wtorek, 31 maj 2011 08:16

Parag Khanna: Czy nowy światowy porządek przetrwa nowe globalne średniowiecze?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Parag_Khanna

 

Graczami na „geopolitycznym rynku”, zarówno wśród imperiów, jak i w „drugim świecie” były państwa narodowe. O władzę rywalizuje o wiele więcej aktorów na poziomach powyżej i poniżej państwa, choć same państwa nie zniknęły, a niektóre z nich nadal odgrywają niezwykle ważną rolę – mówi Parag Khanna, amerykański ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych, autor głośnej książki „New Global Order”, w rozmowie z Miesięcznikiem Idei Europa.

Parag Khanna jest przedstawicielem nowej klasy ekspertów globalnych. Ten urodzony w Indiach amerykański analityk lansuje obecną falę globalizacji, obsługuje ją i jej broni. Jego wizja „nowego średniowiecza” nie jest katastroficzna. Ład (albo apokaliptyczna wojna o wpływy) państw narodowych, zdaniem Khanny, już został zastąpiony przez bardziej dynamiczny ład (czy też bezpardonową walkę o wpływy), w której nową równowagę sił ustalają nie tylko tradycyjne państwa (już tylko najsilniejsze z nich, takie jak Ameryka czy Chiny), ale też organizacje międzynarodowe, najpotężniejsze instytucje „społeczeństwa obywatelskiego” (jeśli mają swoją siedzibę w Stanach Zjednoczonych lub Europie Zachodniej i dysponują - jak np. Fundacja Gatesa - rocznym budżetem na poziomie połowy budżetu Światowej Organizacji Zdrowia), kościoły, najsilniejsze globalne korporacje. To na tym poziomie - a nie na poziomie słabych państw narodowych - powstają dziś „tożsamości”, które dzielą między siebie władzę nad światem.

W swojej głośnej książce „The Second World” przedstawił pan wizję, w której trzy potęgi – Stany Zjednoczone, Unia Europejska i Chiny – zabiegają o wpływy w „drugim świecie”, czyli krajach Afryki, Azji, Ameryki Południowej łączących cechy pierwszego i trzeciego świata. Świat przedstawił pan tam jako „geopolityczny rynek” z kilkoma najsilniejszymi graczami starającymi się przyciągnąć „drobnicę”. Właśnie ukazuje się pana najnowsza książka „How to Rule the World”, w której „geopolityczny rynek” ustępuje miejsca nowemu średniowieczu – rzeczywistości wielu politycznych graczy operujących na wielu poziomach, od organizacji międzynarodowych przez wielkie korporacje i państwa narodowe aż po organizacje pozarządowe. Co skłoniło pana do zrewidowania swojej perspektywy? Czy w ciągu trzech lat, które dzielą obie książki, „drobnica” z „drugiego świata” zaczęła skutecznie podgryzać dawne potęgi?

Nie tyle zrewidowałem swoją perspektywę, co ją poszerzyłem. Graczami na „geopolitycznym rynku”, zarówno wśród imperiów, jak i w „drugim świecie” były państwa narodowe. Dziś staram się pokazać, że o władzę rywalizuje o wiele więcej aktorów na poziomach powyżej i poniżej państwa, choć same państwa nie zniknęły, a niektóre z nich nadal odgrywają niezwykle ważną rolę. Ograniczanie się wyłącznie do nich jest dziś jednak niewystarczające, bowiem na geopolitycznym rynku, który pozostaje w mocy, zaroiło się od nowych graczy. Przyjrzenie się nowym graczom było niezbędne z empirycznego punktu widzenia. Wzrost znaczenia organizacji pozarządowych, organizacji niosących pomoc humanitarną, ugrupowań religijnych jest niezaprzeczalnym faktem. Do tej pory literatura poświęcana stosunkom międzynarodowym nie poświęcała im należytej uwagi, choć wzrost ich znaczenia postępował od lat. Teoria nie nadążała za rzeczywistością. Nikt w rzeczywistym świecie nie czekał na to, aż analitycy stosunków międzynarodowych zorientują się w sytuacji i znajdą dla niej odpowiedni język.

Szukając tego języka, sięgnął pan po pojęcie „nowego średniowiecza”. Ustąpiło ono w pewnym momencie wizji „końca historii”, któremu z kolei przeciwstawiano, szczególnie po 11 września, hasło „zderzenia cywilizacji”. Dlaczego dziś znowu należy, pana zdaniem, mówić o nowym średniowieczu?

