piątek, 20 luty 2015 06:24

Witold Szirin Michałowski: Syberia – nasza niechciana ojczyzna

Oceń ten artykuł
(11 głosów)

Witold Szirin Michałowski

W Azji wielu historyków prezentuje odmienną wizję dziejów, niż ta, którą się przyjmuje w Europie. Już parę dziesiątków wieków temu cywilizacja grecko-rzymska splatała się z kulturami zrodzonymi w Mezopotamii, na południowym przedgórzu Kaukazu w dolinie Nilu i na terytorium Afryki Północnej. W podręcznikach historii trudno odnaleźć informacje że my, Polacy mamy w sobie genetyczny przekaz Sarmatów, indoirańskiego ludu który pozostawił po sobie ślady w dorzeczach Dniestru i Dniepru, w deltach Amu-darii i Syr-darii, nad Wołgą i nad Donem, w Kazachstanie i Samarze, w Ałtaju, na Uralu i w południowej Syberii. Prowadzili zarówno osiadły, jak i koczowniczy tryb życia. Wędrując przez Wielki Step wzdłuż brzegów Morza Kaspijskiego, Sarmaci dotarli nad Wisłę, gdzie zasymilowali się ze Słowianami.

Issa Adger-Adajew, ostatni dyrektor zniszczonego przez Rosjan Muzeum Historycznego w Groznym, wspomina o Sarmatach w swojej książce „Kamienie mówią” (Warszawa 2005). Grupy nomadów, sunące z wozami, bydłem i końmi na północ wzdłuż dzisiejszego Morza Kaspijskiego, przodkowie Czeczenów – Nachowie nazwali „c' armat” – Sarmaci. Określało to koczownika „wędrującego z ogniskiem”, a także „mającego nieczystą mowę” i „żyjącego w nieładzie”. Owidiusz wspominał o „grubej” mowie koczowników i ich niestrzyżonych, włosach. Uważano ich za dzikusów, ale dzikusów nie budzących grozy i popłochu. W odróżnieniu od Awarów i Hunów, których nazwy weszły do języków sąsiadujących z nimi plemion nie tylko w słowach i przysłowiach podkreślających dominację i heroizm, ale też – przede wszystkim – zniszczenie i zagrożenie.

Starożytni Hetyci słowem „avari” określali wieże lub straż graniczną. Polskie słowo „awaria" ma pochodzić od arabskiego „avar” czyli „wada", „szkoda". Po łacinie „aversio” to wstręt, odraza, obrzydzenie, krótko: awersja. W języku litewskim – „varu” to „siła, pod przymusem", a „vartai” – to „brama”, „wrota”, skąd już blisko do staroruskich dwieri i do węgierskiego vár – „zamek”. Również angielskiego „war” – „wojna”. W języku szwedzkim „avvarja” oznacza „odparować cios”, „odeprzeć wroga”, „ochronić”, „zapobiec”. Tureckie „avariz” – to „przeszkoda”, „zawada”. Można stąd wyciągnąć wniosek, że Sarmaci pozbawieni byli agresywnej ekspansywności, co być może wynikało z ważnej roli kobiet w ich strukturze społecznej; kobiety były szamankami, brały też udział w wyprawach wojennych i polowaniach. Zapewne wpływały również na utrzymanie pewnej „sprawiedliwości” czy „rycerskości” swych współbraci. Odróżniało to Sarmatów zarówno od Scytów, jak i od większości plemion indoeuropejskich. Co nie znaczy, że nie byli ludem wojowniczym – słynęli z waleczności, a do walk zaprawiani byli od dzieciństwa. W starożytności uważano Sarmatów za potomków Scytów i Amazonek. Może to dzięki udziałowi kobiet w życiu społecznym nie tylko walczyli, ale też łatwo wchodzili w pokojowe związki z innymi plemionami i byli otwarci na inne kultury. W ich języku widoczne były wpływy irańskie, nachskie, adygejskie i turkskie.

O pochodzeniu polskiej szlachty od „starożytnego ludu z kraju Partów” pisał już Wincenty Kadłubek. W kulturze polskiej dziedzictwo po Sarmatach widać chociażby w wielkim umiłowaniu wolności, męstwie i dobroduszności. Amerykański antropolog Scott Littleton udowodnił powiązania legend arturiańskich – do których należy ta o Rycerzach Okrągłego Stołu – z eposami sarmackimi. W XIX wieku opowieści o pansłowiańskim braterstwie różnych, obcych sobie mentalnie i historycznie, ludów środkowo-wschodniej i południowej Europy inspirowała carska Ochrana. Trudno na serio traktować baśń o trzech braciach: Lechu, Rusie i Czechu, i ich spotkaniu nad brzegiem jeziora Gopło, pod dębem, na którym biały orzeł miał gniazdo. Stąd bracia mieli rozjechać się na trzy świata strony, dając początek trzem słowiańskim narodom. Legendarny Rus był zapewne Wikingiem, Czech najprawdopodobniej Celtem, a Lech... Ugrofinem, który zachował w swoim imieniu nazwę grodu, skąd pochodzili jego przodkowie.

Gród ten istnieje do dzisiaj. Jest stolicą himalajskiego księstwa Ladak, w którym wiele górskich dolin zamieszkują szczepy ugrofińskie. Zachowały one pamięć archaicznego języka ugrofińskiego w którym słowo bałt oznacza błoto. Od niego ma pochodzić zarówno nazwa Baltistanu w Pakistanie, Morza Bałtyckiego i Balatonu, a także Bałucianki – niewielkiej wsi w Beskidzie Niskim. Nazwę Leh nosi rzeka w Bawarii, nad którą w 955 r. wojska niemieckiego cesarza Ottona I pokonały Madziarów, kładąc kres ich dalszym najazdom w głąb europejskiego kontynentu. Warto też wspomnieć, że nad Bajkałem była również kolebka Celtów – Galów. Wędrując na zachód mieli utrwalić swój ślad w nazwach rzek: Wisły i Sanu. Leżąca o 1777 km na wschód od Moskwy linia wododziałowa uralskiego grzbietu jest tylko umowną granicą pomiędzy Europą i Azją. Byliśmy od prawieków mieszkańcami Eurazji. Czy też Azjopy, jak twierdził jeden z doradców prezydenta Władimira Putina.

Po oceanie stepów od Huang-Ho do Dunaju, gnani głodem, gdy słońce wypaliło trawę i nadzieją na znalezienie zielonych pastwisk, wypierani przez silniejszych sąsiadów, ciągnęli na zachód z podnóży Ałtaju i tybetańskich płaskowyżów Hunowie, Goci, Awarowie, Bułgarzy, Pieczyngowie, Połowcy, Tatarzy, Scytowie, Antowie i Sarmaci. W większości Ugrofinowie, Indoirańczycy i ludy turkskie. W przekazie genetycznym mieszkańców południa Francji zachowały się ślady pobytu wojów Attyli, a w Bretanii są wioski, gdzie rodzą się dzieci z mongolskim „Chuch tolbo” – niebieskim piętnem tam, gdzie zaczyna się kręgosłup. Przybysze z głębi azjatyckich stepów oddawali cześć bogu Tengri, którego znakiem był równoramienny krzyż. Przedstawiał słońce z czterema promieniami. Takie właśnie krzyże zdobią naszyjniki („zgardy”) noszone jeszcze dziś przez kobiety na Huculszczyźnie. Awarowie (od których ma pochodzić nazwa Bawarii) na skórzanych napierśnikach nosili wizerunek równoramiennego krzyża wpisanego wkoło – znak Tengri. Dziś nazywany jest krzyżem celtyckim. W Etiopii chrześcijańscy wędrowni mnisi posługują się po dzień dzisiejszy „hawariami” – drewnianymi krzyżami wpisanymi w koło. Wśród tureckich uczonych nie jest odosobniony pogląd, że to od ich przodków wyznawcy Chrystusa zapożyczyli kult krzyża. Pierwsi chrześcijanie, rozszarpywani na arenach Rzymu, jako znak swojej wiary rysowali przecież rybę.

Śpiewana przez Chór Aleksandrowa pieśń o Wołdze – „rzece rosyjskiej", jest rodzajem manipulacji wyobraźnią historyczną. Nad tą rzeką, w przekazach starożytnych noszącą nazwę Itim, i jej dopływami, mieszkają od prawieków co najmniej 23 narody: m.in. Czuwasze, Mordwińcy, Bułgarzy, Chazarowie, Tatarzy, Baszkirzy i Kałmucy. Rosjanie należą do mniejszości.

