środa, 06 styczeń 2010 08:19

Włodzimierz Marciniak: Zapleśniała bułka historii

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
  alt Włodzimierz Marciniak   Czy rzeczywiście historia jest nauczycielką życia? Thomas Carlyle w Rewolucji francuskiej pisał, że historia jest kwintesencją plotki (distillation of rumour), a zdaniem Guy de Maupassanta historia jest fałszywą egzaltowaną staruchą (l'histoire, cette vielle dame exaltée et menteuse). Urodzony w Rosji amerykański publicysta Max Lerner zauważył, że historię zawsze piszą zwycięzcy. Natomiast Władimir Putin, który kiedyś przyznał się, że od wykładów uniwersyteckich wolał piwo, porównał niedawno historię do zapleśniałej bułki, z której każdy może wybierać według własnego życzenia rodzynki.    
Zwycięzcy najczęściej kłamią dlatego, że chcą ukryć własne grzeszki, a poprawiona przeszłość ma legitymizować ich aktualne panowanie. Oficjalną historię dynastii Romanowów rozpoczynała legenda o bohaterskim czynie Iwana Susanina. Z przyjściem każdego nowego monarchy historię przepisywano na nowo. Często ze stronic historii całkowicie znikały imiona niektórych władców. W XVIII stuleciu wspominanie, nawet w prywatnej rozmowie, Grigorija Otriepiewa, Wasilija Szujskiego, hetmana Mazepy lub Siepana Razina groziło bardzo poważnymi konsekwencjami. Nikt nie chce dzisiaj pamiętać, że car Dymitr był pierwszym moskiewskim władcą używającym tytułu imperatora i zaczął on tworzenie pierwszego uniwersytetu. Ludowe powstanie i wygnanie obcych interwentów z Moskwy o całe stulecie opóźniło konieczne reformy. Borys Godunow wymieniany był tylko w negatywnym kontekście. W czasie panowania Elżbiety Pietrowny wycofane zostały z obrotu monety z wizerunkiem małoletniego imperatora Ioanna Antonowicza, którego caryca więziła w kazamatach bez żadnego śledztwa i sądu. Przykłady, nie tylko z rosyjskiej historii, można mnożyć bez końca. Dla odmiany wydane w 1994 roku Kompendium niezbędnych wiadomości wśród władców moskiewskich wymienia nie tylko Otriepiewa i Szujskiego, ale także Władysława IV Zygmuntowicza Wazę Polskiego.
 
Niepomny tych perypetii prezydent Dmitrij Miedwiediew jest najwyraźniej przekonany, że wystarczy powołać komisję złożoną z kilku ważnych urzędników państwowych, aby raz na zawsze ustanowić historyczną prawdę. Uważa on, że w historii są „absolutnie oczywiste kwestie", na przykład: „Nie wolno nazywać agresorem tego, kto się bronił". Pewność rosyjskiego prezydenta z łatwością mógłby podważyć taki mistrz dialektyki, jak Wiaczesław Mołotow, który 1 listopada 1939 roku na sesji Rady Najwyższej dowodził, że właśnie zmienia się znaczenie takich pojęć jak „agresja" i „agresor". „Obecnie - dowodził ludowy komisarz spraw zagranicznych - to Niemcy dążą do jak najszybszego zakończenia wojny i do pokoju, natomiast Anglia i Francja, jeszcze wczoraj występujące przeciwko agresji, dzisiaj chcą kontynuować wojnę i występują przeciwko pokojowi. Role, jak widzicie, się zmieniają...". Po pokonaniu Polski to Anglia i Francja stały się agresorami, a sojusznicze Niemcy stały się miłującym pokój mocarstwem. Mołotow nie ograniczył się tylko „odwróceniem ról", ale wyśmiał także postulat prowadzenia wojny pod hasłem „walki z hitleryzmem", ponieważ „ideologii nie można zniszczyć siłą". Prowadzenie wojny w celu pokonania hitleryzmu nazwał on „bezmyślnym i zbrodniczym". W jakim więc położeniu postawiły dialektyczne figle Mołotowa Związek Sowiecki w 1939 roku - agresora, czy obrońcy hitleryzmu?
 
