czwartek, 04 grudzień 2014 06:02

Tomasz Skowronek: Urugwaj: powrót Vazqueza

Oceń ten artykuł
(2 głosów)
Tabare Vazquez Tabare Vazquez

Tomasz Skowronek

Istotna polityczna zmiana zaszła w Urugwaju. Od 2015 roku, Jose „Pepe” Mujica przestanie być prezydentem tego niewielkiego kraju. Ten nietypowy przywódca zostanie zastąpiony przez Tabare Vazqueza, który 30 listopada pokonał w drugiej turze Lacalle Pou. Zanim jednak przejdziemy do zwycięzcy i tegorocznej kampanii wyborczej, choć w paru słowach wypadałoby wspomnieć o tym 3-milionowym państwie jak i o samym Jose Mujicy.

„Pepe” wzbudził na świecie zainteresowanie ideałami oszczędnego życia, ale na swoim dorobku ma także osiągnięcia polityczne. Mało kto wie, że w przeszłości Urugwaj należał do najbogatszych, najbardziej demokratycznych państw na kontynencie. Uważany był także za najbardziej europejski kraj i nazywany czasami bywał „Szwajcarią Ameryki Południowej” – państwo stało się bowiem latynoskim centrum bankowym, w którym chętnie przedsiębiorstwa z sąsiednich krajów lokowały swoje aktywa.

Raj utracony

Pod koniec XIX wieku Urugwaj wzbogacał się dzięki eksportowi wełny i mięsa (początkowo głównie do Belgii, Francji i Argentyny). Boom eksportowy trwał aż do połowy XX wieku. Wtedy to kraj dostarczał żywność do krajów walczących podczas II wojny światowej, zarabiając na tym krocie.

Wraz z początkiem XX w., rząd wprowadził szereg bardzo postępowych reform. Obywatele zyskali liczne prawa obywatelskie i socjalne, wprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy, renty pracownicze, kobietom przyznano prawa wyborcze. Znacjonalizowano banki oraz wielkie przedsiębiorstwa. Nawet wprowadzono pewne socjalne dodatki, jak trzynasta pensja lub dodatek wakacyjny. W dodatku Urugwaj uzyskiwał dochody na poziomie ówczesnej Francji. Gospodarka rosła jak na drożdżach, coraz więcej mieszkańców awansowało do klasy średniej. Jednak czasy dobrobytu kończyły się wraz z zakończeniem światowego konfliktu. Stary kontynent już nie potrzebował urugwajskich produktów, zaczął stosować protekcjonizm i chronić swój rynek przed zagraniczną konkurencją. Kryzys i wiążące się z tym spowolnienie gospodarcze powoli zaczęły zaglądać do latynoskiego państewka. Mimo że Urugwaj zmagał się z kłopotami gospodarczymi, to wysoka stopa życiowa i tak nadal budziła zazdrość pośród innych latynoamerykańskich sąsiadów. Jednakże z czasem i poziom życia się pogarszał, na wsiach wybuchały protesty pracowników trzciny cukrowej, którzy coraz częściej pracowali tylko za marne wyżywienie. Urugwajskie miasta stały się ogniskiem niepokojów społecznych, demonstracje były coraz bardziej krwawo tłumione.

Rewolucjoniści kontra szwadrony śmierci

W latach 1960’ pogarszającą sytuację polityczną i gospodarczą postanowili wykorzystać partyzanci z Tupamaros, próbując obalić stary porządek na drodze walki partyzanckiej. Nazwa guerilli pochodziła od indiańskiego „Robin Hooda” – Tupaca Amaru – przywódcy prowadzącego w XVI w. walkę z Hiszpanami. Warto zauważyć, że był to gorący okres w Ameryce Łacińskiej. Przez region przeszła prawdziwa burza prawicowych przewrotów wojskowych. Bezpośrednią odpowiedzią na te zjawisko było zapoczątkowanie masowej lawiny narodzin wszelakich lewicowych partyzantek. Do tego wielu Latynosów fascynowało się kubańską rewolucją.

Początkowo partyzanci napadali na banki, a pieniądze rozdawali biedocie. Z czasem Tupamaros zyskiwali na sile, a coraz większa liczba biednych sfrustrowanych ludzi przyłączała się do rebeliantów. Atakowano budynki rządowe, zabudowania należące do wielkich koncernów, porywano polityków, sędziów, prokuratorów a nawet dyplomatów, których później wymieniano na więźniów politycznych. Zdarzało się nawet, że rozstrzeliwano policjantów, którzy dopuszczali się nieludzkich tortur. Doprowadziło to do walk między rewolucjonistami, a szwadronami śmierci i armią.

„Pepe” rozmawiał z mrówkami i żabami, żeby nie oszaleć

W 1967 roku urugwajski rząd ogłosił stan wyjątkowy, aby zwalczyć wywrotowców. Pięć lat później zawieszono swobody obywatelskie, a w 1973 r. wojskowi przejęli pełną władzę. Partyzantkę zlikwidowano. Urugwaj dołączył do reszty państw, gdzie rządziły prawicowe dyktatury. Podobnie, jak to miało miejsce w Argentynie, Chile, Brazylii czy Gwatemali, partyzanci i przeciwnicy dyktatury zostali podani krwawym represjom, zamknięci więzieniach i nie rzadko nawet mordowani. Urugwaj miał największą liczbę więźniów politycznych na świecie w stosunku do całej populacji, a ok. 180 osób zginęło z rąk wojskowych.