Żyjemy dziś w świecie prawdziwie wielobiegunowym. Chiny, kraje arabskie, Indie coraz bardziej zyskują na znaczeniu albo jako realne potęgi, albo jako obszary, których destabilizacja będzie miała nieodwracalne konsekwencje dla znanego nam światowego ładu. O tym, że wizja końca historii przeszła bezpowrotnie do przeszłości, świadczy fakt, że zamiast mówić o konsensusie waszyngtońskim coraz częściej mówimy dziś o konsensusie pekińskim czy modelu chińskim.

Częścią pana diagnozy o „nowym średniowieczu” jest porównanie Stanów Zjednoczonych do Bizancjum...

To porównanie ma pokazać, że Stany Zjednoczone są dziś imperium, które zmniejsza zakres swoich zobowiązań międzynarodowych, zmaga się z wewnętrznym kryzysem gospodarczym, problemami z tożsamością, wyzwaniami wieloetniczności. Musimy jednak pamiętać, że imperium bizantyjskie istniało przez cale stulecia. Sądzę, że mylą się ci, którzy twierdzą, że Ameryka zostanie po prostu zastąpiona przez Chiny. Przykład Bizancjum pokazuje, jak długo imperium ogarnięte kryzysem może wciąż pozostawać kluczowym graczem na mapie świata. Jeden hegemon nie zostanie zastąpiony przez drugiego, będziemy raczej mieli do czynienia ze współistnieniem dwóch systemów. Współpraca między nimi będzie się raczej zacieśniać, podobnie jak miało to miejsce w przeszłości, kiedy powstawały więzy handlowe pomiędzy odległymi, konkurującymi ze sobą imperiami.

Jak doszło do tego, że na geopolitycznym rynku coraz bardziej zaczęli się liczyć gracze inni niż państwa narodowe?

Słowem kluczowym przy opisie tego, w jaki sposób sprawuje się władzę w dzisiejszym świecie, jest dyplomacja. Trzeba jednak rozumieć ten termin o wiele szerzej niż zwykliśmy to czynić. Jednym ze sposobów prowadzenia dyplomacji są negocjacje między państwami, dyplomacja „publiczna” polegająca na zawieraniu umów bilateralnych. Obok niej istnieje dyplomacja „prywatno-publiczna”, która zaczyna odgrywać coraz istotniejszą rolę – jej przykładem są chociażby relacje Fundacji Billa Gatesa z niektórymi państwami afrykańskimi. Trzecim rodzajem jest dyplomacja „prywatno- prywatna”, w której korporacje tworzą międzynarodowe więzi dzięki przejęciom czy fuzjom, instytucje takie jak Clinton Global Initiative pomagają organizacjom pozarządowym uzyskiwać od korporacji fundusze na swoją działalność, a podczas szczytów Światowego Forum Ekonomicznego korporacje łączą się w grupy interesu, formują sojusze i negocjują. Te trzy formy dyplomacji współistnieją i nie można ignorować żadnej z nich, jeśli chce się zrozumieć, jak funkcjonuje polityka w dzisiejszym świecie.

Chiny mogą być dowodem na to, że w geopolitycznej grze wygrywają dziś nie ci, którzy rozumieją różnice między wymienionymi przez pana rodzajami dyplomacji, ale ci, którzy umieją je skonsolidować i zaprząc w służbę dość tradycyjnie pojętego interesu państwa.

Kupcy, korporacje, domy handlowe zawsze były istotną częścią dyplomacji i Chiny potwierdzają tę regułę na rożne sposoby. Używanie państwowych lub sprzymierzonych z państwem firm do poszerzania imperialnych wpływów sprawia, że Chiny stają się czymś na kształt neomerkantylistycznej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Specyficzne partnerstwo, czy też może w tym przypadku raczej spisek „prywatno-publiczny”, jest jednym z motorów chińskiego sukcesu i sądzę, że stanowi jeden z dowodów na słuszność mojej tezy, że we współczesnym świecie największe sukcesy będą odnosić te kraje, które mają najlepiej rozwiniętą współpracę między sektorami publicznym i prywatnym. W Stanach Zjednoczonych te sektory ciągle współzawodniczą, starają się nawzajem kontrolować i przechytrzyć zamiast wypracować jakieś formy współpracy.

