piątek, 08 sierpień 2014 06:08

Tomasz Otłowski: Początek Armagedonu?

Oceń ten artykuł
(1 głos)

ISIL_irak  Tomasz Otłowski

Nie powinniśmy lekceważyć poczynań Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu. Organizacja ta może wywołać w regionie zamieszanie znacznie większe niż to, którego jesteśmy świadkami.

Dziesięć lat temu, jesienią 2004 roku, Abu Musab az-Zarkawi – wówczas lider jednej z kilku mało jeszcze znanych organizacji islamistycznych w Iraku – uroczyście złożył przysięgę na wierność (tzw. bajat) samemu Osamie bin Ladenowi. Wraz ze swymi podkomendnymi oficjalnie stał się tym samym częścią osławionej Al-Kaidy. Z pewnością nikt wtedy nie przypuszczał, że powstałe wówczas ugrupowanie o nazwie Organizacja Bazy na rzecz Świętej Wojny w Iraku, powszechniej znane jako Al-Kaida w Iraku (AQI) lub Islamskie Państwo Iraku  (ISI), po upływie dekady stanie się siłą mającą duże szanse na rozmontowanie i unicestwienie całego współczesnego układu geopolitycznego na Bliskim Wschodzie. Układu, który w prostej linii wywodzi się z zawartego niemal 100 lat temu (w 1916 roku) tajnego brytyjsko-francuskiego traktatu Sykes–Picot, dokonującego faktycznego rozbioru Bliskiego Wschodu między ówczesne potęgi światowe.

Przedwczesna radość

Islamskie Państwo Iraku krwawo zapisało się w historii w latach 2004–2008 (od lipca 2006 roku już bez Az-Zarkawiego, wyeliminowanego przez Amerykanów). Niespotykana skala brutalności i terroru islamistów wraz z bezkompromisowością w kwestii wdrażania w życie konserwatywnych zasad islamu spowodowała, że do ISI zrazili się nawet najbardziej radykalni iraccy sunnici. Amerykanie wykorzystali nadarzającą się sposobność i wymusili w 2007 roku na dominujących w kraju szyitach dopuszczenie sunnitów do współrządzenia państwem oraz zorganizowali i dozbroili sunnickie milicje plemienne skupione między innymi w organizacji Synowie Iraku.

W efekcie AQI została pozbawiona wsparcia lokalnej ludności i zmuszona do walki z głównymi sunnickimi klanami Iraku. Szybko zatem zaczęła tracić grunt pod nogami. Ostatecznie w 2008 roku ugrupowanie to znalazło się na marginesie ekstremistycznego podziemia irackiego, a jego aktywność spadła niemal do zera. Klęska irackiej Al-Kaidy wydawała się wtedy tak duża, że wielu komentatorów i analityków wieszczyło jej definitywny koniec, a nowy prezydent USA Barack Obama wykorzystał ten nastrój do ogłoszenia zamiarów rychłego zakończenia amerykańskiego udziału w wojnie irackiej.

Optymizm Zachodu był jednak przedwczesny. W rzeczywistości resztki AQI zeszły do głębokiej konspiracji i podjęły „pracę organiczną” na rzecz stworzenia finansowego, organizacyjnego i logistycznego zaplecza na potrzeby wznowienia walki w lepszych czasach. Emisariusze irackiej Al-Kaidy ruszyli w świat – od Ameryki, przez Europę i Afrykę, po Kaukaz i Azję. Ich celem było werbowanie nowych rekrutów dżihadu, pozyskiwanie źródeł finansowania i poszukiwanie politycznego poparcia wśród sunnickich radykałów. W samym Iraku (ale też w Jordanii, na egipskim Synaju czy w Turcji) budowano struktury i szkolono kadrę. Od czasu do czasu AQI przypominała o swym istnieniu, organizując spektakularne zamachy i atakując irackie siły rządowe lub polityków.

Częstotliwość tych działań rosła wraz ze zmniejszaniem się amerykańskiego zaangażowania w Iraku. Gdy w grudniu 2011 roku ostatni żołnierze USA opuszczali ten kraj, ofensywa terrorystyczna islamistów trwała już w najlepsze, a sprzyjały jej także gwałtowne zmiany w strategicznym układzie sił w regionie, spowodowane wydarzeniami Arabskiej Wiosny. Od tamtej pory skala przemocy (mierzona głównie liczbą ataków, zamachów oraz ofiar) rośnie w Iraku nieprzerwanie.

Międzynarodowy kontekst

Czy to nagłe obniżenie się poziomu bezpieczeństwa wewnętrznego w Iraku pod koniec 2011 roku wynikało tylko z zakończenia przez Amerykanów operacji „Iracka wolność”? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w dynamice wydarzeń w całym regionie – głównie chodzi o Arabską Wiosnę i będącą jej następstwem wojnę domową w Syrii. Konflikt ten, rozpoczęty wiosną 2011 roku, już po kilku miesiącach przybrał formę wyjątkowo brutalnej konfrontacji bratobójczej, w której dziennie tracą życie dziesiątki ludzi, a całe wsie i dzielnice miast na skutek zażartych walk obracają się w ruinę w ciągu zaledwie kilku godzin.

Od samego początku prym wśród sunnickich rebeliantów, walczących z reżimem Baszszara al-Asada, wiedli islamscy radykałowie. Rodzimi islamiści z Bractwa Muzułmańskiego szybko jednak zostali zmarginalizowani i zastąpieni przez znacznie bardziej radykalnych i bezwzględnych (a do tego sprawniejszych organizacyjnie i lepiej uzbrojonych) ekstremistów powiązanych ideowo z wahabickim nurtem dżihadu. Wyróżniał się wśród nich zwłaszcza Front al-Nusra, złożony w dużej mierze z terrorystów wyszkolonych przez Al-Kaidę.

