poniedziałek, 09 grudzień 2013 07:51

Władimir Abramow: Bałtyk - morze nienawiści

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

baltic_seageopolityka  doc. Władimir Abramow

To tytułowe stwierdzenie tylko na pierwszy rzut oka wygląda, jak polemiczna przesada. Tak, na poziomie oficjalnej dyplomacji przez lata przyzwyczailiśmy się słyszeć inne hasła, które w uproszczeniu sprowadzają się do powtarzania haseł w stylu „Bałtyk – morze przyjaźni i współpracy”. W tym kontekście trzeba przypomnieć, że stryczek też współpracuje z wisielcem, ale efekt danego współdziałania trudno nazwać przyjemnym dla wszystkich jego uczestników.

Jeśli chodzi o wypowiedzi dyplomatów i polityków na wszelkiego rodzaju wspólnych biesiadach, to tam brzmią utarte patetyczne frazesy, które dobrze się łączą z wódeczką i śledzikiem, już nie mówiąc o kawiorze z szampanem.

Tymczasem w rzeczywistości wśród społeczeństw państw regionu bałtyckiego istnieje gruba warstwa wrogości wobec jednego z sąsiednich narodów, a mianowicie do Rosjan. Głupio i niebezpiecznie udawać, że się tego problemu nie dostrzega. Właśnie bowiem na gruncie takich uczuć „narodowych” wyrastają na europejskiej łące dziwne kwiaty w rodzaju narodowego socjalizmu „eurointegratorów” z Trzeciej Rzeszy.

Niżej autor spróbuje w krótkim przeglądzie pokazać, że morze nienawiści, okalające brzegi Bałtyku, nie jest niestety tylko wyrazistą metaforą.

Kraje nadbałtyckie: walka z okupantem jako czynnik kształtujący państwowość

Nawet najbardziej przychylny wobec nadbałtyckich republik byłego ZSRR ekspert musi się zgodzić, że stosunek nacji tytularnych do Rosji i Rosjan ma wyraźnie negatywny charakter. Temat „radzieckiej okupacji”, która uniemożliwiła Litwie, Łotwie oraz Estonii dogonić i wyprzedzić Skanynawię i Niemcy, już ćwierć wieku służy jako filar, o który opiera się nie tylko polityka zewnętrzna wymienionych powyżej państw. Na nim jest wybudowany cały ich system społeczno-polityczny. Czyż można jeszcze gdzieś znaleźć strukturę państwową, która używając drakońskich środków krzewi „słuszny” język wśród wstrętnego potomstwa przeklętych okupantów? System dyskryminacji, wprowadzony przez urzędujące elity Estonii i Łotwy dla przedstawicieli mniejszości rosyjskiej, ma najbliższą analogię ze „świętej pamięci” reżimem apartheidu w Afryce Południowej.

Przy tym szczytem cynizmu jest fakt, że apartheid, potępiany w skali międzynarodowej, jest tolerowany w tym przypadku przez „dobrych wujaszków” z USA i Europy Zachodniej, którzy pozwalają na takie praktyki reżimom nadbałtyckim dla ostatecznego rozwiązania kwestii okupantów. Ciekawe, co by powiedzieli przedstawicele tych samych państw, gdyby Niemcom, mieszkającym w pobliżu granicy duńsko-niemieckiej czy w północnych Włoszech przypomnieli ekspansję Cesarstwa Niemieckiego czy Monarchii Austro-Węgierskiej, i na podstawie tego pozbawili ich praw politycznych? Ale to, co jest zabronione w Europie Zachodniej, dopuszczalne jest w jej wschodnej części w ramach „powrotu na łono europejskiej cywilizacji”. Nie można powiedzieć, że niechęć do Rosjan wykazują tylko „bezpaństwowe” narody wschodniego wybrzeża Bałtyku - Łotysze i Estończycy, którzy zyskali suwerenność dopiero na początku XX wieku i teraz ze względu na specyfikę rozwoju społeczno-gospodarczego ZSRR po II wojnie światowej zmuszeni są do współistnienia z liczną mniejszością rosyjskojęzyczną. Na Litwie, która jest spadkobierczynią Wielkiego Księstwa Litewskiego, na pierwszy rzut oka sytuacja powinna być znacznie spokojniejsza. W związku z tym, że etniczni Rosjanie stanowią około 6% ludności republiki, władze w Wilnie postanowiły nie stosować polityki dyskryminacji, dając prawo obywatelstwa wszystkim sobie tego życzącym. Ale mimo to 34% miejscowych Rosjan, według danych wynikających z sondażu Bałtyckiego Federalnego Uniwersytetu im. Immanuela Kanta w Kaliningradzie, ma doświadczenie wrogich reakcji na tle etnicznym. Nie trzeba zapominać i o tym, że na Litwie roszczenia finansowe wobec „okupantów” w astronomicznej kwocie $20 miliardów zostały usankcjonowane w referendum ogólnonarodowym na początku lat 90-tych.