Kto był agresorem, a kto obrońcą - imperator Napoleon, czy imperator Aleksander? - pyta Władimir Abarinow, publicysta często piszący o historii, przed wielu laty autor książki ujawniającej okoliczności zbrodni katyńskiej. Napoleon wyzwolił Europę od zmurszałych reżimów monarchicznych, w wielu krajach wprowadził ustrój republikański, zniósł poddaństwo chłopów, wprowadził nowoczesne prawo cywilne. A czego dokonał Aleksander? We Francji i w Hiszpanii przywrócił panowanie Burbonów, a w Rosji, którą obronił przed agresją, wprowadził rządy Arakczejewa, zarządził militarną kolonizację prowincji imperium, w stosowaniu karę chłosty archaiczny knut zastąpiono modernistyczną szpicrutą.
 
Prezydenckiej komisji, która tropić ma przypadki fałszowania historii na szkodę Rosji nie będzie łatwo ustalić „absolutnie oczywiste kwestie". W tym samym czasie, gdy w Rosji ukazywały się kolejne publikacje zarzucające Polsce paktowanie z III Rzeszą przeciwko IV Międzynarodówce, tropiciele „fałszerstw na szkodę" zainteresowali się książką Gieorgija Mitrofanowa Tragedia Rosji. „Zakazane" tematy historii XX wieku. Nie jest to książka naukowa, a raczej zbiór tekstów publicystycznych o trudnych problemach historycznych w działalności kaznodziejskiej, a w istocie poświęconych gloryfikacji wszystkiego, co białe w rosyjskiej historii od Armii Ochotniczej i admirała Kołczaka, aż po Sołżenicyna i prezydenta Jelcyna. Książek takich w Rosji zawsze ukazywało się sporo, ale w tym wypadku mamy do czynienia z publikacją istotną z dwóch przynajmniej powodów. Po pierwsze, ojciec Gieorgij zajmuje dosyć wysoką pozycję w hierarchii cerkiewnej i naukowej - jest członkiem synodalnej komisji kanonizacyjnej i profesorem akademii duchownej w Sankt-Petersburgu. Po drugie, książką wywołała dosyć duży rezonans społeczny i sprowokowała poważny spór historyczny w cerkwi prawosławnej.
 
Rezonans wywołała nie cała książka, a tylko te jej fragmenty, które poświęcone są gloryfikacji generała Andrieja Własowa za jego świadomie antybolszewicki wybór. Generał Własow nie był - zdaniem ojca Gieorgija - zdrajcą, gdyż Związek Sowiecki nie był ojczyzną, a więc każdy, kto walczył z bolszewicką dyktaturą spełniał swój patriotyczny obowiązek. Na dodatek stanowisko to poparł oficjalnie synod Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Za Granicą, która formalnie zjednoczyła się z Rosyjską Cerkwią Prawosławną. Wywołało to gorący spór wewnątrz cerkwi prawosławnej, chociaż pochwała postawy generała Własowa nie jest niczym dziwnym w wąskim gronie osób interesujących się historią Rosji. Przez wiele lat na niewielkim cmentarzu cerkiewnym w pobliżu stacji metro „Sokół" w Moskwie stał skromny pomnik poświęcony pamięci żołnierzy 17 kozackiej dywizji „Waffen SS". Nikomu on nie przeszkadzał, dopóki nie wytropili go radykalni lewicowi aktywiści. Na początku lat 90. na zaproszenie patriarchy Aleksieja II wrócił do Rosji kapelan ROA, protojerej Aleksandr Kisielow. Zamieszkał on w oficjalnej rezydencji patriarchy w klasztorze Daniłowskim i aktywnie uczestniczył w życiu cerkiewnym. W dawnych czasach był przewodnikiem duchowym przyszłego patriarchy. Stanowisko Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Za Granicą nie dziwi, gdyż skupia ona zadeklarowanych rosyjskich nacjonalistów, ale postać Własowa to rzeczywiście bardzo trudny problem dla rosyjskiej świadomości historycznej i politycznej. Historyk i publicysta prawosławny Nikołaj Mitrochin, autor ciekawej książki o historii rosyjskiego nacjonalizmu w Związku Sowieckim, pisze, że Własow to Rosja. A dokładniej, Rosja prowincjonalna gotowa w sprzyjających okolicznościach chwycić za broń i walczyć ze znienawidzoną moskiewską dyktaturą. Być może przesadza, ale postać generała, wychowanego przez lata w duchu lojalności partyjnej dyktaturze i pomimo tego zdolnego do zbrojnego sprzeciwu niewątpliwie drażni i prowokuje. Przecież jeśli Własow rzeczywiście walczył w obronie ojczyzny, to Pobieda 1945 roku nie może być podstawą wiary legitymizacyjnej w Rosji dzisiejszej. Dlatego też ojciec Gieorgij przez wielu nazywany jest prawosławnym dysydentem, krytykującym bezpardonowo prawosławnych neofitów za to, że przekształcili współczesną cerkiew w przedsiębiorstwo usług pogrzebowych, z jednej strony i w organizację, która uwolni ich od ciężkiego brzemienia odpowiedzialności i wolności, z drugiej strony. „Wystraszeni ludzie postsowieccy - pisze Georgij Mitrofanow - odnajdują w niej, jak sądzą, cichą przystań, z której będzie można karnymi szeregami wyruszyć już nie w świetlaną komunistyczną przyszłość, ale do Królestwa Niebieskiego".
 

