie transport paliwa z Pakistanu przez przełęcz Chajber. Ale te opłaty NATO, tysiące dolarów za każdą ciężarówkę, to pestka w porównaniu z tym, co CIA daje Ahmedowi Waliemu Karzajowi".

I dlatego aktualne staje się w USA pytanie, czy tacy ludzie jak Ahmed Wali Karzaj pomagają Ameryce w Afganistanie, czy też wprost przeciwnie - szkodzą i czynią Amerykanów oraz ich cele niewiarygodnymi.

Artykuł ukazał się nr 266 (5991) dziennika altz dnia 13.11.2009. Publikacja za zgodą wydawcy.
Czytany 6143 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04

Najnowsze od Zygmunt Słomkowski