Tataro-mongolscy wojownicy, szykując się do rajdu znad Selengi i Orchonu na zachód, mieli przytroczone do końskich juków wysuszone na mrozie i sproszkowane mięso z wołu, wsypane do odpowiednio wyprawionego żołądka tego zwierzęcia. Dalej inne menu, w łatwej do zapamiętania proporcji – jeden wół dla jednego wojownika. Taki koncentrat „dr Knorra sprzed wieków”. Sarmaci koczowali nieco bliżej. I nie mieli rozwiniętego na podobnie wysokim poziomie zaopatrzeniowego „know-how”. Gnali ze sobą stada baranów. I co wieczór jeden dawał gardła. Nie było ani czasu, ani wystarczającej ilości chrustu, by go dokładnie upiec. Łój szybko zastygał na rękach, twarzach i wąsach. W przeciwieństwie do Mongołów, Sarmaci mieli dość bujnie owłosione oblicza. Kontynuacja udziału w biesiadzie była możliwa, jeśli nastąpiło odgarnięcie owłosienia od ust. I tak zostało.

Wydany w XIX w. carski ukaz zabraniał noszenia sterczących jak wiewiórcze ogony z obu stron „polskiej" ozdoby męskiej twarzy. Wąsy były uważane za polityczną demonstrację. Na zachowanych zdjęciach widać, że nosili je moi pradziadkowie. W Kyzył, stolicy Tuwińskiej Republiki Autonomicznej, dawnym Kraju Urianchajskim, kilkaset metrów od graniastosłupa oznaczającego centrum Azji, stoją kamienne idole wykopane na stepach abakańskich i nad górnym Jenisejem. Monumentalne, grubo ciosane postacie z zakręconymi zawadiacko, „laszymi" wąsami. Kamienne ich torsy pokrywają znaki runiczne. Określane są jako Sarmaci. Szlachta Rzeczpospolitej, uważająca się za potomków Sarmatów, przyjmowała stroje, gusty kulinarne i broń za modą panującą w Isfahanie, Seraju czy Baku. Lekka, ozdobna szabla – karabela, którą każdy szlachcic nosił u boku – nazwę miała zawdzięczać leżącej niedaleko Bagdadu starożytnej Kerbeli, słynącej ze znakomitych warsztatów płatnerskich. Jedwabne pasy, w których tak się lubowali nasi przodkowie, początkowo powstawały w warsztatach tkackich Karabachu. Dopiero od końca XVIII w. tkano je na miejscu, w persjarniach. Najsławniejsze znajdowały się w Słucku. Były też w Kobyłce pod Warszawą. Z kolei kiełbasa, uważana w sklepach Nowego Jorku za typowo polski przysmak, swoją nazwę wywodzi z języka… farsi. Rozkwit Rzeczpospolitej Wielu Narodów był możliwy dzięki temu, że następcy Czingis Chana przez parę wieków skutecznie hamowali krwiożerczą zachłanność władców Moskwy na cudze ziemie.

Władcy Rosji uczynili wiele, aby zakłamać historię mongoło-tatarskiego panowania i bogactwo cywilizacji, jaka została im przekazana. Łącznie z wojennym „know-how”, systemem prawnym wzorowanym na „jasie” Czyngis Chana, systemem podatkowym, poczcie urtonowej, religijnej tolerancji i zwyczajowi noszenia jedwabnej bielizny. Choć trudno się nie zgodzić z opinią jednego z historyków, że „to właśnie Mongołom i ich wieloletnim rządom na Rusi zawdzięczamy zwichnięcie rycerskiego charakteru dumnych Waregów i wykształcenie takich cech ruskich elit, jak podejrzliwość, podstępność, okrucieństwo, wiarołomstwo, rabstwo wobec silnego i bezbrzeżnej pogardy wobec mniejszego i słabszego”.

Coraz częściej dostrzegamy znamiona schyłku epoki kulturowej dominacji zachodu cywilizacji śródziemnomorsko-atlantyckiej. Apologeci imperialnych dokonań Anglosasów i Wielkorusów muszą przyjąć do wiadomości, że języki angielski i rosyjski będą w miarę upływu dziesięcioleci ustępowały pola chińskiemu, hiszpańskiemu i językom turkskim. Tymi ostatnimi można się porozumiewać zarówno nad brzegiem Adriatyku, nad Morzem Ochockim, w Sinkiangu i kilkadziesiąt kilometrów od Moskwy.

Niestety to na glebie chrześcijańskiej Europy wyrosły totalitaryzmy, których pretorianie najbardziej krwawi i znienawidzeni nosiciele trupich czaszek i czerwonej gwiazdy na czapkach, ci z SS i NKWD, urodzili się w rodzinach chrześcijańskich. Oprawcy z Oświęcimia i Katynia w dzieciństwie nosili na piersiach święty medalik lub krzyżyk. Brak tolerancji dla ludzi innej religii, koloru skóry, obyczaju, rzadko występował w dziejach powszechnych w podobnej skali jak w Europie.

Centrum cywilizacyjne planety Ziemia na naszych oczach przemieszcza się nad brzegi Pacyfiku. Jesteśmy świadkami krachu dualistycznego systemu równowagi. Imperium radzieckie, ostatnie kolonialne imperium naszego globu rozpadło się. Nadal jednak Syberia pozostaje kolonią Rosji. Dopiero w XVIII w. watahy zbójów grasujących na wielkich rzekach północnej Azji, konkwistadorów Syberii, objęły w posiadanie królestwo mrozu i cenniejszych od złota futer. Zesłańcy, a później pensjonariusze Archipelagu Gulag, wśród których znaczący procent stanowili Polacy, zmuszeni byli rozumieć mowę katów i oprawców. Część ich potomków uległa rusyfikacji „obrusieniu” – jak dawniej mawiano na Kresach.

Syberia dawno już zasłużyła, aby wybić się na niepodległość. Jako samodzielne, demokratyczne turksko-rosyjskie państwo z własną, jakże bogatą i tragiczną historią. Że wcześniej czy później jej mieszkańcy zaczną domagać się niepodległości, zdawali sobie już sprawę rosyjscy gubernatorzy, tłumiący powstanie polskich zesłańców, w 1864 r. wzniecone w rejonie Bajkału, a także dowódcy karnych ekspedycji przeciwko basmaczom. Świadom tego był też posiadający kałmucko-żydowskie korzenie Włodzimierz Lenin, który zadecydował o utworzeniu Republiki Dalekiego Wschodu. Republikę proklamowano 6 kwietna 1920 r. Jej armia wzięła udział w operacjach wojennych przeciwko oddziałom barona Romana Maksymiliana von Ungern-Sternberga. Gdy nowe państwo zaczęło uzyskiwać międzynarodowe uznanie, zgromadzeni w Czycie przedstawiciele ludu pracującego dobrowolnie (?) poprosili władzę Rosji Radzieckiej o włączenie do wielkiej rodziny narodów radzieckich. Miało to miejsce 14 listopada 1922 r. Prośba oczywiście została uwzględniona. Moskwa – niestety – potrafiła z Syberii uczynić tylko gigantyczny, na niespotykaną w dziejach skalę, obóz koncentracyjny i eksploatować jej bogactwa naturalne w sposób niezwykle rabunkowy, zagrażający katastrofą ekologicznąna skałe globalną. A przecież Syberia mogła i powinna być drugą Kanadą. Wolna i demokratyczna będzie nią z całą pewnością. Zanim jednak to nastąpi, warto pochylić się nad repetytorium z historii.

Za dynastii Tang (618-907 n.e.) władza cesarzy chińskich sięgała po Morze Kaspijskie (Pe Hoj). Panowali nad ziemiami dzisiejszej Mongolii, Tuwy, Kazachstanu, Chakasji, Republiki Ałtaj, Tadżykistanu, Uzbekistanu, Kirgistanu i całego Dalekiego Wschodu. Dopiero pod koniec XIX w. carska Rosja weszła w posiadanie blisko połowy terytorium chińskiego. Odkąd Tataro-Mongołowie, za Czyngis Chana i jego następców, władających Chinami jako dynastia Juan (1279–1368), ucywilizowali trzymanych w karbach przez Waregów wschodnich Słowian, minęły wieki. Imperium Mongołów zintegrowało politycznie obszary leżące na południe od syberyjskiej tundry. Strategicznym jego jądrem była Syberia, obejmująca również Wielki Step, ciągnący się od brzegów Oceanu Spokojnego po Karpaty. Dla najeźdźców ze wschodu stanowił wspaniałą autostradę.