Pamiętajmy o tym, że dzisiejsza Rosja to nie tylko restaurowane pomniki Stalina i pogróżki kremlowskiej administracji pod adresem dziennikarza i dysydenta Andrieja Podrabinka, to także niezwykle uroczysty pogrzeb szczątków Aleksandra Antonowa, dowódcy antybolszewickiego powstania chłopskiego w guberni tambowskiej, stłumionego w 1921 roku przy użyciu gazów bojowych. Na wielu budynkach, w których kiedyś mieściły się obwodowe, rejonowe i miejskie urzędy WCzK-OGPU-NKWD pojawiają się skromne tabliczki upamiętniające tych, którzy tam zginęli w latach 1918-39, przy niektórych dworcach na niewielkich pomniczkach można przeczytać o tysiącach ludzi, którzy w tym miejscu w latach 1931-44 oczekiwali pod strażą na deportację. W kinach jest wyświetlany film o admirale Władimirze Kołczaku, o którym sowiecka propaganda przez siedemdziesiąt lat nie mówiła inaczej niż: „mundur angielski, pagony francuskie, tytoń japoński, rządca omski". Jeśli więc zbrojny opór przeciwko ustanowieniu bolszewickiej dyktatury był słuszny, to czy zbrojna walka z tą dyktaturą w latach późniejszych też zasługuje na pochwałę? Jeśli biali mogli korzystać w walce z bolszewikami z pomocy państw obcych, to czy generał Własow mógł korzystać z pomocy Niemiec hitlerowskich? To bardzo trudne pytania rosyjskiej historii, które skazują na niepowodzenie urzędnicze ustalanie „absolutnie oczywistych kwestii".
 
Polityka historyczna w czasie prezydentury Władimira Putina opierała się na prostej zasadzie, że dla narodu wszyscy geniusze i wszyscy zbrodniarze są jednakowo cenni. Dlatego też Putin odwiedzał Aleksandra Sołżenicyna w domu, pił z nim herbatę i rozmawiał o sensie życia, chociaż sowiecka propaganda nazywała go „literackim własowcem". Archipelag GUŁAG stanowi dziś literaturę uzupełniającą w szkolnym kursie historii, chociaż w podręczniku napisanym przez socjologa Aleksandra Filipowa można przeczytać, że Stalin był skutecznym menedżerem. Do Rosji sprowadzono zwłoki Antona Denikina i Iwana Iljina i pochowano je uroczyście przy dźwiękach melodii marsza komunistów. W symbolice państwowej herb imperialny łączy się mechanicznie z flagą republikańską. Taki sposób uprawiania polityki historycznej rzeczywiście przypomina wydłubywanie rodzynek z zapleśniałej bułki.
 
Władimir Putin, wzorem licznych swoich poprzedników również zaczął przepisywać historię na nowo. W posłaniu do Zgromadzenia Federalnego w 2005 roku rozpad Związku Sowieckiego nazwał „największą katastrofą geopolityczną wieku". Ponieważ we współczesnym rosyjskim leksykonie politycznym geopolityka oznacza raczej całościowy obraz świata, niż naukę o potędze w czasie i przestrzeni, to słowa rosyjskiego prezydenta świadczą przede wszystkim o uznaniu rozpadu Związku Sowieckiego za największą katastrofę ideologiczną wieku, co z komunistycznego punktu widzenia jest niewątpliwie uzasadnione. Fundament ideowy putinizmu stanowi utopia - przekonanie, że sowiecka przeszłość stanowi złoty wiek w historii rosyjskiej państwowości. W tym ujęciu sowiecka przeszłość nie stanowi „czarnej dziury", a Związek Sowiecki nie był „imperium zła", a wprost odwrotnie - to okres niebywałego rozkwitu i wspięcia się imperium na wyżyny dobra. Przesądza o tym heroiczna narracja historyczna o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, w której kluczową rolę odgrywa Pobieda.
 