Jak ocenia pan relacje między sektorami prywatnym i publicznym w Europie? Kryzys ekonomiczny wywołał tu swoistą „renacjonalizację” w wielu sferach.

Nie sądzę, aby to, co się dzieje w Europie, można było rozpatrywać wyłącznie jako powrót do wąsko rozumianych interesów narodowych. Nie oznacza to oczywiście, że one zniknęły. Chcę jedynie powiedzieć, że w czasach prosperity społeczeństwa mają tendencję do przykładania mniejszej wagi do suwerenności narodowej. Projekt europejski będzie jednak kontynuowany – kolejne kraje będą wchodzić do strefy euro i do samej Unii. Powrót do jakiejś formy nacjonalizmu jest zaledwie jedną z form budowania tożsamości i nie unieważnia innych form. Za każdym razem, gdy ktoś mówi o „polityce tożsamości”, Europejczycy i Amerykanie zaraz myślą o nacjonalizmie, ale dla mnie naród jest wyłącznie jedną z podstaw tożsamości, obok chociażby religii, technologii, solidarności pokoleniowej czy wspólnych problemów, takich jak bieda czy zmiany klimatyczne. Wszystkie te formy tożsamości znajdują wyraz w dyplomacji.

Pytanie, na ile skutecznie? W czasie kryzysu ekonomicznego społeczeństwa oczekiwały działania od rządów narodowych. Również dlatego że mają większe możliwości wywierania na nie nacisku niż w przypadku fundacji czy korporacji.

Oczywiście to do pewnego stopnia prawda. Jednakże zakładanie, że państwo narodowe ponownie zdominuje światową politykę, ponieważ trzy czy cztery kraje spośród dwustu stworzyły publiczne plany ratunkowe, uważam za przesadzone. Warto pamiętać, że niektóre plany ratunkowe zakładały znaczące nakłady ze strony partnerów prywatnych. Co więcej, niektóre obligacje korporacyjne są dziś chętniej kupowane i obarczone mniejszym ryzykiem niż obligacje emitowane przez rządy.

Wspomniał pan, że naród nie jest dziś jedyną podstawą tworzenia tożsamości. Czy nowi gracze na geopolitycznym rynku – organizacje pozarządowe, korporacje, inicjatywy obywatelskie – mogą skutecznie konkurować w tym zakresie z państwami narodowymi?

Kluczową sprawą jest uświadomienie sobie, że nie istnieje już społeczeństwo jako coś, co kształtuje się wyłącznie w kontekście państwa narodowego. Zamiast tego należałoby raczej mówić o poszczególnych funkcjach, takich jak bezpieczeństwo, opieka zdrowotna, edukacja. Prywatni aktorzy przyczyniają się do realizacji wszystkich tych funkcji. Fundacja Gatesa dysponuje połową budżetu Światowej Organizacji Zdrowia, jest organizacją pozarządową finansującą działanie niektórych państw w zakresie ochrony zdrowia. Niektóre spośród owych funkcji są realizowane przez „nowych Medyceuszy” – George Soros sponsoruje edukację, Richard Branson finansuje prace nad nowymi rozwiązaniami mającymi przeciwdziałać zmianom klimatycznym, Bill Gates sponsoruje innowacje w zakresie ochrony zdrowia. Przykłady można mnożyć. „Nowi Medyceusze” współtworzą dobra publiczne, chociaż nie są częścią państwa.

Taka sytuacja może być na rękę państwom narodowym, umożliwiając im pozbycie się odpowiedzialności za niektóre sfery, co może być szczególnie dogodne w czasie kryzysu ekonomicznego, kiedy trzeba zacisnąć pasa i ograniczyć wydatki publiczne. Czy istnieją jednak takie funkcje, które należy bezwzględnie pozostawić w gestii państwa? Trudno, by na przykład ochrona zdrowia zależała wyłącznie od dobrej woli „nowych Medyceuszy”.

Można to rozpatrywać jako umywanie rąk, ale można na to również spojrzeć jako na swego rodzaju kontrakt, wedle którego jedna strona dostarcza pieniądze, a druga wiedzę i doświadczenie. Organizacje pozarządowe dysponują ludźmi i umiejętnościami pozwalającymi rozwiązywać rzeczywiste problemy, którymi nie jest w stanie należycie zająć się administracja państwowa, z konieczności ograniczona. Oczywiście outsourcing wiąże się z ryzykiem, ale kontrakt może przyjmować bardzo rożne formy. Niezbędny jest nadzór nad tym, by wszystkie jego warunki były wypełniane, ale przypadki zbyt daleko posuniętej prywatyzacji usług publicznych nie są argumentem przeciwko partnerstwu publiczno-prywatnemu jako takiemu.