Powierzchnia Syberii, w zależności od przyjmowanej linii granic, wynosi ok. 12,7 mln km2. Słowa „sabir” i „seber” łączy się zwykle z etnonimami, określającymi plemiona Hunów. Tunguskie „sidur” oznacza „błoto”, „bagno”, „trzęsawisko”, mongolskie „sziber” lub „sziwir” – zarośla nad rzekami, buriackie zaś „sibjer” – groźnego psa, a „sabr”, „sibr” lub „subr” – szarego wilka, darzonego szczególną estymą przez ludy tureckie, Czeczenów i Etrusków. Moskwa oznacza płynący przez bagna strumień. Większość nazw syberyjskich miast i rzek ma tureckie korzenie. Omsk to „dużo śniegu", Orienburg – „miasto, które leży niżej", Orzeł – (erjoł) to „droga w górę", Tiumeń – to „nizina", a Saratow to Sar-at, czyli „żółty koń". Nazwę stolicy groźnego północnego sąsiada nadali, po jej zdobyciu, przodkowie Kazachów, sojusznicy Czyngis-chana. Po kazachsku „moskoo”, to „dużo pijanych"...

W latach 1223–1783 ziemie Rzeczypospolitej aż 93 razy były najeżdżane przez tatarskie hordy, ale prowadzono też wymianę towarów i sprzymierzano się przeciw wspólnym wrogom. Wystarczy przypomnieć udział Tatarów w bitwie grunwaldzkiej, w wojnach z Moskwą, Kozakami z Turcją. Jak doszło do powstania jednego z największych w dziejach powszechnych imperium?

Odpowiedź nie jest prosta. Syn koczownika znad Ononu zjednoczył w jeden organizm państwowy grupy nomadów rozrzucone na stepach od Huang-ho po Dunaj. Sąsiednie ludy nazwały ich Tatarami. Od plemienia zdziesiątkowanego przez Czyngis Chana. Pokonani przekazali zwycięzcom swoje imię. Paradoks historii. Ich władcę nazwano chanem nad chanami – Czyngis Chanem. Nazistowscy uczeni twierdzili, że miał płowe włosy i niebieskie oczy. Za panowania czyngizydów wojny prowadzono zorganizowanymi w samodzielne korpusy oddziałami jazdy. Jej kolumny błyskawicznie przenikały w głąb atakowanego kraju. Wcześniej emisariusze rozbudzali waśnie plemienne i religijne, podburzali do buntu feudalnych wasali. Na drodze dyplomatycznej dążono do odosobnienia przeciwnika i oderwania odeń sprzymierzeńców. Role wywiadowców pełnili członkowie karawan kupieckich Chorezmijczycy, Rusini, Połowcy. Oni to sporządzali szkice, na których nanoszono nawet i łąki, gdzie będzie pasza dla koni.

Sprawdzianem gotowości bojowej były łowy. Rozciągnięta na setki kilometrów tyraliera ruszała jednocześnie spod Ałtaju, piasków Dżungarii i stepów chingańskich. Nagonka zamykała się w kotle na rozległej równinie. Chan własnoręcznie zabijał najwspanialszego marała-jelenia. Po zakończeniu polowania ci, którzy szczególnie dobrze się spisali, otrzymywali nagrody. Jeśli zwierzyna przechytrzyła nagonkę, winnego czekała w najlepszym razie chłosta. Do udziału w zdobywaniu warownych grodów zmuszano ludność tubylczą. Obrońcy musieli więc razić swoich bliskich. Stosowano technikę oblężniczą, długo jeszcze nieznaną w Europie. Baterie katapult, miny, rakiety, granaty, trujące gazy i płyny. Pociski zapalające znane już były Mongołom w czasach pierwszych wypraw na Europę. Masowe wyrzynanie opornych wcale nie było jedyną stosowaną metodą wojny psychologicznej. Miała łamać stawiających opór.

Dowódców i żołnierzy obowiązywał bezwzględny posłuch. Nieposłusznych karano śmiercią. Za mniejsze przewinienia, niedbalstwo w utrzymaniu konia – tłuczono kijami. Grabież łupu, zanim nie został opuszczony buńczuk głównodowodzącego, kosztowała głowę. Żołnierz mongolski nie otrzymywał żołdu. Zastępowała go zdobycz. Obowiązywała zbiorowa odpowiedzialność i solidarność. Najmniejszą jednostkę stanowiła grupa jeźdźców, której za posiłek starczał jeden baran. Należeli do niej zwykłe członkowie jednej rodziny. Broń magazynowano pod opieką specjalnie do tego celu wyznaczonych urzędników. Sprowadzana z Persji, Chin, Japonii i Korei kosztowała drogo. Na własność posiadali ją tylko wojownicy najwierniejszych plemion. Oręż zaczepny stanowiły szable oraz blisko trzymetrowej długości lance z arkanami, splecionymi z jaczej i koziej wełny, przymocowanymi poniżej grotu. Służyły do ściągania przeciwnika z konia.

„Chorczi”, lekkozbrojny łucznik, dysponował dwoma łukami. Krótki, rogowy, turkiestańskiego pochodzenia, mógł być używany, gdy jeździec siedział na koniu. Drugi, przeszło dwumetrowy, chiński był sklejony z rogu, wiązu i bambusa. Używano go, gdy walczono w szyku pieszym. Znano trzy typy kołczanów. Każdy na inny rodzaj strzał. Pancerze wykonywano z nachodzących na siebie pasów twardej skóry – z bawołu bądź jaka. Gotowano ją i prażono w ogniu, a dla ochrony przed wilgocią pokrywano chińską laką. Czasem wzmacniano pancerz przez wstawienie płytek stalowych. Skórzana zbroja była wygodniejsza, bardziej elastyczna i lżejsza od zbroi metalowej. Amortyzowała też lepiej siłę uderzenia. Ciężkozbrojni – „badadżin”, mieli skórzane hełmy z wydłużonym nakarcznikiem, chroniącym szyję. W jukach, przytroczonych do siodła, wożono ekwipunek osobisty. Żelazną porcję żywności: zeschnięty na kamień ser i paski uwędzonego baraniego lub wolego mięsa, oraz igły, nici, zapasową cięciwę, wosk i pilnik do ostrzenia broni. Rolę śpiworów pełniły duże, skórzane wory – jargaki, wypełnione sianem i zapasową odzieżą. Wojownicy posiadali również sierpy do koszenia trawy, sita i miedziane kociołki. Śpiwór przydawał się także jako pływak przy przekraczaniu rzek. Każdy jeździec posiadał przepisowego kroju, wojłokową bluzę, zapinaną z boku, spodnie i wysokie buty. Na zimę dochodziła futrzana czapka z nausznikami, podwójny barani kożuch i przeciwodmrożeniowe, wojłokowe skarpety. W czasach, gdy w Europie nie każdy książę czuł potrzebę noszenia bielizny, mongolscy wojownicy mieli koszule z chińskiej jedwabnej czesunczy, materiału ciągliwego, utrudniającego – w przypadku otrzymania postrzału – przenikanie grotu w ciało. I umożliwiającego szybkie jego wyciągnięcie. Jedwab przesycano środkami odkażającymi.

Na opanowanych terenach zdobywcy prowadzili politykę szeroko pojętej tolerancji religijnej. W średniowiecznej Europie było to coś zupełnie niebywałego. Błyskawicznie organizowano administrację, wprowadzając oparty na chińskich wzorach system podatkowy i sądowniczy. Opodatkowane były nawet kury. Puszczenie w obieg drobnej, zdawkowej monety o stałym kursie sprzyjało rozwojowi handlu i rzemiosł. Zawzięcie tępiąc uważanych za zdrajców Połowców – Węgrów traktowano jako pobratymców. Nie przeszkodziło im to jednak, zaledwie w dwa dni po bitwie legnickiej, wyciąć w pień nad rzeką Sajo armię króla Węgier, gdyż wymagała tego konieczność polityczna. Do historii przeszło jednak nie lanie, jakie sprawiono niefortunnemu królowi, lecz jego słabość do napojów alkoholowych. Zostało do dzisiaj w... „pijany jak Bela”.