Wszystkie dyskusje i spory na temat paktu Ribbentrop-Mołotow nieodmiennie kończą się oskarżeniem o próbę odebrania Rosjanom dobra najcenniejszego - Pobiedy. Absolutnie kluczowa rola Pobiedy dla putinowskiej polityki pamięci, a w szerszym ujęciu dla polityki tożsamości, wynika z tego, że lokuje ona Rosję w centrum historii europejskiej i w kontekście cywilizacji. Historię drugiej wojny światowej można bowiem opowiedzieć w taki sposób, że Związek Sowiecki znajdzie się w centrum światowej walki cywilizacji z barbarzyństwem, zrodzonym na dodatek w sercu kontynentu. Pobieda czyni więc Związek Sowiecki państwem europejskim, gdy tymczasem prawie wszystkie pozostałe wydarzenia historyczne wypychają państwo rosyjskie na cywilizacyjne peryferie kontynentu. Sakralizacja Pobiedy prowadzi do tego, że pamięć o wojnie staje się - według trafnego wyrażenia M. Ferretti - nieubłaganą. Wszystkie porównania Stalina i Hitlera, Związku Sowieckiego i III Rzeszy są konsekwentnie wypierane z przestrzeni publicznej, być może nie tyle z powodu złej woli establishmentu, co ze względu na niezdolność społeczeństwa do krytycznego przemyślenia historycznego doświadczenia okresu sowieckiego. Prawie cały zapał krytyczny jest kierowany natomiast przeciwko latom 90. W tym samym posłaniu prezydenckim z 2005 roku okres rządów Jelcyna został namalowany ciemnymi kolorami. Znajdziemy tam nie tylko „epidemię rozpadu" i „chasawjurtowską kapitulację", ale także zniszczenie „starych ideałów", powszechne ubóstwo, wszechobecność „ugrupowań oligarchicznych", regres gospodarczy i sparaliżowanie sfery socjalnej.
 
Nie wszystko jednak w czasach jelcynowskich było złe. Wybór demokracji Putin uznał za rozumny, gdyż przywracał on wiodącą rolę Rosji w europejskiej historii. „Rosja - mówił Putin - odegrała kluczową rolę w upadku muru berlińskiego i przezwyciężeniu podziału kontynentu. Stało się to przede wszystkim za sprawą Związku Sowieckiego, naszej rodzonej Rosji, rodzonego kraju". Związek Sowiecki jawi się więc w retoryce putinowskiej jako mityczny bohater, który w pierwszym akcie historycznego dramatu pokonuje smoka, a w drugim akcie sam siebie składa w ofierze ludzkości. Trudno jednakże nie zauważyć, że sowiecki demiurg rozwiązał dla dobra ludzkości problem, który sam uprzednio na jej szkodę stworzył i dlatego bardziej przypomina demona, złego ducha, który nagle się pojawia i równie szybko znika. W przekazie putinowskim sowieckie demony przemieniły się w pokolenie żyjące w mitycznym złotym wieku, a zbrodnie komunistycznego totalitaryzmu zasłonił spiżowy pomnik Pobiedy.
 
Celem putinowskiej polityki historycznej jest przekształcenie w świadomości ludzkiej sowieckiego totalitaryzmu w sowiecką cywilizację, a jedynym środkiem prowadzącym do zrealizowania tego zamiaru jest sakralizacja Pobiedy. Gleb Pawłowski w krótkim artykule „Źle z pamięcią - źle z polityką", opublikowanym w grudniu 2008 roku na łamach internetowego Russkogo żurnała, krytykował rosyjską historiografię za jej niezdolność przejścia od demaskowania stalinizmu do oświeconej debaty na temat „losów ludzi, instytucji i okoliczności". Stowarzyszeniu „Memoriał" zarzucił brak programu studiów nad „sowieckim dziedzictwem cywilizacyjnym, a nie tylko totalitarnym". Nawet pojęcie imperium używane jest w opracowaniach „Memoriału" wyłącznie jako epitet. Uczyniło to badania historyczne nieaktualnymi w sytuacji, gdy społeczeństwo realnie zaczęło „nabywać prawa dziedziczenia sowieckiego bogactwa". Te ostatnie słowa wydają się kluczowe w rosyjskich debatach o przeszłości, a także w polsko-rosyjskich sporach historycznych, ponieważ sowieckie dziedzictwo cywilizacyjne jest wielonarodowe, a nie specyficznie rosyjskie i to niezależnie od decydującej roli języka rosyjskiego.
 

