poniedziałek, 26 sierpień 2013 08:02

Paweł Rogaliński: W USA nie obraża się przeciwników politycznych tak, jak w Polsce

Oceń ten artykuł
(1 głos)

lpastusiak  Paweł Rogaliński

– W USA nie obraża się przeciwników, nie używa tak nagminnie języka nienawiści. Polityk musi być przede wszystkim nastawiony na kompromis, musi być pojednawczy – powiedział podczas rozmowy z Pawłem Rogalińskim prof. Longin Pastusiak, amerykanista i b. marszałek Senatu RP.

Paweł Rogaliński: Co robią politycy w Stanach Zjednoczonych, by utrzymać swoją popularność?

Prof. Longin Pastusiak: Zanim odpowiem na to pytanie, zwrócę uwagę, że istnieją dwie różne strategie, z których każda jest dopasowana do zajmowanego stanowiska. Z jednej więc strony mamy członków Kongresu Stanów Zjednoczonych, czyli Izby Reprezentantów i Senatu, z drugiej zaś prezydenta USA. Sposoby podtrzymywania swojej popularności i kreowania wizerunku przez członków Kongresu i prezydenta znacznie różnią się między sobą.

P. R.: Wpierw omówmy więc techniki stosowane przez członków Kongresu.

L. P.: Twórcy konstytucji amerykańskiej wprowadzili bardzo krótką, dwuletnią kadencję do Izby Reprezentantów. Stało się tak ze względu na chęć zobowiązania jej członków do utrzymania bezpośrednich i ścisłych więzi z wyborcami. Z tego też powodu dla członków Kongresu charakterystyczne jest utrzymywanie intensywnych kontaktów ze swoim okręgiem wyborczym. Muszę przyznać, że sam byłem tym zaskoczony, kiedy przez kilkanaście lat reprezentowałem Parlament RP w Zgromadzeniu Parlamentarnym NATO. Stany Zjednoczone posiadają tam najliczniejszą delegację złożoną właśnie z kongresmenów i senatorów.

P. R.: I to kongresmeni byli najbardziej aktywni?

L. P.: Bynajmniej! Proszę sobie wyobrazić, że kongresmeni na ogół nie przyjeżdżali na sesje ZP NATO. Pojawiali się natomiast na nich senatorowie, których kadencja trwa sześć lat. Jest tak przede wszystkim dlatego, że dla kongresmenów wyjazd zagraniczny jest swego rodzaju obciążeniem i wyborcy amerykańscy niechętnie patrzą na wszelkie – zbędne ich zdaniem – podróże po świecie. Nic więc dziwnego, że blisko jedna trzecia członków Izby nie posiada nawet paszportu.

P. R.: Jak wygląda taki wyjazd w relacji do pracy kongresmena?

L. P.: Obrady podczas sesji są zamykane w piątek. Przypomnijmy, że Stany Zjednoczone to duży kraj, więc kongresmen, który uczestniczy w obradach, wylatuje po południu w piątek do swojego okręgu wyborczego. Spędza tam kolejne cztery dni i dopiero w poniedziałek wieczorem wraca do Waszyngtonu. Liczne spotkania w okręgu są poświęcone bezpośrednim kontaktom z rozmaitymi organizacjami działającymi na danym obszarze – społecznymi, ekonomicznymi, kulturalnymi. Kongresmen stara się też brać udział we wszystkich masowych imprezach, jakie odbywają się w czasie jego pobytu w okręgu, a więc w meczach, rozmaitych targach i festynach. Stara się też zaistnieć w czasie tych imprez – na przykład w formie przemówień, czy w jakikolwiek inny sposób.

P. R.: Ma wówczas szansę spotkać swoich wyborców i zadbać o utrzymanie popularności w okręgu.

L. P.: Owszem. Wykorzystuje ten pobyt także do bezpośredniego spotkania z elektoratem, ściska ręce, całuje niemowlęta, rozmawia z ludźmi… W ten sposób przypomina wyborcom o swojej aktywności w regionie i dba o dobry wizerunek. Jednocześnie jednak nie zapomina o kontaktach z biznesem, ponieważ to ten ostatni finansuje kampanię wyborczą polityka. Kongresmen musi więc utrzymać dobre stosunki ze swoimi potencjalnymi sponsorami. Dużą uwagę trzeba również przywiązywać do mediów lokalnych. Warto podkreślić, że nie są to na przykład ogólno amerykańskie gazety typu New York Times czy Washington Post, ale prasa o mniejszym zasięgu. Jest tak dlatego, że Amerykanie skupiają się przede wszystkim na mediach lokalnych i regionalnych – tak prasie, radiu czy telewizji.