Rysuje pan jednak obraz świata ogarnianego przez chaos i niepewność – państwa narodowe utraciły dawne znaczenie, społeczeństwa rozpadły się na szereg funkcji, nowa chińska potęga nie kwapi się do odgrywania roli hegemona. Czy w opisywanym przez pana nowym średniowieczu można odnaleźć jakąś zasadę porządkującą?

Jestem wielkim zwolennikiem ładu światowego, który jest oparty na regionach – zarówno na tych, gdzie mamy do czynienia z wyraźnymi liderami, jak w przypadku Ameryki Południowej i Brazylii, jak i tam, gdzie brak wyraźnych ośrodków władzy i instytucji dyplomatycznych z prawdziwego zdarzenia, jak w Zatoce Perskiej czy Azji Środkowej, które potrzebowały, by pewien porządek nadały im zewnętrzne siły, na przykład Stany Zjednoczone. Wierzę, że powinniśmy budować ład oparty na samowystarczalności regionów.

Czy świat samowystarczalnych regionów nie niesie za sobą groźby izolacji, rozpadu, konfliktów?

W każdym regionie świata panuje całkowicie prawomocne pragnienie, by uwolnić się od przesadnej zależności od zewnętrznej kontroli i wpływów. Nie oznacza to jednak, że nie są one wzajemnie zależne od pozostałych części globu. Ameryka Łacińska staje się coraz bardziej samodzielna ekonomicznie, jest liczącym się eksporterem, a jednocześnie importuje liczne towary z Chin. Nie wierzę, że porządek regionalny doprowadzi do globalnej wojny pomiędzy regionami.

Jakie miałyby być instytucjonalne podstawy globalnego ładu opartego na regionach? Czy chodzi o świat, w którym rolę suwerena odgrywa kilka dużych, międzynarodowych organizacji o zasięgu regionalnym, w rodzaju Unii Europejskiej? Czy tego rodzaju instytucje są lepiej przystosowane do wyzwań współczesnego świata niż państwa narodowe i ogólnoświatowe organizacje w rodzaju ONZ?

Niektóre organizacje regionalne, jak Unia Europejska, są bardzo efektywne, jeśli chodzi o komunikację z aktorami z rożnych poziomów organizacji i wpływów, na przykład z organizacjami pozarządowymi albo firmami. Potrafią działać na poziomie niższym niż poziom poszczególnych państw, efektywnie działając w regionach takich jak Kraj Basków czy Bawaria. Jeśli chodzi o ONZ, to Rada Bezpieczeństwa nie działa sprawnie, ale na przykład Światowy Program Żywnościowy radzi sobie bardzo dobrze – wszystko zależy od agencji i realizowanych przez nią funkcji. Agencje ONZ, uczestnictwo w których jest dobrowolne, mają mniej pieniędzy, ale robią z tych ograniczonych zasobów pozyskanych od aktorów prywatnych najlepszy użytek.

Jest pan zwolennikiem negocjacji, takich jak szczyt w Davos, które prowadzą do tego rodzaju partnerstw prywatno-publicznych na skalę globalną. W przeciwieństwie jednak do krytykowanych przez pana wielkich, międzynarodowych szczytów, brak im przejrzystości i demokratycznej legitymizacji.

Na świecie istnieje wiele rodzajów odpowiedzialności, demokratyczna legitymizacja jest zaledwie jednym z nich. Tylko połowa krajów świata jest demokracjami. Co więcej, demokracja dotyczy przede wszystkim polityki państw, a na świecie odgrywa dziś istotną rolę bardzo wielu aktorów rożnych od państwa, którzy ponoszą odpowiedzialność nie wobec wyborców, ale darczyńców, akcjonariuszy, klientów.

A zatem Chińczycy mają rację, inwestując w krajach rozwijających się, na przykład w Afryce, uzyskując w zamian surowce naturalne i jednocześnie nie wymagając, żeby rządzący tymi krajami autokraci nawrócą się na demokrację?