Wyjątkowej rangi „know-how”, którego rangę i znaczenie trudno przecenić, była organizacja poczty. System łączności obejmował całe imperium. Po bezdrożach stepów, przez góry, pustynie, syberyjską tajgę gnali konni, owinięci jedwabnymi bandażami, posłańcy z tajnym listem – „dżarą”. Ich kołpaki ozdabiały czaple pióra. Kulki haszyszu zastępowały pożywienie. Jeźdźca z czaplim piórem zatrzymać nic nie mogło i nikt tego nie miał prawa uczynić. Mongolscy władcy stosowali zasadę odpowiedzialności zbiorowej. W XIII wieku wieści znad Dunaju docierały do stolicy imperium – Chanbałyku – mniej więcej w ciągu tygodnia. Pocztą urtonową posługiwano się jeszcze na stepach po zakończeniu I wojny światowej.

Strategiczna doktryna nomadów, doprowadzona do perfekcji przez Czyngis Chana, długo święciła triumfy. Rozgramiano wojska ruskie, polskie, austriackie, węgierskie, serbskie i połowieckie. Dlaczego zdobywcy nie podbili całej Europy? Powodem zaniechania inwazji nie była śmierć następcy Czyngisa. Nie było nim też, przesłane razem z żałobnymi buńczukami, wezwanie regentki Turakiny do stawienia się na kurułtaju w Karakorum. Był nim brak danych wywiadowczych.

Wielkie imperium rozpadło się, wraz ze śmiercią założyciela, na cztery ułusy, tylko nominalnie zależne od Wielkiego Chana. W trzech zachodnich prawie zanikł język mongolski. Ich władcy przyjęli islam i zaczęli szerzyć wiarę Mahometa. Na wschodzie, podjęta w 1275 r. inwazja wysp japońskich nie powiodła się. Załadowaną na statki, blisko półmilionową armię dysponującą ówczesnymi czołgami bojowymi – słoniami, tajfuny i burze rozproszyły po oceanie. Część rozbitków mogła dotrzeć nawet na przeciwległy kraniec Pacyfiku. Archeologowie badający kulturę Inków toczą spór, czy bazaltowa płytka z Flora Vista z piktograficznym napisem i motywem słonia nie jest świadectwem pobytu Mongołów w Ameryce Południowej? Na dwa wieki przed Krzysztofem Kolumbem...

Garstka tybetańskich lamów – misjonarzy należących do zreformowanej przez Tsongkhapę sekty „żółtych czapek", zaszczepiła wśród nomadów, dla których wojna i grabież stanowiły imperatyw istnienia, nową religię, której cechami były pokojowość i brak agresji. Nawoływali do czystości, posiadali jedynie miseczkę, brzytwę, igłę i sitko, aby pijąc wodę nie połknąć przypadkiem żadnego żywego stworzenia. Wolno im było jeść tylko to, co sami użebrali. Głosili, że aby osiągnąć zbawienie, należy uwolnić się od nienawiści i żądzy – pogrążyć w nirwanie. Następne pokolenia krwiożerczych koczowników opuściły starych bogów. Zmarniały, sczezły. To nie Wielki Mur zabezpieczył Chiny przed inwazjami rabusiów ze stepu – dokonało tego rozprzestrzenienie się lamaizmu.

Antoni Wałecki z gdańszczaninem Gustavem Radde, prowadząc badania naukowe na Zabajkalu w południowej części Daurii, z trudem dotarł do kozackiego posterunku na chińskiej granicy. Tam gdzie syberyjska tajga niepostrzeżenie przechodziła w step, znajdował się wysoki, porosły bujną trawą kurhan. U jego stóp leżał liczący parę jurt, ubogi buriacki auł Deli'un Bołdok – miejsce urodzenia Czyngis Chana. Okoliczni mieszkańcy otaczali je czcią. Pięć lat po bitwie pod Legnicą w okolice te przybyli pierwsi posłowie z Europy. Wysłał ich papież Innocenty IV. Obaj franciszkanie Jan i Benedykt byli chyba naszymi rodakami.

Żyły złota, pokłady srebra, rudy żelaza i ołowiu eksploatowano na Zabajkalu już w starożytności. Karawany wielbłądów dobywaną tu rudę transportowały do Chin i Korei. Z niej wyrabiano oręż przyszłych zdobywców świata. W czasach nowożytnych górników sprowadzono z…. Górnego Śląska. Za Uralem osiedlano też obywateli Rzeczypospolitej Wielu Narodów, wziętych do niewoli w czasie licznych wojen z Moskwą. Daurię otaczała zła sława. W XIX w. wiele matek, żon i sióstr z Priwislanskiego Kraju opłakiwało najbliższych, gnijących za życia na katordze w kopalniach nerczyńskiego powiatu.

Rodzinie Nicefora Czernihowskiego, inspektora warzelni soli w Ust'-Kutsku nad Dolną Tunguską, nie powodziło się najgorzej. Sprowadził do siebie nawet z Wołynia braci i siostrę. Pokolenia lisowczyków takie dystanse nie przerażały. I żyliby może bracia Czernihowscy do późnej starości, żeby nie siostrzyczka. Na jarmarku w Kiereńsku jej gładkie liczko wpadło w oko wojewodzie ilimskiemu Ławrientijowi Obuchowowi. Wojewoda nikogo o zgodę nie musiał pytać. Jakiegoś tam czynownika, i to w dodatku niedawnego jeńca – tym bardziej. Wykradł dziewczynę i uprowadził. W Rzeczpospolitej takie rzeczy płazem nie uchodziły. Banicja i infamia czekały gwałtownika, jeśli go oczywiście wcześniej nie rozsiekały szable wezwanej na pomoc braci szlacheckiej. Tak też i stało się tym razem. Czekan Czernihowskiego roztrzaskał łeb wojewody. Tego, by car nie darował. Bracia zbierają blisko setkę kamratów i ruszają na południe. Wędrując w górę Ałdanu, dopływu Leny, pokonują przełęcze Gór Stanowych i spływając po Zeji docierają do Rzeki Czarnego Smoka – Amuru. Na ruinach Ałbazino, zrujnowanej i opuszczonej osady Daurów, przy ujściu niewielkiego strumienia założono wojenną stanicę. Nazwano ją Jaxa – od herbowego przydomka Gryf, jaki nosił jej pierwszy komendant, Czernihowski, polski szlachcic ale Rusin – „gente ruthenorum”. Stanicę otoczono wałami obronnymi, wybudowano drewniane wieże, wykopano fosy. Jej załogę stanowili głównie Łocza – Rusini, Polacy i niewielka liczba Niemców. Mieszkańcy forteczki zachowują się w sposób nieco odbiegający od panujących w tej części Azji obyczajów. Sami uprawiają ziemię.

W 1675 roku wataha pod dowództwem Michała Czernihowskiego zajmuje wschodnią część Wyżyny Mongolskiej nazywaną Bargą. To musiało wywołać zaniepokojenie w Pekinie. Tak długo wysyłano karne ekspedycje, aż starto z powierzchni ziemi zbójeckie gniazdo. Kozacy, twardy naród, nie zwykli łatwo ustępować. Rychło odbudowano ostróg i kontynuowano pierwotny proceder. I tym razem reakcja była równie zdecydowana. Nie pomogła bohaterska obrona ostatniego dowódcy forteczki, byłego najemnego oficera wojsk Rzeczpospolitej – Niemca noszącego imię Benton. Chińczycy oblegali ją aż do momentu przybycia wysłańców cara, którzy oświadczyli, że zamierzają nawiązać dobrosąsiedzkie stosunki.

Zatarg zakończył się podpisaniem traktatu, pierwszego w dziejach kontaktów dyplomatycznych pomiędzy tymi dwoma imperiami. Zawarto go 27 sierpnia 1689 r. w Nerczyńsku. List – ultimatum cesarza Kang Hi spoczywa w petersburskich archiwach. Sporządzony miał być w językach: rosyjskim. chińskim i... po polsku. Pełnomocnikami cesarza, wychowanka OO. Jezuitów, byli członkowie misji katolickiej w Pekinie, Portugalczyk Pereira, Francuz Gerbillon i Belg Verbiest. Stronę przeciwną reprezentował hrabia feldmarszałek Fiodor Gołowin. Poskramiając Buriatów na południe od Bajkału, umocnił panowanie Moskwy. I ruszył dalej na wschód.