P. R.: Co jeszcze robią kongresmeni, by pracować na swój image?

L. P.: Na wizerunek kongresmena dość znacznie wpływa praca jego lokalnych biur w danym okręgu wyborczym, stąd z reguły są one bardzo aktywne. W czasie, kiedy polityk jest w Waszyngtonie na sesji Kongresu, jego pracownicy go zastępują i dwoją działalność biura.

P. R.: A w jaki sposób kongresmen dba o swój wizerunek w Waszyngtonie?

L. P.: Działalność i popularność danego polityka w Kongresie to już zupełnie odrębna kwestia. Przede wszystkim stara się on być członkiem takich komisji, które wiążą się z interesami jego okręgu wyborczego. Jeżeli jest to obszar rolniczy, to zabiega o to, by mieć kluczowe miejsce w komisji do spraw rolnictwa. Jeżeli zaś na terenie okręgu istnieją różne przedsiębiorstwa zbrojeniowe np. w przemyśle obronnym, to będzie starał się zasiadać w komisji ds. obrony albo też wydatków budżetowych. Kongresmeni i senatorowie przywiązują też bardzo wiele uwagi do przyjmowania w Waszyngtonie delegacji wyborców ze swojego okręgu. Stolica USA jest atrakcyjna turystycznie i jeżeli tylko jakakolwiek grupa mieszkańców z danego okręgu przyjeżdża do Waszyngtonu, jest z reguły chętnie przyjmowana w biurze kongresmena lub senatora. Charakterystyczne jest również to, że jeżeli polityk wygłasza przemowę albo zgłasza jakąś inicjatywę ustawodawczą w Izbie Reprezentantów czy w Senacie, jednocześnie rozsyła tę informację do swojego okręgu wyborczego. Wówczas zarówno wyborcy, jak i lokalne media mają wgląd w jej treść.

P. R.: Kto pisze te przemówienia? Kongresmen czy jego sztab?

L. P.: Zarówno senatorowie jak i kongresmeni mają bardzo rozbudowaną strukturę swoich biur. Zatrudniają cały sztab pracowników, którzy piszą dla nich przemówienia, projekty ustaw czy też skupiają się na utrzymywaniu więzi z wyborcami w danym okręgu wyborczym. Tak jak wspomniałem, cechą charakterystyczną w USA jest duża aktywność biur senatorskich czy poselskich nie tylko w okręgu, ale również w Kongresie Stanów Zjednoczonych. Wszystko to jest o tyle ważne, że każda decyzja senatora lub kongresmena wpływa na jego wizerunek i odbiór wśród wyborców.

P. R.: Jakie widzi pan różnice między uprawianiem polityki w USA a tym w Polsce?

L. P.: Samo zachowanie się polityków amerykańskich jest dalece inne od tego, które znamy z naszej rodzimej sceny politycznej. Przede wszystkim możemy dostrzec tam zupełnie odmienny stosunek do oponenta – w USA nie obraża się przeciwników, nie używa tak nagminnie języka nienawiści. Oczywiście wciąż atakuje się oponentów, ale w sposób delikatny, głównie poprzez ośmieszanie i szeroko zakrojone wykorzystanie humoru politycznego. Nie eksponuje się też, charakterystycznego dla polskiej kultury politycznej, nadmiernego partyjnictwa, ponieważ to ewidentnie szkodzi wizerunkowi kongresmena. Polityk musi być przede wszystkim nastawiony na kompromis, musi być pojednawczy. Oczywiście powinien być bardzo wyrazisty politycznie, ale nie może przy tym obrażać swoich przeciwników. Oponenta politycznego nie traktuje się jak wroga – można się z nim różnić światopoglądowo, ale wychodzi się z nim na wspólne posiłki lub przyjaźni się... Ostatnim elementem, który znacznie wpływa na wizerunek kongresmena lub senatora, jest jego życie prywatne. Eksponuje się tutaj przede wszystkim rodzinę i bliskich. Proszę pamiętać, że polityk musi być postrzegany jako osoba rodzinna, jako dobry mąż, ojciec, głowa rodziny... Dobrze widziana jest również religijność, chociaż nie podkreśla się przynależności do konkretnego kościoła. Ateiści mają nikłe szanse na zdobycie urzędu obieralnego w Stanach.

P. R.: Dziękuję za rozmowę.


Wywiad opublikowano na blogu dziennikarskim
alt

Fot. www.sld.org.pl

Czytany 4090 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04