Pawłowski wyraźnie wychodzi z założenia, że Rosja jest spadkobiercą prawnym Związku Sowieckiego, także w odniesieniu do przeszłości imperialnej. Innymi słowy przeszłość imperialna nie została proporcjonalnie podzielona pomiędzy sowieckimi republikami, tak jak wagony kolejowe, statki i samoloty pasażerskie, tylko w całości została przejęta przez Federację Rosyjską. Zdaje on sobie sprawę z wynikających z tego zagrożeń, gdyż sąsiedzi Rosji dążą do kryminalizacji przeszłości sowieckiej, co jest naturalną reakcją na rosyjską uzurpację historyczną. Bój polityczny w tej sferze wydaje się oczywisty, gdyż niemożność wypracowania nowych ideologii „przekształci w najbliższej przyszłości politykę pamięci w standard polityki jako takiej". „Rosja, nie posiadając własnej polityki pamięci - bije na alarm Pawłowski - stała się bezbronnym ekranem dyfamacyjnych praktyk i agresywnych fobii. Społeczeństwo rosyjskie, które nie stało się podmiotem swojej pamięci, stoi w obliczu niebezpieczeństwa, że stanie się przedmiotem cudzych projekcji i niebezpiecznych spektakli".
 
Czy jednak społeczeństwo rosyjskie nie stało się podmiotem własnej pamięci tylko za sprawą błędów pieriestrojki i antystalinizmu „Memoriału", jak chce Pawłowski, czy też może przyczyna tkwi w akceptowanej przez Pawłowskiego koncepcji dziedziczenia przez Rosję cywilizacji sowieckiej. Prezydent Putin w swoim wywodzie o upadku muru berlińskiego z 2005 roku wyraźnie mylił Związek Sowiecki z ojczystą Rosją. Siergiej Naryszkin, przewodniczący komisji do spraw przeciwdziałania próbom fałszowania historii na szkodę Rosji i zarazem szef Administracji Prezydenta, w artykule otwierającym specjalny numer zeszytów naukowych Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych (MGIMO), poświęcony rocznicy wybuchu II wojny światowej także notorycznie utożsamiał Rosję i Związek Sowiecki. Na przykład przyjęcie przez Zgromadzenie Parlamentarne OBWE rezolucji „Zjednoczenie podzielonej Europy" uznał on za agresywnie antyrosyjskie i umniejszające wkład Rosji w zwycięstwo koalicji antyhitlerowskiej. A przecież, „rola Rosji we wspólnym zwycięstwie koalicji antyhitlerowskiej była decydująca". Czyżby rola okupowanej Białorusi i Ukrainy była mniejsza?
 
O wkładzie wszystkich narodów Związku Sowieckiego we wspólne zwycięstwo zwrócili słusznie uwagę w czasie obchodów na Westerplatte prezydent Lech Kaczyński i premier Julia Tymoszenko i nie jest to problem incydentalny, tylko generalny dylemat polskiej polityki historycznej. Czy ograniczyć się tylko do polskich rewindykacji historycznych i sporów o prawne i polityczne zdefiniowanie antypolskich zbrodni sowieckich, czy też podjąć bardziej generalny spór o kształt polityki postsowieckiej, w której istotne znaczenie ma wyznaczenie granic politycznych wspólnot, w tym także rosyjskiej wspólnoty politycznej. Jeśli bowiem Pobieda była wspólna, to nie może ona legitymizować wodzowskiej pozycji Putina w Rosji, ale wtedy Białoruś i Ukraina muszą wziąć na siebie proporcjonalną część odpowiedzialności za totalitarną przeszłość. Mogą jednakże one wybrać dla siebie rolę ofiar rosyjskiego komunizmu. Wypada więc zgodzić się z Pawłowskim, że polityka pamięci tworzy standard przyszłej polityki, ale trzeba też przyznać, że uzurpowanie sobie przez Rosję wyłączności do dysponowania sowiecką przeszłością nie musi automatycznie prowadzić do odrodzenia imperium.
 