Finlandia – nienawiść w czwartym pokoleniu

Ci, którzy tylko powierzchownie obeznani są z kwestją głębokiej niechęci Finów wobec Rosjan, często sądzą, że uczucie to jest związane wyłącznie z tak zwaną wojną zimową w latach 1939–1940. Ale sami badacze fińscy przyznają, że emocje te nabrały masowego charakteru jeszcze dwadzieścia lat przed tymi wydarzeniami w okresie kształtowania się fińskiej państwowości. Oczywiście, że wojna fińsko-radziecka i „wojna-kontynuacja” – jak elegancko nazywają Finowie udział swego państwa w II wojnie światowej po stronie hitlerowskich Niemiec – nie sprzyjały rozwojowi pozytywnych uczuć wobec Rosjan wśród fińskiego społeczeństwa.

Dziś poziom nienawiści do swoich wschodnich sąsiadów pozwala Finom świecić przykładem dla swoich współbraci na południowym wybrzeżu Zatoki Fińskiej. Finowie zgodnie utrzymują, że główną cechą Rosjan jest lenistwo i kłamstwo. Sondaże pokazują, że 60% Finów uważa wszystkich Rosjan za złodziei i bandytów, a wszystkie co do jednej Rosjanki – za prostytutki. 35% respondentów mówi, że Rosjanie są wyjątkowo nieprzyjemnym narodem. Negatywny stosunek do Rosji ma 62% Finów, co samo z siebie musi być rekordem europejskim, a może nawet i światowym. Co roku jakiś komitet rządowy czy zgromadzenie akademickie z radością informują rodaków o perspektywie szybkiego rozpadu Rosji w okresie między 2015–2025 rokiem i nieuniknionym rozszerzeniu wskutek tego terytorium Finlandii. W języku fińskim słowo „ryssȁ” (rusek) jest wyrazem obelżywym, a czasownik „ryssiȁ” – w dosłownym znaczeniu „zachowywać się po rusku” – jest synonimem zachowania się wandali.

Rosjanie zgrozą dla Szwedów

W odróżnieniu od Finlandii ze Szwecją Rosja wojowała po raz ostatni dwa stulecia temu. Ale fakt ten nie przeszkadza szwedzkim mamusiom do dziś straszyć niesfornych dzieci nie złymi smokami, ale „Rosjanami”. W języku szwedzkim nawet istneje wyraz „rysskrȁck” – zgroza przed Rosjanami. I pogląd ten podzielają nie tylko flegmatyczni obywatele królestwa. W ostatnim raporcie komisji państwowej ds. obrony mówi się otwarcie, że jedyną groźbą militarną dla państwa szwedzkiego jest Federacja Rosyjska.

Przedstawiciele mniejszości rosyjskiej odnotowują masowe przejawy „cichego rasizmu” od dyskryminacji przy poszukiwaniu pracy po wizerunek typowych Rosjan, rozpowszechniany w mediach.

„Moskale precz!”

O mocnym uczuciu niechęci wobec Rosjan, dominującym wśród znacznej części polskiego społeczeństwa, systematycznie świadczą fakty z kroniki codziennych wydarzeń: zbeszczeszczenia kolejnych pomników poległych żołnierzom armii radzieckiej, histeria wokół pewnych dat niedawnej historii itd. W przyszłym roku zaczyna się kampania wyborcza do Sejmu, Senatu oraz na urząd prezydenta. Poza tym w Polsce będą obchodzić 70. rocznicę powstania warszawskiego. Już teraz można śmiało prognozować, że prawicowi klerykałowie z PiS, mający pewne szanse znów powrócić do władzy, zorganizują w związku z tymi wydarzeniami taką pseudo-historyczną i pseudo-patriotyczną hecę, przyprawioną gęstym antyrosyjskim sosem, że niebiosa się poruszą i ziemia zadrży w posadach.

Nawet bez świadomych akcji, skierowanych na eksploatację nienawiści wobec Rosjan w celu realizacji politycznych i koniunkturalnych planów, to „miłe” uczucie jest glęboko zakorzenione w świadomości polskiego społeczeństwa. 41% Polaków wyznaje podczas sondaży, że czuje niechęć wobec Rosjan i Rosji. Liczba osób, które profesjonalnie zajmują się tak zwaną „sprawą katyńską” wynosi obecnie około 55 tys. Ta liczba jest półtora raza większa od liczby ofiar samej tragedii katyńskiej.