Jednym z liderów partyzantów był, jeszcze obecny prezydent, Jose Mujica. Brał wielokrotnie udział w walkach, napadach i w rabunkach. W czasie walk aż sześciokrotnie był ranny i w więziennym odosobnieniu spędził łącznie 15 lat, w tym 11 lat w izolacji. Podobno w celi rozmawiał z mrówkami i żabami, żeby nie oszaleć. Dwa razy uciekał z więzienia, ale za każdym razem zostawał pojmany. Na wolność wyszedł dopiero po upadku junty wojskowej (1985 r.) i od razu zaangażował się w politykę. Partyzantka Tupamaros przemieniła się w legalną partię polityczną Movimiento de Participacion Popular, do której należał „Pepe”. Mimo upadku dyktatury, w Urugwaju nadal dominowały dwie partie – Partidio Nacional (potocznie nazywana Bianco) i partia Colorado. Ci pierwsi byli związani z wielkimi właścicielami ziemskimi, a drudzy z miejską elitą handlową. Na przemian rządziły krajem przez ok. 150 lat.

Vazquez zmienia Urugwaj

Przełom nastąpił dopiero w 2004 r., kiedy wybory wygrał Lewicowy Szeroki Front (Frente Ampilio) – koalicja, w której w skład weszły ugrupowania socjalistyczne, socjaldemokratyczne, chrześcijańskiej lewicy oraz komunistyczne. Ten alians został założony przez byłych partyzantów, dysydentów, dawnych marksistów oraz fidelistów, choć już bez rewolucyjnych złudzeń.

Na czele rządu stanął lekarz onkolog Tabare Vazquez. Stał się jednym z najbardziej popularnych polityków w kraju. Kiedy odchodził z urzędu, cieszył się ok. 80% poparciem. Za jego rządów obniżono podatek VAT, zwiększono pomoc socjalną i podatki dla najbogatszych. Inną ciekawą i bardzo medialną inicjatywą T. Vazqueza był zakup 220 tys. laptopów dla szkół. J. Mujica natomiast w tym czasie został ministrem rolnictwa. Już wtedy budził zainteresowanie lokalnych mediów swoim sposobem bycia i niekonwencjonalnym wyglądem.

„Najbiedniejszy prezydent świata”

W Urugwaju bezpośrednia reelekcja jest niedozwolona, tak więc Szeroki Front musiał znaleźć nowego kandydata na prezydenta. Wybór padł na J. Mujicę. W ostatnich latach żaden latynoski prezydent (za wyjątkiem Hugo Chaveza) nie budził takiego zainteresowania światowych mediów.

„Pepe” jest prezydentem niezwykłym. Aż 90% swojej pensji oddaje na rzecz potrzebujących. Hiszpański centroprawicowy dziennik „El Mundo” ochrzcił przywódcę mianem „najbiedniejszego prezydenta na świecie”. Sama głowa państwa nie lubi tego określenia. Twierdzi po prostu, że jest oszczędny. Mieszka na małej farmie w La Puebla w okolicach Montevideo wraz z żoną i kulawym psem. Jest wegetarianinem, nie posiada konta w banku, jeździ starym „garbusem”. Jest spontaniczny, szczery, rzadko kiedy zakłada krawat. Jego żoną jest Lucia Topolansky, obecna senator, a w przeszłości również partyzantka i więźniarka polityczna. Razem w wolnych chwilach opiekują się ogrodem i – jak zapewniają – starają się cieszyć drobiazgami.

Nie tylko „Holandia Ameryki Południowej”

Urugwaj, niewielki trzy milionowy kraj, który przez lata cieszył się opinią „Szwajcarii Ameryki Południowej”, od czasu kadencji „najbiedniejszego prezydenta świata” robi wszystko, aby zyskać opinię „Holandii Ameryki Południowej”. Za jego rządów pary tej samej płci mogą zawierać związki cywilne i adoptować dzieci. Transseksualiści po operacjach mają prawo zmienić płeć w oficjalnych dokumentach. Największym jednak zaskoczeniem było, gdy urugwajski prezydent zalegalizował uprawy, handel i spożycie marihuany. Sprzedaż „trawki” kontroluje rząd, pełnoletni obywatele w ciągu miesiąca mogą kupić 1,4 uncji, a hodowcy mogą posadzić maksymalnie 6 roślin. Obcokrajowcy natomiast nie mogą legalnie kupić ani zapalić marihuany. Dzięki takiej polityce, liberalny „The Economist” uznał Urugwaj za kraj 2013 roku.