W zniszczonej działaniami wojennymi dolinie Selengi nawet jego nieliczny, zaledwie półtysięczny oddział nie miał co jeść. Zaopatrzenie trzeba było sprowadzać aż z Jenisiejska. Mimo, że pertraktacje w Nerczyńsku były zrywane aż dziewięć razy, w końcu spryt i upór Gołowina oraz dyplomatyczne talenty zakonników dały rezultaty. Strony doszły do porozumienia. Chińczycy przestali rościć pretensje do Zabajkala i terytoriów nad Leną. Rosja zaś przyrzekła zwrócić Bargę i więcej nie odbudowywać Jaksy – Ałbazinu, a jego mieszkańców przesiedlić bardziej na północ. Nie zostało ich wielu, bo jeńców – Rosjan odesłano w głąb Chin, a Polakom pozwolono udać się tam, dokąd chcieli. Na japońskiej mapie Mandżukuo, wydanej w przeddzień II wojny światowej, figuruje nazwa Polan Szan (Polska Góra), być może jedyna pamiątka po naszych współplemieńcach sprzed wieków. Monografię Jaksy, autorstwa Stanisława Lukasa, Polaka urodzonego w Charbinie, wydał Polish Studies at Macquarie University w Sydney w Australii w 1989 r.

Kolejny traktat, w którym oba państwa zobowiązały się do wydawania zbiegów politycznych, można odnotować jako sukces dyplomacji carycy Marty Skowrońskiej, znanej jako Katarzyna I. Na Dalekim Wschodzie reprezentował ją Serb z Bośni – Sawa Łukicz Władysławowicz Raguziński, w młodości agent rosyjski w Konstantynopolu i wysłannik do papieża Klemensa XI. Za zasługi dla Piotra I otrzymał rangę tajnego radcy dworu, tytuł hrabiego Rzeczpospolitej Dubrownika (bo Dubrownik to Raguza) i trzy wsie na Ukrainie. Przez wiele lat pośredniczył w kontaktach ze Stolicą Apostolską. Pod koniec życia został mianowany ambasadorem w Chinach.

W 1727 r. prowadził pertraktacje z Chińczykami nad rzeką Buria. Po ratyfikacji Traktatu Buryńskiego hrabia buduje koło Kiachty zameczek Troickosawski, cerkiew Świętej Trójcy i komorę celną. W połowie XIX wieku jest to już małe miasteczko. Zesłany na Zabajkale za udział w Powstaniu Styczniowym członek Rządu Narodowego, Agaton Giller, którego grób znajduje się na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, jest autorem „Opisania zabajkalskiej krainy w Syberii”, które ukazało się w Lipsku w 1867 r. Wspomina w nim: „Troickosawską szosą długą na dwie i pół wiorsty dojeżdża się do Kiachty. Szosa prowadzona jest doliną strumienia, latem ledwo sączącego się po piaskach, a zimą służącego mieszkańcom do szklichtady. Bardzo rzadko padają tu śniegi, a pomimo ostrych mrozów góry prawie zawsze są nagie i gdyby nie ów strumień, którego woda zimą wydobywa się spod lodu i szeroko zamarza, Kiachtyńcy nie znaliby przyjemności samej jazdy. Miasto posiada kupiecką swobodę Kiachtę i wieś Uść-Kiachtę; ludność ogólna wynosi 7853 osób. Było wśród niej kilkudziesięciu Polaków. Z Powstania Listopadowego, okresu Wiosny Ludów. Wcieleni do syberyjskich batalionów, musieli służyć w wojsku przez 25 lat. Jak się który nie buntował, potulnie znosił plagi, bicie po twarzy i wymysły wiecznie pijanych panów oficerów, to dosługiwał się nawet i medalu św. Anny oraz pozwolenia na ożenek. Dzieci wychowywać jednak musiał w wierze prawosławnej.”

Wojna krymska (1853–1856), w czasie której flota rosyjska walczyła z eskadrą angielsko-francuską także na wodach Dalekiego Wschodu, spowodowała konieczność szybkiego zaopatrywania okrętów stacjonujących na Morzu Ochockim i w portach Kamczatki. Droga morska z Europy dookoła Afryki i Azji była zamknięta. Przewóz lądem, przez Jakucję i Ochock, zabierał dużo czasu. Generał-gubernator wschodniej Syberii, Mikołaj Murawjow, zwany „Amurskim”, pijak, okrutnik i despota, a przy tym człowiek o wyjątkowej ambicji i nie byle jakiej fantazji, postanowił uczynić Amur dostępnym dla rosyjskich statków. Zwykł powtarzać: „Nad Syberią panuje ten, kto włada lewym brzegiem Amuru”. Stąd jego przydomek, ciekawszy niż przydomek „Wieszatiela”, jego kuzyna, który spacyfikował Powstanie Styczniowe.

Z jodłowych bierwion zbudowano pół setki barkasów i spławiono je rzeką Ingołdą do Szyłki. Złożono dostarczony w częściach lądem, kupiony w Ameryce parostatek „Amur". Dziesięć sotni kozackich ruszyło w dół rzeki. Ekspedycja dopłynęła do ujścia Amuru, gdzie istniał już założony kilka lat wcześniej Posterunek Nikołajewski. Kolejne pływające ekspedycje utrwalają dzieło M. Murawjowa. Rzeka staje się ważną arterią komunikacyjną, umożliwiającą zagospodarowywanie dalekowschodnich rubieży imperium. Chińczykom wyjaśniono, że wojska rosyjskie na brzegu Pacyfiku walczyć będą z Anglikami. Odpowiednią rolę odegrały kosztowne prezenty, jakie od cara otrzymali różni mandaryni. Znalazł się wśród nich nawet srebrny puchar z Orłem i Pogonią, który należał ongiś do króla Stanisława Augusta.

W Ajguniu, 28 maja 1858 r. zawarto kolejny traktat. Cały kraj na północ od Amuru pozostał przy Rosji. Przynależność terytorium rozciągającego się pomiędzy rzeką Ussuri i Morzem Japońskim nie została na razie określona. W tym samym roku naprzeciw Ajgunia, u ujścia rzeki Zeji, założono Błagowieszczeńsk, a nieco niżej – Chabarowsk. Co 30 wiorst wznoszono stanicę i zasiedlano ją żołnierzami kompanii karnych, pozbieranymi ze wszystkich pułków. O znalezienie towarzyszek życia dla żołnierzy zadbał sam gubernator. Ceremonie zaślubin uproszczono w daleko idący sposób. Po prostu ustawiano w jednym szeregu żołnierzy, a naprzeciw nich „oblubienice" – w znacznej części zesłane prostytutki, złodziejki i podobnego autoramentu przedstawicielki płci pięknej, które na wezwanie satrapy zgłosiły się, gotowe poślubić nieszczęsnych wojaków. Padała komenda: w lewo, zwrot i… marsz do cerkwi, gdzie pop łączył nowożeńców w szczęśliwe pary.

Wydane w Chinach, przy współpracy brytyjskich uczonych, atlasy historyczne jednoznacznie wyróżniają kolorami krainy, którymi władali cesarze Państwa Środka do czasów rosyjskich podbojów i które utracono na skutek zawarcia „nierównoprawnych traktatów”. Godny przeanalizowania jest miedzioryt mapy „Imperii Russici sive Moskoviae de Witta” z 1760 r. Analiza gdzie?

Dopiero w 1860 r. carskie wojska weszły do Primorskiego Kraju nad Ussuri, w 1881 zajęły Wschodni Kazachstan, w 1898 – Półwysep Kwantung, a w 1911 – Kraj Urianchajski. Przez tysiące lat chińskie nazwy nosiły miejscowości, góry i rzeki znajdujące się na brzegach Morza Kaspijskiego znanego w Państwie Środka jako Pe-Choi.

Buriaci święcie wierzyli, że raj ziemski i kolebka rodu ludzkiego były nad Amurem, a od mongolskich władców mieli pochodzić wszyscy monarchowie świata. „Biały" moskiewski car również. Dla nich był „kość z kości chanów i następcą w prostej linii od nich idącym”. Ucisk, zdzierstwa i bezprawie jego urzędników znosili ze stoickim spokojem wiedząc, że w Chinach ich współplemieńcom dzieje się jeszcze gorzej i że kiedyś, być może, car położy temu kres. Słynnego powiedzenia Mikołaja I, że „nieprawdą jest, jakoby on rządził Rosją, bo Rosją rządzą jego czynownicy”, nie znali na pewno.