Ale zły osad pozostał…

W publicystyce istnieje zdanie, że dwaj główni uczestnicy dwóch wielkich wojen ubiegłego stulecia – czyli Rosjanie i Niemcy – wynieśli z przeszłości, poza wszystkim innym, uczucie wzajemnego szacunku. Muszę jednak rozczarować optymistów: rzeczywistość nie jest taka kolorowa. Liczba Niemców, którzy czują niechęć wobec Rosjan jest – jak szacują socjologowie – zbliżona do 35%. Jeszcze 40% waha się przy odpowiedzi na to pytanie. Fakt ten można zinterpretować nie jako brak opinii, ale raczej jako brak chęci jej ujawnienia.

Jedynym wyjątkiem w tym morzu nienawiści do Rosjan jest Dania. Ludności miejscowej wystarcza niechęć do najbliższych sąsiadów, z którymi łączy ich bardzo skomplikowana historia.

Wszystko jest dobrze, jak nigdy

Od razu muszę zastrzec, że w rosyjskim społeczeństwie można odnaleźć tylko śladowe informacje o negatywnym stosunku wobec Rosjan w krajach nadbałtyckich czy w Polsce. Za jakieś dwadzieścia lat problem ludzi nie posiadających obywatelstwa z powodu przynależności etnicznej, pochodów kombatantów oddziałów Waffen SS w Estonii i na Łotwie, rozstrzygnie się w sposób naturalny za pomocą wielkiego moderatora z nieuchronną kosą, i władze rosyjskie szczęśliwie stracą resztki tego zainteresowania dynamiką życia społeczno-politycznego w krajach nadbałtyckich, które od czasu do czasu dziś wykazują.

W ślad za władzą zamilkną na temat masowych, odziedziczonych po wcześniejszych pokoleniach nastrojów antyrosyjskich, rosyjska nauka i społeczeństwo. W najlepszym przypadku oczywiste przejawy rusofobii zalecać będzie się ignorować jako zjawiska pojedyncze. Niby to w każdym społeczeństwie znajdą się idioci, a w sumie wszystko jest dobrze, a nawet świetnie. Ta niedorzeczna myśl umacniana jest powoływaniem się na osobiste doskonałe stosunki autora z Niemcami, Szwedami, Łotyszami, Finami, Polakami itd. Ci, którzy mówią czy publikują takie bzdury, wolą nie zauważać jej podobieństwa do żelaznej tezy że „w NKWD czy gestapo też się trafiali przyzwoici ludzie”.

Czyja to wina i co robić?

Bałtyckie morze nienawiści, oprócz historycznych, ma również inne, bardzo aktualne, społeczne i gospodarcze przyczyny. Są to konkurencja na wewnętrznym rynku pracy między tubylcami i Rosjanami, którzy przyjechali za czasów ZSRR, różnica w tradycjach kulturowych i obyczajowych, w mentalności i systemie wartości, brak znajomości języków lokalnych. Innymi słowy, to wszystko to, co sami Rosjanie czują w stosunku do przybyszów ze słonecznych republik Azji Środkowej. I tak jak u nas, ten emocjonalny „koktajl Mołotowa” intensywnie podgrzewa się przez media i polityków.

Prawdę mówiąc, trzeba przyznać, że upadek „żelaznej kurtyny” i możliwość podróżowania po świecie, którą odzyskali mieszkańcy Rosji na początku lat 90-tych, w sposób niejednoznaczny wpłynęły na postrzeganie ich za granicą. Nasi nowobogaccy swoją nienasyconą konsumpcją i przyzwyczajaniem spoglądania z góry na innych już dawno strasznie denerwują pozostałą część rosyjskiego społeczeństwa. A to właśnie oni są wizytówką współczesnej Rosji.

Żałować można czasów ZSRR, kiedy za granicę wypuszczano tylko partyjne i rządowe delegacje oraz zespół baletowy stołecznego teatru. Współcześni turyści z Rosji w większości są przedstawicielami nowopowstającej grupy społecznej - biznesmenów średniego szczebla. Oni harują na potęgę, a potem mają potrzebę wyluzowania się. I to powoduje poczucie nieufności wobec wszystkich Rosjan. Trudno jednak wytłumaczyć każdemu mieszkańcowi państw nad Bałtykiem, że nadzwyczajna bezpośredniość oraz niski poziom wymagań kulturalnych u pewnej części naszych ziomków przysparza niemało kłopotów ich rodakom i tutaj w Rosji.

Odpowiedź na drugą część pytania – co robić? – jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Z początku wszyscy powinni przyznać, że taki problem istnieje i sam w żaden sposób nie zniknie. Eksperci fińscy przyznali, że by pokonać rusofobię potrzebna jest zmiana co najmniej dwóch pokoleń i świadoma walka z przesądami na tle etnicznym. Bez wspólnych działań morze nienawiści nie wyschnie.

Autor artykułu: docent katedry politologii i socjologii Bałtyckiego Uniwersytetu Federalnego im. Immanuela Kanta w Kaliningradzie. Władimir Abramow specjalnie dla «NewsBalt».

Czytany 5100 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04