czwartek, 17 marzec 2016 07:44

Wiesław Sztumski: Na pohybel demokracji neoliberalnej!

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

prof. dr hab. Wiesław Sztumski

Państwa demokratyczne (głównie zachodnie) przeżywają coraz częściej różne kryzysy przede wszystkim za sprawą niesprawdzania się demokracji w warunkach neoliberalizmu i globalnej walki konkurencyjnej na obecnym etapie ewolucji społecznej. Powszechnie sądzi się, że demokracja nie jest wprawdzie doskonałym ustrojem politycznym, ale najlepszym z możliwych. To nieprawda. Jeśli jest najlepszym ustrojem, to nie spośród możliwych, tylko ze znanych dotychczas.

Ludzie już nie wierzą w system demokratyczny,
bo nie dotrzymuje obietnic. Widzimy to na
przykładzie chociażby kryzysu migracji.[1]
Zygmunt Bauman

Państwa demokratyczne (głównie zachodnie) przeżywają coraz częściej różne kryzysy przede wszystkim za sprawą niesprawdzania się demokracji w warunkach neoliberalizmu i globalnej walki konkurencyjnej na obecnym etapie ewolucji społecznej. Powszechnie sądzi się, że demokracja nie jest wprawdzie doskonałym ustrojem politycznym, ale najlepszym z możliwych.

To nieprawda. Jeśli jest najlepszym ustrojem, to nie spośród możliwych, tylko ze znanych dotychczas. Powinna realizować się dzięki władzy ludu, jak to wynika z tłumaczenia greckiego słowa δῆμος. Tyle, że demos ma wiele znaczeń: obywatele; lud; społeczność wolnych obywateli, dorosłych mężczyzn, stałych mieszkańców posiadających polityczne prawo głosu; ogół pełnoprawnych obywateli (ujętych w spisach stałych mieszkańców gmin).

Mimo to, przyzwyczajono nas, by przez demos rozumieć lud, w którego skład wchodzą przeciętni obywatele, a także pospólstwo. (Wskutek tego funkcjonował taki dziwoląg językowy, jak „demokracja ludowa” – tak nazwano ustrój socjalistyczny.)

Jeśli rządzić ma tak rozumiany lud, to równie dobrze może rządzić tłum, albo plebs – wtedy demokracja staje się ochlokracją. To na razie nie grozi, chociaż pojawiają się pewne symptomy i tendencje do tego. Gorsze jest natomiast to, że coraz częściej „lud” reprezentują głupi, albo bandyci, albo jedni i drudzy na raz [2].

Czy naprawdę władzę nad ludem, społeczeństwem, albo narodem powinni sprawować tacy ludzie?

Współczesna demokracja jest dalece odległa od jej wzorca klasycznego – demokracji ateńskiej, kiedy rządzili obywatele zacni, prawi i najmądrzejsi, czyli sprawiedliwi.

Erozja demokracji

Demokracja sprawdza się dobrze, gdy jest bezpośrednia, albo w niewielkich społecznościach (organizacjach, państwach), gdzie stosunek reprezentantów władzy (rządzących) do pozostałych członków społeczności (rządzonych) jest duży.

Jej sens ulega erozji w miarę tego, jak wzrasta liczebność organizacji społecznych i ludność państwa. A to jest nieuniknione w dzisiejszym świecie, w którym populacja przekroczyła siedem miliardów i nadal rośnie. Wtedy garstka ludzi rządzi milionami. Sprawują oni władzę tak bardzo pośrednio, że trudno im jest o kontakt z masami, a realny wpływ społeczeństwa na decyzje władców jest tak znikomy, że fatycznie iluzoryczny.

Wówczas też rządzący ekstrapolują legitymizację swojego panowania w sposób nieuzasadniony: jeśli wybrało ich tylko 30% wyborców – a taka jest przeciętna frekwencja w wyborach parlamentarnych i samorządowych – to uważają, że zostali wybrani przez całe społeczeństwo i czują się w pełni upoważnieni do reprezentacji wszystkich i do samodzielnego podejmowania decyzji „w imieniu całego społeczeństwa”. Między innymi stąd bierze się buta takiej władzy i lekceważenie przez nią większości społeczeństwa.

Istota demokracji „władza w rękach ludu” przekształca się stopniowo w swoje przeciwstawieństwo „lud w rękach władzy”. Fundamentem demokracji jest poszanowanie i ochrona podstawowych wartości będących istotnymi prawami jednostek: wolności, sprawiedliwości, równości i porządku. Tymczasem coraz mniej się ich przestrzega. Stają się coraz bardziej hasłami lub zaklęciami propagandowymi funkcjonującymi w rzeczywistości pomyślanej, a nie sensorycznej.

