piątek, 18 grudzień 2009 09:49

Tomasz Otłowski: Wuj Sam w odwrocie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
alt Tomasz Otłowski
Na utracie wpływów USA na Bliskim Wschodzie chcą zyskać Chiny oraz Rosja.
Jeszcze dekadę temu - na fali sukcesu militarnego w pierwszej wojnie w rejonie Zatoki Perskiej (1991), a także z powodu braku poważnej konkurencji - Stany Zjednoczone miały na Bliskim Wschodzie największe wpływy spośród tak zwanych aktorów zewnętrznych zaangażowanych w tej części świata. Działo się tak, mimo że wiele państw regionu (Iran, Irak, Syria, Libia) miało z Waszyngtonem na pieńku, a ludzie od Rabatu po Teheran szczerze nienawidzili Ameryki.
Decydowała jednak szersza geopolityka regionu, a w jej ramach takie czynniki, jak strategiczne sojusze USA z Izraelem i Turcją oraz zgoda na aktywną obecność wojskową Amerykanów na Bliskim Wschodzie, udzielana przez część państw arabskich obawiających się agresywnych reżimów ajatollahów w Iranie i Saddama Husajna w Iraku. To dzięki tej geopolitycznej układance USA dysponowały imponującą siecią baz militarnych, oplatającą cały region, włącznie z terytorium Arabii Saudyjskiej, gdzie znajdują się najświętsze miejsca islamu.

Fatalna modernizacja
Dziś niewiele z tego obrazka zostało. Zamachy terrorystyczne z 11 września 2001 roku dobitnie pokazały, że wpływy Amerykanów w tym regionie są iluzoryczne. W Waszyngtonie zrozumiano, że nie wystarczy utrzymywać licznych baz wojskowych w kluczowych punktach. Niezbędne są też poważne zmiany w relacjach z państwami Bliskiego Wschodu. Niestety, choć samo założenie było słuszne, to już realizacja opartej na nim polityki amerykańskiej okazała się zupełną katastrofą.

Administracja prezydenta George'a W. Busha uznała, że najlepszym miejscem dla podjęcia skomplikowanego i długotrwałego procesu modernizacji cywilizacyjnej Bliskiego Wschodu jest Irak - państwo położone w centrum regionu, zamieszkane przez wiele różnych grup etnicznych i wyznaniowych, którego społeczeństwo było w dużym stopniu świeckie i, co równie ważne, relatywnie dobrze wykształcone oraz potencjalnie zamożne. Interwencja militarna w Iraku w 2003 roku miała więc stanowić pierwszy etap szerszego strategicznego planu, zakładającego doprowadzenie do zasadniczych przekształceń cywilizacyjno-ustrojowych w regionie Bliskiego Wschodu.

Fatalnie przygotowana i zaplanowana, a jeszcze gorzej przeprowadzona okupacja Iraku okazała się jednak czynnikiem, który ostatecznie zaprzepaścił amerykańskie marzenia o „ucywilizowaniu" Bliskiego Wschodu. Dziś nie podlega już także dyskusji to, że obalenie despotycznego reżimu Saddama Husajna przyczyniło się do otwarcia puszki Pandory na Bliskim Wschodzie.

Paradoksalnie, największym beneficjentem amerykańskiej okupacji Iraku stał się Iran, który uzyskał nieoczekiwaną możliwość realizowania swoich marzeń o statusie regionalnego mocarstwa. Objęcie w Iraku władzy przez większość szyicką daje Iranowi szansę na kontrolę polityczną obszaru historycznej Mezopotamii. Gdyby Iran miał nadzór nad całością lub częścią Iraku i być może posiadał broń jądrową, byłby niewątpliwie regionalnym mocarstwem, o agresywnym i rewizjonistycznym stosunku do otoczenia.

Irański dżin
To właśnie owo wyzwolenie „irańskiego dżina" po 2003 roku wpłynęło na wyraźne przewartościowanie pozycji i wpływów USA na Bliskim Wschodzie. W szczególny sposób dotyczy to relacji z tymi krajami arabskimi, które dotychczas bez głośnych zastrzeżeń uznawały prymat Ameryki w tej części świata, upatrując w nim gwarancji utrzymania względnej stabilności strategicznej w regionie.

Teraz, wobec umacniania się pozycji Iranu i perspektywy wycofania się Amerykanów z Iraku, Arabia Saudyjska, Kuwejt, Bahrajn czy Katar gwałtownie redefiniują relacje z Waszyngtonem. Nie czekają jednak z założonymi rękoma. Obecna saudyjska interwencja wojskowa w północnym Jemenie przeciwko wspieranym przez Teheran szyickim rebeliantom czy wcześniejsze wsparcie Arabów udzielone władzom w Bejrucie w ich starciu z proirańskim Hezbollahem - to tylko przykłady licznych działań podejmowanych jako odpowiedź na skutki słabnięcia pozycji USA w regionie.

Szybki wzrost znaczenia Iranu i zmiana priorytetów w polityce USA budzą szczególny niepokój w Arabii Saudyjskiej. Po upadku sunnickiego reżimu Husajna w Bagdadzie Rijad jest największym naturalnym rywalem Teheranu w regionie i przeszkadza w realizacji mocarstwowych aspiracji Irańczyków. Plany te mają nie tylko wymiar geopolityczny, lecz także  wyznaniowy. Wszak Iran to centrum szyickiego nurtu islamu, a Arabia Saudyjska - konserwatywnego sunnizmu (wahhabizmu). W konsekwencji osłabienia roli Waszyngtonu może dojść do tego, że rywalizacja saudyjsko-irańska wpłynie na poważną destabilizację całego Bliskiego Wschodu.