Rosja jest nadal krajem kolonialnym. Tak uważa większość mieszkańców Azji. Na długo przed podbojem Syberii, ekspansja na wschód, „w stronę Wielkiej Wody”, w poszukiwaniu cennych futer, była celem wypraw kupców z Nowogrodu Wielkiego. Pod koniec XVI w. Rosjanie zajęli dorzecza Obu, Jeniseju i Leny. Ścierali się z posterunkami chińskimi na brzegach Amuru. Pod koniec XVII w. kozacy atamanów Pojarkowa, Chabarowa i Semenowa zaczęli na dobre panoszyć się na ziemi niczyjej, czyli „ruskiej" i bezlitośnie łupić plemiona Daurów. Zajęta też zostaje Kamczatka, a w 1728 powstają na Alasce pierwsze placówki rosyjskie. W tym czasie Syberia liczy nieco ponad 600 tys. mieszkańców. W latach 1762–64 na ziemiach Syberii Zachodniej żyło ok. 200 tys. wyznawców prawosławia, a Syberii Wschodniej – 160 tys.

W Tobolsku, Omsku, Tomsku, Krasnojarsku, Jenisejsku, Kiachciewielkie jarmarki ożywiają wymianę towarów. Z Japonii i Chin trafiają na nie intarsjowane meble, ozdobne puzderka z laki, porcelana i herbata.

Wydawałoby się, że po zawarciu podpisaniu traktatu w Nerczyńsku, który kończył pierwszy konflikt rosyjsko-chiński (28 sierpnia 1689 r.), dalsza ekspansja Rosji w kierunku Morza Ochockiego i Sachalinu zostanie zablokowana. Jednak 170 lat później car rosyjski, wykorzystując postępujący upadek dynastii mandżurskiej, traktatem w Aiguniu (28 maja 1858 r.) wymusił oddanie mu we władanie północnego dorzecza Amuru. W 1860 r. Rosja zajęła Primorski Kraj. W 1881 r. – Wschodni Kazachstan. W 1898 r. – półwysep Kwantung, a w 1911 r. Urianchajski Kraj. Zabory te na wieki miały być utrwalone traktatami. W dziejach Chin zyskały one miano „nierównoprawnych". Rosja raz mocniej usadawiała się nad Amurem i Ussuri.

Po okultystycznych konsultacjach 17 stycznia 1891 r. rozpoczęto budowę liczącej 9332 km Wielkiej Magistrali Transsyberyjskiej, jednocześnie w paru miejscach. Tory prowadzono od Czelabińska przez Omsk, Irkuck, Czytę w kierunku wschodnim, a od Władywostoku do Chabarowska – w kierunku zachodnim. Odgałęzienie Wschodniochińskie przecina Mandżurię i ma odnogi z Harbina do Dalnyj oraz do Port Artur. Rosjanie zamierzali stworzyć konkurencję dla szlaków morskich, wiodących z portów Europy przez Kanał Sueski do Japonii i Chin, by tym samym umocnić swoje władanie nad brzegami Oceanu Spokojnego. Poddani Mikada określali Władywostok jako „pistolet wymierzony w serce Japonii”.

W XIX w. głównym realizatorem ekspansjonistycznej polityki carskiej Rosji był hrabia Siergiej Juliewicz Witte. Jego żona, spokrewniona z francuskimi Rothschildami, pomogła mu uzyskać pożyczkę w astronomicznej wysokości 3 mln rubli w złocie. Za tę kwotę zyskał „przychylność" mandaryna Li Hung Czanga – faworyta cesarzowej Cy Si oraz koncesję na budowę przez terytorium chińskie eksterytorialnej linii kolejowej. Dzieje największego kolejowego przekrętu XIX wieku uderzają analogiami do współczesnej nam budowy Gazociągu Jamalskiego przez terytorium RP.

W „połosie otczużdienija”, czyli w blisko trzydziestokilometrowej szerokości pasie, przez którego środek przechodziły tory, straż pełnili rosyjscy żołnierze w znacznej części pochodzący z zachodnich krańców Imperium.

Muzeum Diecezjalne w Płocku posiada wśród eksponatów kosztowny kielich, pochodzący z Mandżurii, zapewne ofiarowany jako wotywny dar przez kombatanta carskiej armii, który brał udział w tłumieniu Powstania Bokserów, i któremu szczęśliwie udało się powrócić w rodzinne pielesze. Kozacy generała Nikołaja Liniewicza splądrowali wówczas również Pekin, masowo mordując bezbronną ludność. Jeszcze w początkach XIX wieku za Bajkałem, w krainie bujnych traw, pokrywających łagodne stoki gór po krańce syberyjskiej tajgi, rolnictwo nie było znane. Plemiona Buriatów, Mongołów, Oroczenów od prawieków koczowały, hodując – zależnie od regionu – konie, reny, i chajnaki (mieszańce jaków). Zajmowały się łowiectwem. Dumni panowie stepów pracę na roli uważali za hańbiącą. W Dacanie nad Gęsim Jeziorem rezydował czwarty w hierarchii, po tybetańskim Dalaj Lamie i Panczen Lamie oraz mongolskim Bogdo-Gegenie, dostojnik lamaizmu. Ziemię uważano za świętą. Kopać i kaleczyć jej nie było wolno. Nawet buty noszono z zadartymi do góry czubkami, aby nie sprzeniewierzyć się tradycji.

Za pług chwycili dopiero nasi bałtyccy sąsiedzi, zesłani tu w XVIII w. Masło z mleka krowiego mieszkańcy Czyty i Ułan Ude do dziś nazywają „czuchońskim”. Pierwszą gramatykę języka buriackiego „Versuch einer buriatischen Sprachlehre” napisał Matthias Alexander Castrén – Szwed z Finlandii. Po latach Skandynawów włączono do wolnego stanu kozackiego. Tak samo, jak osiedleńców z Ukrainy, Buriatów, rosyjskich sekciarzy, no i Polaków. Tych na Zabajkalu trafiało się coraz więcej. Wzięci do niewoli konfederaci barscy, na zesłaniu poparli powstanie Jemieliana Pugaczowa (w 1774 r.) Tylko w 1839 r., do pułku, utrzymującego straż na granicy z Mongolią, w dolinie rzeki Dzidy, włączono 140 byłych żołnierzy Powstania Listopadowego. Stłumienie powstania kosztowało Rosję więcej niż odparcie napoleońskiego najazdu. Buntownicy ciężką służbą odpłacali carowi darowanie im życia.

Zesłańcy sprowadzali z Europy nasiona nieznanych tu przedtem roślin, narzędzia rolnicze, lepsze odmiany zbóż, szczepy drzew owocowych. Ziemia rodziła hojnie. Żyło się dostatnio, znacznie lepiej niż nad Wisłą, czy Niemnem. Ci, których los i wyroki carskich sądów rzuciły za Bajkał, na pogranicze Mandżurii, w większości reprezentowali poziom intelektualny znacznie wyższy niż przedstawiciele miejscowej administracji, sfer kupieckich czy wojskowych.

W Petersburgu uważano wówczas, że na Zabajkalu można otrzymać lepsze wykształcenie niż na europejskich uniwersytetach, a zesłańcy, dopóki ukaz carski im tego nie zabronił, uzyskiwali pokaźne dochody, prowadząc prywatne szkoły. Pierwszą założył profesor filozofii w słowiańsko-grecko-łacińskiej Moskiewskiej Akademii Teologicznej – Innocenty Kulczycki, biskup irkucki. Po śmierci uznano go za świętego i ogłoszono patronem Syberii.

Pochodzący z ukrainnych województw Rzeczpospolitej, szlachecki ród Kulczyckich, miał tu wielu przedstawicieli. Jeden z nich prowadził bibliotekę więzienną w Nerczyńsku. Liczyła parę tysięcy tomów. Przez lata była uważana za jedną z pierwszych i największych na Syberii. Powstała z darów przesyłanych przez rodziny zesłańców. Niektórzy z nich, po odbyciu kar, kontynuowali rozpoczęte badania naukowe, podróżowali, zbierali materiały przyrodnicze, etnograficzne. Filomata, Józef Kowalewski parokrotnie odwiedzał prowincję cesarstwa chińskiego – Mongolię. Mimo niepewnego statusu politycznego, jako autor trzytomowego słownika mongolsko-francusko-rosyjskiego, otrzymał katedrę uniwersytecką w Petersburgu. Dr Adamowi Wojciechowskiemu, twórcy pierwszego słownika rosyjsko-chińskiego, za życia postawiono pomnik w Pekinie.