Zamiast wolności jest zniewolenie.

Stopniowe, ale szybkie zniewalanie ludzi postępuje proporcjonalnie do wynalazków technicznych i rozwoju cywilizacji zachodniej. Doszło już do tego, że paradoksalnie w czasach neoliberalizmu pojawiło się neoniewolnictwo. Różni się ono od niewolnictwa antycznego.

Współczesne niewolnictwo nie ogranicza się tylko do jednowymiarowego zniewolenia formalnoprawnego, czyli do podziału na panów i niewolników. Ma ono więcej wymiarów, płaszczyzn i form. Nigdzie nie jest oficjalnym ustrojem społecznym, ani strukturą sankcjonowaną przez prawo. Przecież w demokratycznym świecie formalnie każdy człowiek jest wolny – przynajmniej tak mu się zdaje. A mimo to, liberalizm restytuuje niewolnictwo. Zniewala ludzi nieformalnie, pozaprawnie i skrycie, ale skutecznie i tworzy z nich faktycznych niewolników „wolnego świata".

Zniewolenie dokonuje się coraz szybciej, w skali globalnej i ogarnęło niemal wszystkie sfery życia. Zniewala się ludzi tak, żeby nie zauważyli, kiedy znaleźli się w niewoli. Wykorzystuje się wyrafinowane metody naukowe i techniki zniewalania.

Teraz nie ma ludzi wolnych, bo faktycznie każdy jest zniewolony w jakimś stopniu i aspekcie. Staliśmy się niewolnikami techniki (wskutek wyręczania się na co dzień coraz większą liczbą urządzeń i nadmiernego zawierzania nowoczesnym systemom zabezpieczającym) i sposobów zachowań narzucanych przez kodeksy etyczne, modę, kanon PR i snobistyczne naśladownictwo. Niewolnikami wulgarności i chamstwa, kłamstwa. Także niewolnikami reklamy, bezczynności, bogactwa, brzydoty, czasu zegarowego, zniszczonej przestrzeni społecznej i układów społecznych [3].

Naruszana jest również wolność słowa i wyznania – kościoły panujące i fundamentalistyczne narzucają swe religie i zwalczają, nawet fizycznie, swoich konkurentów, agnostyków i ateistów. A w związku z rosnącą falą terroryzmu (faktycznie niewypowiedzianą i pełzającą wojną światową), coraz bardziej ogranicza się wolność osobistą i prywatność ludzi, poddając ich coraz większej inwigilacji.

Coraz mniej przestrzegane są swobody obywatelskie i prawa człowieka.

Procesom postępującej koncentracji kapitału i władzy wraz z globalizacją towarzyszy wzrost centralizacji i standaryzacji, a w konsekwencji wprowadzanie nieformalnej dyktatury w ramach ustrojów demokratycznych i liberalnych. Przejawia się ona w narzucaniu kanonów mody, stylów myślenia, standardów konsumpcji, wzorów osobowych itd. za pomocą mass mediów i przemyślnych technik manipulacji społecznej.

W ustroju liberalno-demokratycznym ludzie stoją wobec dylematu: jak największa wolność czy maksymalne bezpieczeństwo? Próbują go rozstrzygać na zasadzie złotego środka: tak dalece ograniczać wolność, jak tego wymaga bezpieczeństwo. Ale do jak wysokiego poziomu zagrożenia może doprowadzić rozwój demokracji neoliberalnej oraz do jakiego stopnia można jeszcze ograniczać wolność, żeby demokracja nie przekształciła się w totalitaryzm?

Zamiast sprawiedliwości jest niesprawiedliwość.

Powszechnie odczuwa się niesprawiedliwe prawo i jego nieskuteczność. Coraz częściej wyroki sądów bywają stronnicze, podyktowane względami politycznymi, partyjnymi, ideologicznymi lub światopoglądowymi. Ściga się biednych obywateli i drobnych przestępców, a nietykalni i bezkarni są bogaci i wielcy aferzyści w myśl zasady: „ukradniesz złotówkę, jesteś złodziejem, ukradniesz miliony, jesteś sprytnym i cenionym biznesmenem i jako bandyta masz duże szanse dostać się do władz”.

Zamiast równości są pogłębiające się nierówności.

Hasło „równość wobec prawa” funkcjonuje bardziej w sferze życzeniowej. Niby konstytucje i przepisy prawne państw demokratycznych gwarantują równość wszystkim obywatelom, ale w rzeczywistości ogranicza się działanie instytucji stojących na straży konstytucji i prawa. W konsekwencji tego są obywatele „równi i równiejsi”.