Jednak rządy Szerokiego Frontu, jak i J. Mujicy nie ograniczają się tylko do reform światopoglądowych, lecz przede wszystkim do gospodarczo-społecznych. W ciągu dekady liczba biednych spadła z 39 do 12%. Stopa bezrobocia wynosi obecnie 5,3% a od 2005 roku średnia płaca wzrosła o 36%. Urugwaj ma najniższe nierówności w Ameryce Południowej. Montevideo bez kompleksów może konkurować z Chile o miano najbardziej stabilnego i demokratycznego państwa południowoamerykańskiego.

Hegemonia latynoamerykańskiej lewicy

30 listopada Urugwajczycy za pomocą kartki wyborczej zdecydowali, że chcą kontynuować kurs obrany przez lewicową koalicję. Faworytem od początku był T. Vazquez, który publicznie dostał poparcie od J. Mujicy. Kandydat lewicy obiecywał kontynuować dotychczasową egalitarną politykę. W trakcie kampanii wyborczej obiecał zwiększyć wydatki na szkolnictwo z 4,5 do 6% PKB. Jednak T. Vazquez i „Pepe” trochę się różnią od siebie. T. Vazquez mieszka na luksusowym osiedlu, w przeszłości chodził do prywatnej szkoły, nosi drogie garnitury. W kwestiach światopoglądowych prezentuje bardziej konserwatywne poglądy (m.in. sprzeciwia się aborcji). Niemniej jednak w kwestiach gospodarczych i socjalnych powinno być zachowane status quo. Należy także pamiętać, że to właśnie obecny kandydat Szerokiego Frontu przełamał 150-letnie rządy prawicy i zapoczątkował szereg programów, które przyczyniły się do wzrostu dobrobytu dla obywateli.

L. Pou (z partii Bianco), mimo że w sondażach wyraźnie przegrywał z T. Vazquezem, to jednak nie składał rękawic. Jego program wyborczy był bardziej liberalny. Opowiadał się za mniejszą rolą państwa w gospodarce. Jego sztab kierował go na młodego zdolnego i pragmatycznego polityka, który otacza się z ekspertami ekonomicznymi. Sam jest prawnikiem, a jego ojciec był prezydentem w latach 1990–95 (za jego prezydentury dokonano wielu reform gospodarczych). Polityk twierdzi, że przyszłość obecnego modelu jest nietrwała, że potrzeba liberalnych reform, aby Urugwaj nadal mógł się rozwijać.

L. Pou w drugiej turze mógł liczyć na wsparcie partii Colorado. Nawet jej kandydat na prezydenta Pedro Bordaberry (uzyskał 12% głosów) rozpoczął zwiedzanie kilku miast, aby promować kandydata Bianco. Mimo aktywnej kampanii wyborczej, L. Pou nie był w stanie zagrozić lewicowemu politykowi. Ostatecznie kandydat prawicy uzyskał 43% poparcie, podczas gdy T. Vazqueza poparło blisko 57% wyborców.

Wybory w Urugwaju potwierdzają coś jeszcze – latynoska lewica jest hegemonem na ognistej ziemi. W 2014 roku, odbyły się wybory prezydenckie w Kolumbii, Salwadorze, Boliwii, Brazylii i na Kostaryce. We wszystkich tych krajach, za wyjątkiem Kolumbii, która już od dekad jest bastionem prawicy w Ameryce Południowej, zwyciężyły siły lewicowe. W Boliwii po raz trzeci prezydentem został Indianin Evo Morales, na Kostaryce dochodzi do władzy lewicowiec Luis Guillermo Solis, w Salwadorze wygrywa były partyzant Salvador Sánchez Céren. W największym państwie latynoskim, czyli w Brazylii o włos zwycięża po raz czwarty z rzędu Partia Pracujących.

Panowanie prawicowych dyktatur, nieudana przygoda z neoliberalizmem, zmniejszenie obszarów biedy, nierzadko też używanie populistycznych i nacjonalistycznych haseł, to powody dlaczego Latynosi tak chętnie wybierają w wyborach byłych związkowców, partyzantów, działaczy społecznych... Nie oznacza to jednak, że hegemonia lewicy w Ameryce Łacińskiej będzie trwać wiecznie.

Przyszłość lewicowych i centrolewicowych rządów będzie zależeć od tego, czy będą one nadal potrafiły zapewnić dobrobyt swoim obywatelom i czy będą w stanie stawić czoła problemom wewnętrznym i coraz większym wymaganiom społeczeństwa. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że w następnych wyborach prezydenckich w Argentynie i Wenezueli do władzy może dojść opozycja, jeśli rządzący nie rozwiążą problemów wewnętrznych. Natomiast, aby prawica mogła zagrozić innym lewicowym rządom, musiałaby przyjąć coraz bardziej egalitarny program wyborczy, co już zresztą powoli robi. Nie można także wykluczyć, że społeczeństwo po jakimś czasie może być zmęczone lewicującymi rządami i zachce nie tyle drastycznych zmian, ale dopuszczenia do władzy nowych ludzi. Jest to scenariusz coraz bardziej prawdopodobny.

Fot. radiomacondo.fm

Czytany 4842 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 04 grudzień 2014 08:40