Chiny nie mówią o prawach człowieka i demokracji, inwestując na przykład w Afryce, Ameryka o nich mówi, ale niewiele robi. Nie należy mówić w kategoriach albo Chiny, albo Ameryka; albo demokracja, albo autokratyczny kapitalizm. Amerykanom jak do tej pory nie udało się zdemokratyzować Afryki, a dla mnie od słów o wiele istotniejsze są działania. Oczywiście rozwiązanie nie polega na tym, by przyznać Chińczykom wolną rękę w Afryce, zresztą rzeczywista sytuacja na tym kontynencie wcale nie zmierza w tym kierunku. W rzeczywistości Chińczycy inwestują w lokalną infrastrukturę, negocjując z miejscowymi rządami. Nikt nie zabrania Amerykanom czy Bankowi Światowemu, aby podjęli z krajami afrykańskimi współpracę i pomogli im lepiej wykorzystać środki z chińskich inwestycji i eksportu surowców naturalnych. Mogą nakłaniać je, by przeznaczały zyski na budowę systemu lepszych zabezpieczeń społecznych, społeczeństwa obywatelskiego, programów antykorupcyjnych. Obecność Chin nie oznacza automatycznego wyparcia z Afryki Europejczyków czy Amerykanów. Największym inwestorem w Afryce nadal pozostaje Europa, która może przecież wspierać Afrykę w uczynieniu jak najlepszego użytku z chińskiego zainteresowania. To nie musi być gra o sumie zerowej, lecz obopólna wygrana.

W jednym ze swoich ostatnich tekstów odniósł pan do współczesnego świata maksymę Machiavellego, zgodnie z którą dla władcy lepiej, by się go obawiano, niż by go kochano. Stanów Zjednoczonych nikt nie kocha i budzą coraz mniejszy lęk; Unia Europejska jest kochana, lecz nikt się jej nie obawia; mało kto kocha Chiny, za to wszyscy się ich obawiają. Kto dziś, w dobie nowego średniowiecza, wygrywa na geopolitycznym rynku?

Wygranych jest wielu. Słabnięcie Ameryki nie oznacza automatycznej wygranej Chin. Rynek geopolityczny staje się w coraz większym stopniu wielobiegunowy i, by tak rzec, „wielocywilizacyjny”. Nie interesują mnie diagnozy prowadzone w myśl logiki „wygrał/przegrał”. Maksyma Machiavellego opisuje stosunki w dzisiejszym świecie jedynie w zakresie prochu i jedwabiu, postrzeganej globalnie siły militarnej i handlowej. Rzeczywisty obraz będzie się jednak coraz bardziej komplikował. W tej chwili Chiny są na fali wznoszącej, ale już widać, że spotyka się to z obawami w Azji, chociażby ze strony Japonii. Rosnąca potęga Chin nieuchronnie wywoła reakcję i dostosowanie się do nowej sytuacji. W Afryce Chiny były początkowo witane z otwartymi ramionami, dziś niektóre afrykańskie rządy obawiają się, że wpływy Pekinu są zbyt duże i starają się je równoważyć. Nie będzie zatem nowego, ustalonego porządku. Walka o władzę w dzisiejszym świecie ma płynną dynamikę i brak w niej jasno określonego, zdecydowanego zwycięzcy.

Czy ta sytuacja sprzyja krajom należącym do niedawna do „drugiego świata”? Czy na chaosie zyskują raczej mniejsi gracze?

Małe kraje będą zapewne ściślej ze sobą współpracować i zacieśnią się więzy regionalne, równoważąc do pewnego stopnia wielkie potęgi. Najlepszym potwierdzeniem tej tendencji jest dziś Afryka. Na świecie pojawił się uniwersalny trend kopiowania pewnych rozwiązań rodem z Unii Europejskiej – to z europejskiej inspiracji powstają na całym świecie rozmaite „unie”, na przykład Unia Afrykańska czy Unia Narodów Południowoamerykańskich. Oczywiście żadna z tych organizacji nie okazała się sukcesem porównywalnym z UE, ale fakt ich zaistnienia pokazuje, że kraje na całym świecie zdają sobie sprawę, iż nigdy nie będą potęgami na miarę USA czy Chin i kluczem do sukcesu jest dla nich znoszenie granic, współpraca, tworzenie wspólnych instytucji i łączenie swoich gospodarek.

Jednak w samej Europie sceptycyzm wobec Unii jest coraz większy...