Nierówność ma miejsce także w dostępie do informacji (wbrew idei społeczeństwa informatycznego), do oświaty (wbrew idei społeczeństwa wiedzy) i do dóbr (wbrew idei społeczeństwa konsumpcyjnego).

Ludzie są bardzo zróżnicowani ze względu na nierówną dystrybucję dóbr.

Różnice stanu majątkowego wciąż pogłębiają się: biedni coraz bardziej biednieją, a bogaci – bogacą się. I to coraz szybciej, tak w skali lokalnej, w poszczególnych krajach, jak i w globalnej. Średnio proporcja bogatych do biednych w poszczególnych krajach i w całym świecie wynosi 1:5. Jeden procent najbogatszych Ziemian posiada taki majątek jak 99% pozostałych, a w latach 2010–2014 ich majątek powiększył się jeszcze o 44%.

Zamiast porządku i bezpieczeństwa jest chaos i wiele poważnych zagrożeń.

Ustrój demokratyczny powinien zapewniać porządek społeczny i bezpieczeństwo wszystkim obywatelom. Uznaje się to za jedną z jego zalet. Tymczasem wskutek panoszącego się relatywizmu etycznego i przesadnej liberalizacji standardów zachowań porządek społeczny pozostawia wiele do życzenia, mimo ogromnej liczby kodeksów etycznych oraz przepisów prawnych.

Erozja porządku społecznego sprzyja zmniejszeniu stopnia bezpieczeństwa. Coraz częściej i na coraz większą skalę mają miejsce działania przestępcze oraz akty terrorystyczne, które są coraz lepiej przygotowane. Postępuje przeradzanie się przestępczości jednostkowej i lokalnej w przestępczość zbiorową i organizowaną w skali międzynarodowej – jest to jeden z negatywnych efektów globalizacji, z którą nie radzą sobie organy ścigania.

Mnożą się również akty terroryzmu, wobec których aparat państwowy poszczególnych krajów i międzynarodowe akcje prewencyjne oraz działania brygad antyterrorystycznych są całkowicie bezsilne. Powszechny i łatwy dostęp do broni przyczynia się do znacznego poczucia realnego zagrożenia i do wzrostu zabójstw.

Zbrodniarzami i terrorystami bywają nie tylko osoby wywodzące się z kręgów przestępczych, ale nawet tzw. porządni ludzie, których nikt by o to nie podejrzewał. Stają się oni często zabójcami wbrew swej woli, zmuszani groźbami lub pod wpływem narkotyków, albo wskutek „prania mózgu” przez różne organizacje polityczne, także religijne – monoteistyczne i fundamentalistyczne. Wobec tego inwigilacja obywateli i penetracja środowisk podejrzanych w celu wykrycia potencjalnych terrorystów jest nieskuteczna i nie ma sensu – stwarza tylko pozory zapewnienia bezpieczeństwa ludziom.

Doszło już do tego, że nikt nie jest nigdzie bezpieczny: ani we własnym domu, ani na zewnątrz. Na dobrą sprawę należałoby wzorem Francji w każdym państwie, a głównie w tzw. państwach zachodnich, wprowadzić stan wojenny. Tylko co to da?

Do zagrożeń ze strony różnych przestępców dochodzą jeszcze zagrożenia zwane ekologicznymi.

Nie tylko te, jakie biorą się z degradacji środowiska przyrodniczego, ale również społecznego i duchowego. O ile środowisko przyrodnicze podlega coraz lepszej ochronie i próbuje się je rewaloryzować na ile się da, to w sprawie ratowania środowiska społecznego i duchowego przed postępującą degradacją w zasadzie nic się nie robi. Raczej przeciwnie, postępuje ona bezkarnie i na coraz szerszą skalę. Ignoruje się ją tak, jakby miała mniejszy wpływ na pogorszenie kondycji człowieka. Erozja porządku społecznego rodzi niepewność i chaos, który urasta do kwestii globalnej [4].

Nieosiągalne dobro wspólne

Sądzi się, że zaletami demokracji są dobro wspólne i tolerancja. Ale czy na pewno? Dobro wspólne – całego społeczeństwa lub znacznej większości – jest praktycznie nieosiągalne w warunkach systemu kapitalistycznego, w którym funkcjonuje demokracja neoliberalna. Tylko wąskie grupy beneficjentów tego systemu i ustroju – finansjera i politycy – dbają o swoje dobro wspólne. Reszta społeczeństwa ich nie obchodzi.
Brak zainteresowania dobrem wspólnym wzrasta wraz z mnożeniem się postaw egoistycznych, które towarzyszy postępującej walce konkurencyjnej, nie tylko w sferze ekonomii.