Przedstawiciel kolejnego pokolenia zesłańców – Władysław Kotwicz, przyszły profesor uniwersytetu lwowskiego – odkrył na terenie Mongolii starotureckie inskrypcje. Jest znany jako autor stu kilkudziesięciu prac naukowych, cenionych przez mongolistów.
Od końca XIX w. na Syberię i Daleki Wschód nasi rodacy często udawali się już dobrowolnie, mając większe możliwości zajęcia intratnych stanowisk, rozwoju talentów, zdolności i energii, niż w ciemiężonym przez carat kraju rodzinnym. Wytyczali trasę mandżurskiej magistrali kolejowej, budowali od podstaw miasta, porty, fabryki, cukrownie. Zadomowili się, wrośli. Zakładali polskie szkoły, kluby, parafie. W każdym mieście na Syberii, w każdej większej osadzie, był „sklep warszawski”. Generał Bronisław Grąbczewski, wybitny podróżnik i badacz kultury Azji, a później ataman Kozaków astrachańskich, został naczelnikiem administracji Kolei Wschodniochińskiej. W 1896 r. był komisarzem pogranicza nadamurskiego, a nieco później komisarzem generalnym Kwantungu (Mandżuria). Jako oficer carskiej armii w młodości realizował szereg odpowiedzialnych misji w górach południowego pogranicza Rosji i na Dalekim Wschodzie. Dziś takie misje uznano by za szpiegowskie. Podobnie, jak wyprawę carskiego oficera Karola Gustawa Mannerheima, przyszłego marszałka Finlandii, który w latach 1906–1908 podróżował przez Turkiestan Wschodni do Pekinu.

Inżynier Stanisław Kierbedź był wiceprezesem zarządu Kolei Wschodniochińskiej. W 1898 r. inżynier Adam Szydłowski stał na czele ekspedycji, rozpoczynającej budowę Harbina i wytyczał zarys jego pierwszych ulic. Nad Sungari istniało już, zamieszkałe przez blisko 100 tysięcy Chińczyków, miasto Fu Dzie Dzian. Harbin wzniesiono po sąsiedzku. W błyskawicznym tempie, korzystając z taniej siły roboczej, rękami kulisów, kierowanych przez inżynierów i techników, w znacznej części Polaków, zbudowano wielkie, dziś już blisko czteromilionowe miasto. Zachował się w nim budynek Polskiego Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza. Wykładał w nim inż. Kazimierz Grochowski, ekspert i poszukiwacz złota, przyjaciel Jacka Londona i archeolog-amator jednocześnie. Uczniami tego gimnazjum byli znani później pisarze Stanisław Maria Saliński, Teodor Parnicki i Edward Kajdański. Na prezydenta Harbinu wybrano Eugeniusza Dynowskiego, naczelnego dyrektora tamtejszego „Mukomolnego Obszczestwa”. Jego córką była wybitna mongolistka, profesor Wanda Dynowska.

Naczelnym inżynierem budowy jednego z odcinków kolei chińskiej był Seweryn Wachowski, a jego zastępcą – inżynier Jugowicz. Pracami geodezyjnymi przy wytyczaniu trasy z Harbina do Port Artur kierował inżynier Włodzimierz Niklewicz, a jednym z mierniczych był Jan Hempel. Przyszły autor „Kazań polskich” i komunista, który z Dalekiego Wschodu uda się do Brazylii. Dalekowschodni epizod odnotował też Janusz Korczak.

Dla zesłańców z Europy Dauria rajem nie była na pewno. Cierpieli tu najgorsze katusze, jakie tylko człowiek może bliźniemu zgotować. Rewolucja zmiotła porządki carów, zmiotła też większość śladów bytowania zesłańców, ich męki, pracy i sukcesów. Po jej zwycięstwie Kraj Zabajkalski szybko jednak pokrył się archipelagiem gułagów. Nie stosowano w nich kary śmierci – nawet za najcięższe przewinienie. Winny musiał tylko – przykładowo – przesiedzieć przez noc w stalowej beczce po ropie naftowej. Nikomu to się nigdy nie udało. Na zewnątrz temperatura często spadała do 45 °C poniżej zera. Nieliczni już tubylcy do pracy w kopalniach się nie nadawali. Umierali zbyt szybko.

Przed wybuchem rewolucji Rosja stawała się ojczyzną dla znaczącej części kolejnego pokolenia dawnej szlachty I Rzeczpospolitej. Takich rodzin jak Wyszyńscy, Jastrzębscy, Grąbczewscy, Gzowscy, Karbowscy, Piercowscy – były dziesiątki tysięcy. Losy wojny domowej prowadziły ich często na przeciwne strony barykad. Nosicieli polskich nazwisk wśród różnego rodzaju badaczy Syberii było dużo. Ci najbardziej znani to: Jan Czerski, Mikołaj Witkowski, Aleksander Czekanowski, Benedykt Dybowski, Wiktor Godlewski, Karol Bohdanowicz, Edward Piekarski, Bronisław Piłsudski i wielu innych. Niektórzy uważają ich za Rosjan. Byli przecież mieszkańcami państwa rosyjskiego.

Od 1708 do 1764 r. Syberią rządzili gubernatorzy, rezydujący w Tobolsku. Pierwszy z nich – książę Gagarin – podejrzewany był nawet o szczególnego rodzaju sojusz z Japonią chęć oderwania się od Rosji i sojusz z Japonią, krajem w którym kultywowano tradycje rycerzy wschodu – samurajów, do końca życia wiernych suwerenowi i nieustraszonych w walce. W okresie Restauracji Meiji nastąpiło załamanie systemu wartości określanych jako szogunat Tokugawy.

Pod koniec XIX w., w okresie zwanym „Wiekiem Cesarza”, Japonia podjęła walkę ze światowymi potęgami i agresywnie prowokowała konflikty. W 1875 zawarła w Petersburgu traktat z Rosją, która uzyskała Sachalin, Kuryle zaś miały należeć do Japonii.

Wybitnym przedstawicielem stronnictwa zwolenników opanowania Wschodniej Syberii był Yasumasa Fukushima (1852–1919), późniejszy generał i twórca wojskowej tajnej policji Kampetei. Odbył on niezwykłą, półtoraroczną misję. Konno pokonał 14 tys. km z Berlina do Władywostoku. Oficjalnym celem tej podróży była kontrola postępu budowy transsyberyjskiej linii kolejowej, którą rozpoczęto w 1891 r., a ukończono po wybuchu I wojny światowej. Generał nieoficjalnie nadzorował rozbudowę siatki wywiadowczej, opartej na prostytutkach i prawosławnych duchownych. W maju 1914 roku prowadził negocjacje z rosyjskim premierem ds. Wojskowych, Władimirem Aleksandrowiczem Suchomlinowem.

W czasie wojny rosyjsko-japońskiej na Dalekim Wschodzie przebywał Józef Piłsudski, starając się pozyskać Japończyków dla idei zorganizowania legionów z wziętych do niewoli polskich żołnierzy z carskiej armii. Ważną rolę odgrywał w tych kontaktach Witold Jodko-Narkiewicz (1864–1924), który później, razem z Romanem Dmowskim, Ignacym Paderewskim i Władysławem Grabskim podpisywał Traktat Wersalski. Japończycy byli żywo zainteresowani współpracą wywiadowczą. Przekazali na nią niezbędne środki. Tylko od kwietnia 1904 r. do października 1905 r. było to 33 tysiące funtów, co stanowiło 1/3 sumy, jaką przeznaczono dla wszystkich opozycyjnych organizacji działających w carskiej Rosji. Rola Japonii znacząco wzrosła wraz z upadkiem caratu i zamieszaniem, jakie powstało na Syberii po Rewolucji Bolszewickiej. Japończycy planowali zająć cały Daleki Wschód aż po jezioro Bajkał. Wynegocjowali nawet z Chinami umowę, pozwalającą na transport wojsk przez ich terytorium. W 1918 r.ponad 70 tys. japońskich żołnierzy dołączyło do Międzynarodowego Korpusu Interwencyjnego, wysłanego na Syberię. Japońska ekspedycja etnograficzna Torii Ryuzo z Uniwersytetu Tokijskiego działała na terenach Buriacji i Jakucji, korzystając ze wsparcia i pomocy białego atamana Grigorija Siemionowa – półkrwi Buriata, szkolonego w Armii Kwantuńskiej. W oparciu o buddyzm miał odbudować nacjonalizm buriacki na tradycjach Czyngiz Chana.