Europejczycy mogą być sceptyczni wobec Unii, ale nie znam żadnych Europejczyków, którzy chcieliby, żeby Europa zaczęła przypominać Stany. Owszem, UE znajduje się w poważnym kryzysie, ale pozostaje rozwiązaniem, na które z nadzieją patrzy spora część świata. Nie znajdzie się remediów na europejskie bolączki w żadnym innym punkcie globu, ponieważ Unia jest nowatorskim, jedynym w swoim rodzaju systemem postmodernistycznym. Musi sama znaleźć lekarstwa na swoje problemy, nie może imitować rozwiązań innych krajów. Na pewno nie pomogą jej żadne recepty rodem z USA. Kłopoty, z jakimi boryka się UE, nie są dowodem na to, że projekt europejski jest chybiony, lecz dowodzą, że nawet najlepszy system nie jest wolny od problemów.

Twierdzi pan, że mniejsze kraje coraz bardziej uświadamiają sobie konieczność współpracy i podpatrują rozwiązania europejskie. Obok pragnienia regionalnego samostanowienia istnieje jednak również dążenie do samostanowienia poszczególnych państw, czego przykładem choćby samodzielna polityka Brazylii czy Turcji w kwestii irańskiego projektu nuklearnego.

To prawda, małe narody stają się coraz bardziej aktywne i samodzielne. Wraz ze wzrostem swojej siły będą oczywiście śmielej realizować swoje interesy – dla mnie to dowod na żywotność geopolitycznego rynku. Nikt już nie czeka na aprobatę Waszyngtonu, by realizować swoje cele.

A Pekinu?

Różnica polega na tym, że nikt nie oczekuje, że Pekin przejmie inicjatywę. Nikt nie ma złudzeń co do tego, że Chiny kierują się przede wszystkim własnym interesem i nie oferują żadnych globalnych rozwiązań. Nie oznacza to, że nie budują zdominowanego przez siebie systemu, robią to jednakże poziomo, a nie pionowo, raczej poprzez powiązania handlowe. Tworzony przez nich ład podkopuje zachodni, jednocześnie go nie obalając.

Czy możliwe jest współistnienie tych dwóch systemów bez wzajemnych prób obalenia? A może czeka nas nowa zimna wojna między Waszyngtonem a Pekinem, która nie będzie się toczyła jedynie między armiami czy agencjami wywiadowczymi, ale przeniesie się również do gospodarki czy prawodawstwa?

Te dwa systemy w oczywisty sposób ze sobą rywalizują. Kraje, które Stany Zjednoczone starają się obłożyć sankcjami i marginalizować na arenie międzynarodowej, cieszą się jednocześnie finansowym i militarnym wsparciem Chin. Rywalizacja jest już bardzo zaawansowana i faktycznie toczy się w bardzo rożnych sferach – dotyczy regulacji, potencjału militarnego, dostępu do zasobów naturalnych, skuteczności dyplomacji. Żadna ze stron nie jest jednakże w stanie zdobyć wyraźnej przewagi. „Moment unipolarny”, w którym na krotko udało się to Stanom Zjednoczonym, minął bezpowrotnie.

W swojej najnowszej książce twierdzi pan, że tak jak po średniowieczu nastąpił renesans, tak po nowym średniowieczu może nastąpić nowe odrodzenie. Gdzie we współczesnym świecie dostrzega pan „renesansowy” potencjał?

Jego zaczątkiem są dwie rewolucje – technologiczna i psychologiczna. Inspirują one społeczności, by realizowały własne interesy i budowały międzynarodowe koalicje mające rozwiązywać lokalne problemy. Ilość zasobów, jakie wytwarzają wszyscy aktorzy zaangażowani w globalną politykę, znacznie przekracza zasoby, którymi dysponują państwa. Będziemy musieli nauczyć się korzystać z tych zasobów, gdyż widać już ograniczenia tego, na ile państwa są w stanie radzić sobie z takimi problemami, jak globalne ubóstwo czy światowe kryzysy finansowe. Konieczne jest stworzenie takiego systemu, który będzie zawierał o wiele więcej zachęt dla sektora prywatnego i w znacznie większym stopniu korzystał z jego zasobów i innowacji. Aby zapewnić światu stabilność, musimy patrzeć poza poziom państwa narodowego i rządu. Świat musi stać się skarbnicą pełną rozproszonych i połączonych sieciami partnerstw prywatno-publicznych.


fot. http://www.newamerica.net/people/parag_khanna

Wywiad ukazał się w nr 6/2011 Miesięcznika Idei Europa Eur

Czytany 5024 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04