Postawy tolerancji też zanikają – z różnych przyczyn. Do nietolerancji nawołują niektórzy politycy, ideologowie i reprezentanci kościołów z powodów subiektywnych. A obiektywną przyczyną wzrostu nietolerancji są zagrożenia wynikające z masowej migracji, jaka ostatnio ma miejsce. Tubylcy boją się o uratę miejsc pracy, pogorszenie standardu życia, zanik swojej kultury, religii i własnych obyczajów – słowem o utratę swej państwowości i tożsamości etnicznej oraz kulturowej. Te obawy nie są całkiem bezpodstawne, chociaż bywają też przesadne. Od braku tolerancji tylko krok do ksenofobii i agresji.

Do zalet demokracji zalicza się również wpływ narodu na władzę – współdecydowanie, wpływ na politykę, możliwość usunięcia złej władzy i wzrost aktywności społecznej. Formalnie naród może wpływać na władzę, współdecydować o polityce i podejmowaniu decyzji i zmieniać władców, którzy zawiedli oczekiwania. Faktycznie może w bardzo wąskim zakresie, albo wcale. Partie rządzące, zwłaszcza gdy mają większość parlamentarną, nie pozwalają na to i jeśli „z łaski” wprowadzają wnioski mniejszości pod obrady parlamentu, to z góry wiadomo, jaki będzie wynik.
Podobnie ma się rzecz z wnioskami o odwoływanie nieudolnych członków rządu. Czy zdarzyło się kiedykolwiek w naszym demokratycznym kraju, żeby odwołano jakiegoś nieudacznika senatora, posła czy radnego? A przecież jest ich wielu, nawet w Europarlamencie (tam na dodatek nie znają języków obcych, a i własnym posługują się z trudem, albo mówią od rzeczy).

Kto dostał nawet znikomą liczbę głosów i został demokratycznie wybrany do władz, funkcjonuje na prawach „świętej krowy”, chronionej immunitetami, „układami” i kolesiami partyjnymi. Nikt i nic nie jest w stanie go usunąć. Najwyżej zostanie upomniany lub dostanie naganę, co nie ma żadnego znaczenia. I dalej „działa”, i psuje państwo i jego image w oczach obywateli oraz na arenie międzynarodowej.

Prawdą jest, że rośnie aktywność społeczeństwa, ale negatywna, wtedy, gdy czuje się ono zagrożone przez władzę. Tyle, że z tej aktywności praktycznie nic nie wynika – władza ignoruje ją, bo będąc bezkarną, może sobie na to pozwolić. Dla niej ważny jest spokój, żeby jej nie przeszkadzać i by dotrwała do kolejnych wyborów.

Natomiast nikła jest aktywność pozytywna społeczeństwa skierowana na doskonalenie władzy i sytuacji w państwie. Może dlatego, że i tak głosu narodu nikt nie słucha. Władza na co dzień zajęta jest sobą (sprawowaniem urzędu, walką o egoiczne interesy, albo pozorowaniem pracy), a tylko „od święta”, zwłaszcza w okresie kampanii wyborczych, spotyka się z narodem i udaje, że wsłuchuje się w jego bolączki, rady lub propozycje.

Zresztą, w dzisiejszych czasach o losach państw, narodów i świata decydują „rządy ponadnarodowe” – krupierzy dziejów [5].

Tak więc, te zalety demokracji są pozorne i częścią iluzorycznego obrazu demokracji – swoistego opium dla ludu, któremu wydaje się, że rządzi.

Demokracja współczesna jest patologiczna

Jej antyczną formę idealną wyparły realne formy wypaczone, takie jak: demokracja pozorna (rzeczywiste mechanizmy władzy ukrywają się za parawanem instytucji demokratycznych), pseudodemokracja (większość podejmuje decyzje, ale jest zależna od charyzmatycznego przywódcy, który nią steruje) oraz demokracja fasadowa (instytucje demokratyczne stanowią parawan dla nieformalnych ośrodków władzy). Można mieć poważną wątpliwość, czy ustrój nazywany demokracją ma jeszcze cokolwiek wspólnego z nią w rzeczywistości.

Fot. takethesquare.net
Tekst został opublikowany w nr 3 (209) marzec 2016 miesięcznika „Sprawy Nauki”  

________________________________________
Czytany 3679 razy

Najnowsze od Wiesław Sztumski