W tym okresie prawie cała Syberia znalazła się w rękach admirała Aleksandra Kołczaka, obiecującego naukowca glacjologa, potomka połowieckich koczowników i tureckiego paszy chocimskiej twierdzy oraz posiadacza polskiego herbu. A. Kołczak poniósł jednak klęskę. Legiony czeskie, utworzone z byłych jeńców cesarsko-królewskie armii austrowęgierskiej, załadowawszy blisko 20 tys. wagonów zagrabionymi łupami, uwoziły je na wschód, miesiącami blokując ruch na magistrali kolejowej. Sprzymierzeńcy nie chcą nadstawiać karku w zmaganiach wojny domowej, chętnie natomiast przejmują opiekę nad podjętym z sejfów kazańskiego banku zapasem złota carskiej Rosji.

Szaleje biały i czerwony terror. Oddziały partyzanckie rosną w siłę. Zadają ciosy, nękają, przechodzą do ofensywy. Przegrupowanie sił kontrrewolucyjnych zamienia się w odwrót, odwrót w ucieczkę. Bezładną, paniczną. Przez pokrytą śnieżnym całunem, przeraźliwie pustą tajgę, wzdłuż torów kolei transsyberyjskiej. Do Irkucka, Czyty, Władywostoku. Tam może być ocalenie.

Los admirała A. Kołczaka dokonał się nad skutym lodem brzegiem Angary. 7 lutego 1920 r. Ciało wrzucono do przerębla. Miesiąc wcześniej, po zażartych walkach, kapitulowała na stacji Klukwiennaja polska V Dywizja Syberyjska, dowodzona przez Waleriana Czumę. W kampanii wrześniowej 1939 r. zostanie on bohaterskim obrońcą Warszawy. „Czuma” to po tatarsku szałas przykryty skórami i gałęziami.

Po upadku A. Kołczaka jego armia poszła w rozsypkę. Do niewoli nikt iść nie chciał. „Biali", czując, że przegrywają, usiłowali w potokach krwi utopić wzbierającą falę rewolucji. „Czerwoni" postępowali podobnie, aby stworzyć bolszewicki raj. Krainę wiecznej szczęśliwości. Wyrok historii jest znany. Przywołując pamięć dramatycznych wydarzeń, rozgrywających się na południowych krańcach Syberii, nie należy zapominać, że to gen. R. von Ungern-Sternberg – stepowy baron, pochodzący z rodu niemieckich baronów bałtyckich, jako jeden z pierwszych rzucił hasło „Azja dla Azjatów". Zapewne pamięta o tym prof. Aleksander Dugin, jeden z wpływowych rosyjskich myślicieli politycznych. Czy interesują go również psychotroniczne tajemnice Szambali?

Po zwycięstwie Armii Czerwonej, w 1920 r. z inicjatywy W. Lenina utworzono w Ułan Ude – buforową Republikę Dalekiego Wschodu. Dwa lata później włączono ją do Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Posiadała flagę, herb i wydawała nawet znaczki pocztowe. Jej pierwszym prezydentem był Aleksander Krasnoszczekow, a wiceministrem spraw zagranicznych – Juryn Dziewałtowski. On właśnie negocjował z Japończykami udostępnienie złóż ropy naftowej na Sachalinie, w zamian za rezygnację z wspierania barona M. von Ungern-Sternberga na terenie Mongolii.

W 1920 r., pod kierunkiem szefa japońskiego MSZ Uchidy Kôsai, zorganizowano akcję ratowania polskich dzieci na Syberii. W akcję zaangażowani byli: m.in. minister sił lądowych Tanaka Giichi, minister marynarki Katô Tomosaburô oraz prezes japońskiego Czerwonego Krzyża Ishiguro Tadanori. Pomoc dzieciom traktowano jako gest przyjaźni wobec II RP. Ewakuacja małych Polaków usprawiedliwiała do pewnego stopnia japońską obecność na Syberii, przydając jej wiele cech operacji humanitarnej.

Na ogromnych przestrzeniach Pomiędzy Czytą, Habarowskiem i Harbinem uratowano 390 polskich sierot. Dziennikarze „The Osaka Mainichi” ze współczuciem opisywali przybywających do Japonii małych Polaków. W ukazującym się w Tokio dwutygodniku „Echo Dalekiego Wschodu”, prezentującym na okładce starą japońską akwarelę z dziewczyną grającą na strunowym instrumencie „koto”, ukazał się tekst „Śmierć idzie” autorstwa Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego.

Prawie dokładnie 80 lat później cesarz Akihito z cesarzową Michiko odwiedzili Polskę. Na przyjęciu w rezydencji ambasadora Japonii w Warszawie monarchowie spotkali się z trójką już dziewiećdziesięcioletnich „dzieci syberyjskich".

W 1921 r. dla eksploracji zasobów syberyjskich powołano rosyjsko-japońską izbę przemysłową z udziałem Chosem Bank. Miał on swoje oddziały w Kobe i Osace. „Japonia była zainteresowana, aby na maksymalnie obszernym terytorium wschodniej Azji powstał dogodny dla niej ustrój państwowy.” – pisał generał Kōtoku Sato. W 1927 r. został opublikowany memoriał generała Shizuichiego Tanaki, zwany japońskim „Mein Kampf”. Zawierał szczegółowy plan podboju Mandżurii i Mongolii oraz walki ze Związkiem Radzieckim, jako złem komunistycznym...

W warunkach narastającego napięcia, niepokój władz ZSRR budziła obecność ludności, przybyłej z terenów kontrolowanych przez Japonię, stale zwiększającej swoją liczebność w rejonach nadgranicznych. W 1936 r. podjęto pierwszą próbę usunięcia z Dalekiego Wschodu: "byłych białogwardzistów", Koreańczyków, trockistów i zwolenników Zinowjewa, podejrzanych o kontakty z elementem szpiegowskim Japonii. Na mocy uchwały KC WKP(b) i Rady Komisarzy Ludowych ZSRR nr 1428 "w celu położenia kresu przenikania japońskiego szpiegostwa" postanowiono do końca 1937 r. wysiedlić ludność koreańską z Buriat Mongolskiej ASRR, Kraju Chabarowskiego i Nadmorskiego oraz obwodu czytyńskiego – Kazachstanu i Uzbeckiej SRR. Zamiar zrealizowano. 124 eszelonami w październiku 1937 r. wywieziono 171781 osób, z czego ponad połowa trafiła w rejon Morza Aralskiego i Jeziora Bałchasz.

W 1931 r. generał baron Shigeru Honjo apelował: „W imię egzystencji i rozwoju naszego imperium, w imię utrzymania Japonii w pozycji pierwszorzędowego mocarstwa światowego, wykorzystując kryzys światowy oraz niewykonanie przez Rosję Sowiecką planu pięcioletniego, jak też aktualną sytuację państwa chińskiego, należy koniecznie zaanektować Mandżurię, Mongolię i Syberię oraz zorganizować jedno potężne i jedyne w świecie imperium". Autor popełnił samobójstwo, gdy w 1945 r. uznano go zbrodniarzem wojennym. W latach trzydziestych i czterdziestych XX w. brak dostępu do surowców energetycznych staje się głównym czynnikiem eksplozji japońskiego militaryzmu. Szczególnie ważne było przełamanie embarga na dostawy ropy naftowej. Nie jest powszechnie wiadomym, że paliwo lotnicze dla samolotów, które zbombardowały amerykańską flotę w Pearl Harbor, wyprodukowane było w rafinerii pod Groznym.

Po zakończeniu II wojny światowej blisko pięć milionów japońskich żołnierzy i cywilów ewakuowano z kontynentalnej Azji na wyspy japońskie. Wysiedlono też rdzenie japońską ludność z Wysp Kurylskich. Klęskę przypieczętowały wyroki zapadłe przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym dla Dalekiego Wschodu (IMTFE) w dniu 3 maja 1946 r. Winnych „Lodowego Holokaustu”, w którym oprawcy posługiwali się językiem rosyjskim a straciło w nim życie około 70 mln ofiar, do dzisiaj nie osądzono. Jest godnym odnotowanią, że generał Kiyashi Kawashima, zeznał na przesłuchaniu w Chabarowsku, że w 1941 r., około 40 członków tajnej jednostki 731 zrzuciło z samolotów pojemniki ze skażonymi dżumą pchłami celem wywołania epidemii. Epidemia została wywołana, ale jej rezultaty nie były zbyt zadowalające.

Scenariusze wydarzeń, które czekają przyszłe pokolenia mieszkańców Syberii, są chyba już pisane. Nie tylko w Pekinie. Ich poznanie i analiza są niezwykle istotne, ponieważ dotyczą obszaru zawierającego 1/4 zasobów węglowodorowych naszej planety...

Fot. 1ms.net

 
Czytany 5453 razy Ostatnio zmieniany piątek, 20 luty 2015 10:12