środa, 15 wrzesień 2010 08:15

Walerij Lubczenko: Gdy los zależy od imienia

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

 

altWalerij Lubczenko

 

Dziewiętnaście lat temu Kijów niespodziewanie otrzymał możliwość stania się ponownie prawdziwą stolicą prawdziwego państwa. W oddali zamajaczyła szansa zakłócenia imperialnego spokoju Moskwy w zbliżającym się XXI stuleciu. By to osiągnąć ówcześni rządzący nie musieli nawet zwracać się w stronę Kremla. W momencie ogłaszania niepodległości wystarczyło tylko przywrócić Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej jej historyczne imię — Ruś.

Niestety 24 sierpnia 1991 roku w Radzie Najwyższej Ukraińskiej SRR, która ogłosiła niepodległość dzisiejszej Ukrainy, nie zasiadał bodaj żaden deputowany, który miałby jakiekolwiek pojęcia o tym, czym jest geopolityka i jak jej uprawianie może być przydatne dla młodego państwa. Co więcej, przeważająca część „wybrańców”, głosujących wtedy za wyjściem ze składu ZSRR, o istnieniu geopolityki, jako życiowo niezbędnej podstawy każdego państwa, w bliższej i dalszej przyszłości pretendującego do aktywnego funkcjonowania na arenie międzynarodowej, nawet się nie wiedziała. Zresztą, 19 lat temu żaden z ówczesnych deputowanych nie był przygotowany do utworzenia samodzielnej państwowości. Deputowani z jednej strony byli w większości członkami partii komunistycznej, z drugiej zaś –– narodowcami, członkami Ruchu Narodowego Ukrainy, który odzwierciedlał interesy ukraińskie w taki sposób, że mało kto na dzisiejszej Ukrainie jest w stanie powiedzieć o cokolwiek dobrego. Jedni byli w ogóle przeciwni ukraińskiej niepodległości, drudzy - zaś „walczyli” o oddzielne od Moskwy miejsce przy suto zastawionym stole. Lecz to właśnie oni wraz z podążającą obok „paradą niepodległości” innych państw byłego ZSRR, przekonali „czerwonych” deputowanych, że w niepodległej Ukrainie nic tym ostatnim nie grozi. Jakie wyżyny rozwoju osiągnęło stworzone w ten sposób państwo — wiedzą wszyscy Ukraińcy i nie tylko. Rozczarowanie na masową skalę, rozpacz, katastroficzna korupcja, liczba śmierci przewyższająca liczbę urodzeń i żadnej przyszłości... Oprócz powrotu w objęcia Rosji...

Jak widać na żywym przykładzie, wszystko, co się działo ze współczesną Ukrainą, było wynikiem braku, wśród jej elit, nie tylko tradycji państwowotwórczej, lecz również propaństwowego sposobu myślenia, które bez elementów geopolitycznych (zarówno zewnętrznych, jak i równie ważnych wewnętrznych) doprowadziło ten –– czy to kraj, czy raczej terytorium –– do niesławy...

Wyobraźmy sobie jednak inny scenariusz. 19 lat temu deputowani ukraińscy przewrócili USRR jej starodawnie, historyczne imię. Ziemia ukraińska, po upływie niemalże ośmiu wieków, znów zaczęła się nazywać Rusią. Tu niech każdy czytelnik, obojętnie czy pochodzi z Europy, czy Ameryki, odpowie sobie na pytanie: z czym kojarzy mu się określenie „Ruski”[*] i „Ukrainiec” Jestem pewien, że pierwszy termin wskrzesi całą paletę uczuć, począwszy od szacunku a skończywszy do nienawiści. Drugi zaś, w najlepszym przypadku, będzie kojarzył się z niczym.

Niestety, niektórzy wśród nas zupełnie nie wiedzą, że „Ruski” i „Rosjanin” –– to dwa odrębne terminy. „Ruski” to narodowość. „Rosjanin” to obywatel Rosji. Jednak wszyscy nazywamy obywateli Federacji Rosyjskiej „Ruskimi”, zaś prezydent Rosji –– „Rosjanami”. A to z tego powodu, że w państwie rosyjskim mieszka ponad 130 narodów, wśród których ruskiego sztandaru sami Ruscy nigdy nie podnoszą, gdyż obok zawsze czuwa jakiś Tatarzyn, któremu to nie w smak. Warto zauważyć tymczasem, że słowo o magicznej potędze „Ruś” i określenie „ludzie ruscy” Moskwa i Kreml zawsze reanimują, gdy imperium grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Jako jeden z najjaskrawszych przykładów przytoczymy film Sergeja Eisensteina „Aleksander Newski” opowiadający o rozgromieniu w 1242 roku przez Rusinów, na wodach zamarzniętego jeziora Pejpus, rycerzy niemieckiego Zakonu kawalerów mieczowych. Ten film w roku 1941 – najcięższym roku w wojnie ZSRR przeciw hitlerowskim Niemcom –– podnosił na duchu radzieckich żołnierzy tylko jedną frazą: „Powstańcie, ludzie ruscy!” Jak wieść niesie, nawet Józef Stalin, latając samolotem jesienią 1942 roku nad dogorywającym Stalingradem, wiózł ruską ikonę Matki Bożej. Dal niemieckich żołnierzy sprzeciw stalingradców był „zdumiewający”…