Asertywna Turcja
Amerykańska interwencja w Iraku i powstały na tym tle spór między Waszyngtonem a Ankarą przyspieszyły także proces regionalnej emancypacji Turcji, którego istotnym elementem jest gwałtowne ochładzanie bardzo bliskich przez dziesięciolecia relacji turecko-amerykańskich.

Dziś Ankara jest o wiele bardziej samodzielnym graczem na Bliskim Wschodzie, szczególnie interesującym ją Lewancie, niż jeszcze kilka lat temu. Reaktywacja bliskowschodniego kierunku polityki zagranicznej Turcji charakteryzuje się równocześnie stopniowym odchodzeniem od zażyłych relacji z Izraelem, co także stanowi nową jakość w geopolitycznym układzie sił w regionie.

Rosnąca asertywność Ankary względem Waszyngtonu to dla Amerykanów nie tylko problemy natury strategicznej czy politycznej w kontekście ich obecności na Bliskim Wschodzie. To także wymierne kłopoty o stricte wojskowym charakterze. Jeszcze dziesięć lat temu baza sił powietrznych USA w tureckim Incirlik - największa tego typu instalacja w tej części regionu - stanowiła bezcenny atut strategiczny, wykorzystywany nie tylko do utrzymywania w ryzach krnąbrnego Iraku, lecz także szachowania Syrii i Iranu.

Obecnie, po obwarowaniu przez Turków zasad wykorzystywania tej bazy licznymi ograniczeniami, jej operacyjne znaczenie dla amerykańskiej polityki względem Bliskiego Wschodu spadło niemal do zera. To chyba najlepszy przykład postępującego szybko procesu erozji wpływów i roli Waszyngtonu w tej części świata. I choć Turcy są nadal sojusznikami Amerykanów, nie jest to już to samo przymierze, co jeszcze dziesięć lat temu.

Opuszczony Izrael
Głębokie zmiany w amerykańskiej polityce i oddziaływaniu na region bliskowschodni nigdzie nie są jednak tak wyraźnie widoczne i tak szokujące jak w odniesieniu do relacji z Izraelem. Jest to szczególnie zauważalne teraz, podczas kadencji Baracka Obamy. Choć polityka obecnej administracji w dużej mierze jedynie sankcjonuje oczywiste zmiany w roli i pozycji USA na Bliskim Wschodzie, to
w wielu aspektach („nowe otwarcie" na świat islamu, dążenie do zbliżenia z Iranem) znacznie wybiega do przodu.

W ocenie izraelskiej działania takie przyspieszają mechanizm słabnięcia oddziaływania USA na procesy geopolityczne zachodzące w regionie. Szczególny niepokój w Tel Awiwie budzi rysująca się perspektywa stopniowego odchodzenia przez Amerykanów od obowiązującej dotychczas zasady bezwzględnego popierania Izraela i jego interesów. Sprawia to, że w Izraelu - po raz pierwszy w historii - pojawił się wyraźny dyskomfort i spadek zaufania do Waszyngtonu jako niekwestionowanego i wiarygodnego sojusznika.

Teraz Chiny
Zmniejszająca się zdolność oddziaływania Stanów Zjednoczonych na sytuację w szeroko rozumianym regionie Bliskiego Wschodu stwarza doskonałą sposobność dla innych mocarstw chcących wzmocnić swoją rolę. Zarówno Chiny, jak i Rosja skwapliwie wykorzystują więc szansę, którą daje im osłabienie wpływów Waszyngtonu.

Szczególnie aktywna jest Rosja, która od kilku lat dąży do odbudowy wpływów i pozycji, jakimi na Bliskim Wschodzie cieszył się kiedyś Związek Radziecki. Intensywne zabiegi dyplomatyczne i handlowe Moskwy już przynoszą pierwsze efekty: Rosjanie stali się ważnymi partnerami Libii (głównie w zakresie modernizacji sił zbrojnych tego kraju) oraz Syrii (gdzie zagwarantowali sobie prawo stacjonowania okrętów swej Floty Czarnomorskiej). Jeśli dodać do tego po mistrzowsku rozegraną przez Rosję sprawę jej udziału w rokowaniach z Iranem na temat jego programu nuklearnego, otrzymamy obraz szybko rosnącego znaczenia i pozycji Moskwy na Bliskim Wschodzie.
Również Chiny systematycznie od kilku lat zwiększają swoją aktywność na Bliskim Wschodzie. W ich przypadku jest to jednak całkowicie pionierskie przedsięwzięcie - jeszcze dwadzieścia lat temu Pekin nawet nie utrzymywał kontaktów dyplomatycznych z większością krajów regionu. Dziś Chińczycy są już jednak największymi inwestorami w kluczowych sektorach gospodarek wielu państw bliskowschodnich (przemysł wydobywczy surowców energetycznych, petrochemia).

Za inwestycjami idą kontrakty na broń i sprzęt wojskowy oraz zacieśnianie relacji politycznych, szczególnie z krajami Zatoki Perskiej. Najwyraźniej arabscy szejkowie, poważnie zaniepokojeni słabnięciem pozycji Stanów Zjednoczonych i ich zainteresowania problemami regionu, szukają nowych zewnętrznych sojuszników.

Może to oznaczać, że znany nam tradycyjny układ sił na Bliskim Wschodzie, w którym spośród zewnętrznych aktorów najwięcej miały do powiedzenia mocarstwa europejskie i USA, odchodzi powoli do historii. Przyszłość może należeć do Państwa Środka.
Artykuł ukazał się w nr 50/2009 tygodnika alt
Czytany 6867 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04