Proszę zwrócić uwagę na to, jak łatwo dyskurs imperialny w Rosji przechodzi w dyskurs nacjonalistyczny. Naryszkin twierdzi, że fałszowanie historii Rosji zubaża cywilizacyjny proces historyczny. Czyżby rusyfikacja Pobiedy w sposób uprawniony spychała np. Białoruś, Gruzję i Ukrainę na cywilizacyjne obrzeża kontynentu? Przypomnijmy sobie miejsce prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego „w szeregu" w trakcie moskiewskich obchodów rocznicy Pobiedy w 2005 roku i niespodziewany „cywilizacyjny" awans niemieckich i włoskich antyfaszystów. W cytowanym już posłaniu prezydenckim z 2005 roku Putin, charakteryzując epokę jelcynowską wspomniał o „dziesiątkach milionów naszych współobywateli i rodaków", którzy znaleźli się poza „granicami rosyjskiego terytorium". Pełne dwuznaczności uznanie obywateli innych państw za rosyjskich współobywateli służyć może do uzasadnienia ekspansji imperialnej, czego przykładem była akcja wydawania rosyjskich paszportów mieszkańcom Abchazji i Osetii Południowej. Marsze russkich w dniu 4 listopada, pogromy Czeczeńców i innych mieszkańców Kaukazu, kampanie nienawiści przeciwko Gruzinom, Estończykom, Łotyszom i Polakom, agresja przeciwko Gruzji w 2008 roku świadczą o tendencji przeciwnej - granice rosyjskiej wspólnoty politycznej zakreślane są węziej niż granice dawnego imperium, ale szerzej niż obecne granice Federacji Rosyjskiej.
 
Problem polega na tym, że kluczowa rola przeszłości sowieckiej w budowaniu współczesnej rosyjskiej tożsamości politycznej powoduje niejako automatyczne wypieranie projektu imperialnego przez projekt etniczny i to często w swoich najbardziej archaicznych formach. Większość rosyjskich publikacji na tematy historyczne, które towarzyszyły przyjazdowi Putina na Westerplatte bardzo się różniły od typowych opracowań sowieckich, pełne były nieskrywanej i egzaltowanej nienawiści do Polski i do Polaków. Po raz pierwszy od 1991 roku byliśmy świadkami tak otwarcie nacjonalistycznej kampanii propagandowej skierowanej przeciwko Polsce.
 
Tendencję do etnicznej archaizacji pamięci historycznej dobrze ilustruje telewizyjny projekt „Imię Rosja", którego zwycięzcą okazał się być książę Aleksander Newski. Można to potraktować jako próbę przejścia od polityki „nostalgii sowieckiej" do „restauracji" wartości zdecydowanie bardziej archaicznych. „Projekt pokazał - pisze w swojej analizie Lubow' Borusiak - że czasy się zmieniają, rudymenty sowieckich wartości nie są już pożądane, potrzebne i pożyteczne są inne, bardziej starodawne podstawy współczesnego państwa, przyczym fundamentalistyczne, a nie modernistyczne". W czasie realizacji projektu przeszłość sowiecka była konsekwentnie potępiana, w równym stopniu jak reformy państwa w okresie panowania Piotra Wielkiego. Z inicjatywy obecnego patriarchy Cyryla w przestrzeniu publicznej przedstawiony został projekt polityki pamięci radykalnie przeciwstawny temu, który realizował Putin. W tym nowym projekcie rolę utopijnego złotego wieku mają pełnić czasy pełnej izolacji Moskwy od cywilizacyjnego uniwersum Europy. Pamiętajmy, że w rosyjskim sporze historycznym, w którym wykuwa się standard przyszłej polityki jest miejsce nie tylko na uznanie paktu Ribbentrop- Mołotow za konieczny, chociaż niemoralny, ale także na gloryfikację generała Andrieja Własowa i na proklamowanie księcia Aleksandra Newskiego „imieniem Rosja". Spór się toczy nadal i pojawią się w nim zapewne kolejne imiona.
 
P.S. W połowie września 2009 roku FSB zapukała do drzwi profesora Michaiła Supruna, dziekana wydziału historii ojczystej na Uniwersytecie Pomorskim w Archangielsku. Postawiono mu zarzut „ujawnienia danych prywatnych" - w związku ze sporządzaną przez niego w ramach międzynarodowego grantu badawczego listą ofiar prześladowań stalinowskich w północnych łagrach. Obecnie prokuratura bada, czy profesor Suprun nie fałszuje aby historii ojczystej w swoich pracach, naruszając tym samym nowe prawo o jej ochronie...
 
Artykuł ukazał się w numerze 90 (6/2009) dwumiesięcznika Arcana alt
Czytany 9904 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 14:56