Jednocześnie duch narodowy obywateli Rosji, którzy nazywają się Ruskimi, w samej Rosji nie tylko nie znajduje poparcia, lecz nawet jest potępiany. Właściwie mówiąc, ruska idea narodowa na terenie Federacji Rosyjskiej, jest akurat tą rzeczą, która może rozwalić to państwo od środka. Dlatego Kreml na wszelkie sposoby spróbuje rozmyć uczucia narodowe rządzonych narodów w ogólnokrajowym patriotyzmie rosyjskim. Ta metoda jest jednak skuteczna jednak raczej w wypadku odnoszonych zwycięstw, których w ostatnich czasach Rosja raczej mało doświadcza.

Tymczasem Rosja może pogrążyć się w kolejnych niepokojach, kiedy jej „ruscy” obywatele zaczynają hurtem skupiać się wokół idei ruskiej. A to znaczy, że ich chęć życia w odrębnym państwie ruskim pozostaje miną o opóźnionym zapłonem dla całej Federacji Rosyjskiej. Co mogłoby przyśpieszyć jej wybuch?

Oczywiście, ogłoszenie przez Kijów niepodległości nie w kształcie nigdy nie istniejącego w przeszłości państwa ukraińskiego, ale utraconej 800 lat temu Rusi Kijowskiej. Gdyby stało się to rzeczywistością, w Europie istniałoby dziś państwo rozwijające się w przestrzeni historycznej, którego perspektywom mógłby pozazdrościć cały świat. Dla realizacji tego zamiaru, w postaci zewnętrznej, życiowo niezbędnej i historycznie sprawiedliwej geopolitycznej ekspansji Kijowa wobec imperium rosyjskiego, starczyłoby tylko jedno słowo, które mogłoby stać się dla Kremla zabójczym – Ruś!

Wszyscy dobrze wiemy, że myśl czasem się materializuje. To oznacza, że ruscy Rosjanie, nienawidzący Moskwy, żyjącej ponad stan w ubogiej Rosji, zawsze uciekaliby, przynajmniej myślami do Rusi realnie istniejącej. Pamiętajmy, że Kijów pozostał przy Ukrainie, czyli, po rusku –– na „kresach”, a o ucieczce z kresów marzą nawet pechowcy…

Ukraiński nacjonalizm zawsze był finansowany przez wrogów ukraińskiego państwa, do których należały ziemie dzisiejszej Ukrainy. Działo się tak dlatego, że jednolitego narodu ukraińskiego na tzw. Ukrainie nie ma i nigdy nie będzie. Lecz jeżeli ukraińscy narodowcy w XIX stuleciu trzymali się historyczno-geograficznego określenia „Ukraina-Ruś”, albo tylko „Ruś”, w ten sposób jednocząc swych rodaków –– ich współcześni nacjonalistyczni następcy nie tylko odcięli się od swych historycznych ruskich korzeni, lecz także zaczęli kreślić historię Ukrainy bynajmniej nie od Bohdana Chmielnickiego, tylko od „bohaterów”, za których działania płaciły faszystowskie Niemcy. Ponadto wdeptali w błoto dwa zupełnie różne pojęcia –– „Ruski” i „Rosjanin”, zaprzepaszczając dumną pamięć pamięci o swoich przodkach, którzy walczyli z Tatarami. Nie wykluczone, że i dziś ukraińskich nacjonalistów finansuje właśnie Kreml, który nie chce nie dożyć do dnia, w którym do Kijowa pociągną starodawne ruskie ziemie i miasta…

Wierzę, że Pan Bóg nadał obecnym ziemiom Ukrainy imię Ruś — stąd siła i moc tego słowa. Co się tyczy Dzikich Pól, które później nazwano Ukrainą, na których potomkowie Rusinów 400 lat temu zdobywali kozacką i sławę lub niesławę –– jest to tylko część historii Rusi, nie zaś jej całość. Także na ukrainnych kresach Rzeczypospolitej gromadzili się ludzie, marzący o ruskim carze –– nie o moskiewskim, jak wspaniale pisał Mikołaj Gogol w „Tarasie Bulbie”. Wcale nie chcieli przez całe życie pozostawać mieszkańcami owych kresów, pozostawać „okraińcami”, lecz marzyli by wejść do rejestru wojskowego swego króla. Lecz ich prawnuki zapomniały, że od tego, jakie imię nadadzą swemu okrętowi, zależy, jak sobie poradzi z falami…



[*] W Polsce przyjęło się dawniej używać określenia „Rusin” – przyp. red.

Czytany 5549 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04