W 2013 roku na scenie syryjskiego dramatu pojawia się jednak nowy aktor: ugrupowanie Islamskie Państwo Iraku i Lewantu. Organizacja ta – będąca zlepkiem dawnego AQI i kilku innych ekstremistycznych grup sunnickich z Iraku, Syrii, Turcji i Kaukazu – szybko stała się ważną siłą militarną i polityczną w wojnie syryjskiej. I nic dziwnego, wszak jej struktury i kadry czekały na ten dogodny moment od kilku lat, na przekór wszystkim, którzy już dawno pogrzebali dawnych towarzyszy walki Az-Zarkawiego, budując na swych pobożnych życzeniach iluzoryczne strategie polityczne.

Szerokie międzynarodowe kontakty i powiązania dawnej AQI zaowocowały w trakcie wojny syryjskiej błyskawicznym rozrostem struktur nowej organizacji. Nie bez znaczenia było poparcie udzielane jej przez wielu regionalnych graczy, takich jak Turcja, której rząd przymykał oczy na zakładanie przez ISIL baz na jej terytorium i werbowanie miejscowych ochotników dżihadu. Władze w Ankarze naiwnie sądziły zapewne, że zezwalając na obecność i aktywność Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu na terenie Turcji, zdołają zapanować nad jego działaniami w Syrii, przy okazji kierując je na przydatne tureckim interesom tory (walka z kurdyjskim separatyzmem). Czas pokazał, że kalkulacje te były błędne. Gdy hordy islamistów z ISIL na początku czerwca 2014 roku zajmowały iracki Mosul, jednym z pierwszych celów ich ataku stał się turecki konsulat, którego personel wzięto jako zakładników.

Krwawy image

ISIL tak bardzo rósł w siłę w Syrii, że szybko zdeklasował islamistyczną „konkurencję”, między innymi z Frontu Al-Nusra. Bardzo szybko okazało się również, że bojownicy ISIL – w dużej części rekrutujący się spoza obszaru Bliskiego Wschodu (np. rosyjskiego Kaukazu) – są wyjątkowo bezwzględni i okrutni, co w warunkach i tak ekstremalnie brutalnej wojny syryjskiej stanowi bez wątpienia nie lada wyczyn.

Islamskie Państwo Iraku i Lewantu rychło zyskało więc (całkiem niesłusznie) ponurą sławę ugrupowania znacznie bardziej radykalnego niż sama Al-Kaida. Dzisiaj ten krwawy image ISIL jest sam w sobie doskonałym orężem w wojnie psychologicznej i propagandowej, toczonej równolegle z tą realną. Jak pokazują ostatnie wydarzenia w Iraku, czasami pozwala to nawet islamistom wygrywać bitwy niemalże bez oddania jednego strzału (jak podczas szturmu Mosulu).

Powszechnie zwykło się uważać, że główną przyczyną rozłamu między Al-Kaidą i ISIL była właśnie owa brutalność syryjskich i irackich islamistów. Dodatkowo, gdzieś w tle, w grę miały też wchodzić osobiste niesnaski pomiędzy emirem „Bazy”, Ajmanem az-Zawahirim, a szefem Islamskiego Państwa, Abu Bakrem al-Baghdadim („Bagdadczykiem”). Nic jednak bardziej mylnego – wszak inne regionalne odgałęzienia Al-Kaidy (jak np. AQAP czy AQIM) w niczym nie ustępują bezwzględnością i okrucieństwem siepaczom z ISIL, co wcale nie spotyka się z krytyką kierownictwa organizacji.

Spór Al-Kaidy z ISIL wynika raczej z coraz bardziej rozbuchanych ambicji Al-Baghdadiego, który nie ukrywa już, że marzy mu się sięgnięcie wraz ze swoją organizacją po przywództwo w światowym ruchu dżihadu (a więc tym samym zdeklasowanie „starej i nieskutecznej” Al-Kaidy). Co więcej, Az-Zawahiri i „stara liga” przywódców Al-Kaidy zdają sobie sprawę, że ISIL pod rządami Al-Baghdadiego (dawnego generała armii irackiej) stało się niezwykle skuteczną organizacją militarną i poważnym graczem politycznym. Cele i aspiracje ISIL mają już dzisiaj wymiar globalny, o czym świadczy posiadanie przez tę grupę komórek nie tylko w niemal każdym zakątku Bliskiego Wschodu, lecz także w wielu innych częściach świata (Europie, Azji Centralnej i Południowo-Wschodniej, a nawet podobno w USA).

Państwo na granicy

Skuteczność militarna i organizacyjna ISIL oraz zasobność w płynące z całego świata muzułmańskiego fundusze sprawiły, że to ugrupowanie kontroluje sporą część wschodniej i południowo-wschodniej Syrii, przy dawnej granicy z Irakiem. Jak się jednak wydaje, na razie jest to szczyt jego możliwości operacyjnych w ramach wojny syryjskiej. Całkowitym fiaskiem zakończyły się bowiem niedawne operacje ofensywne ISIL na północy Syrii, gdzie islamistom nie udało się opanować kilku enklaw kurdyjskich.

Symptomatyczne w tym kontekście jest to, że podczas skutecznej kurdyjskiej kontrofensywy w okolicach północnosyryjskiego miasta Ras al-Ayn, w odbijanych spod kontroli ISIL sunnickich wsiach i osadach witano Kurdów jako wyzwolicieli. Ta organizacja poniosła także ostatnio sromotne klęski na południu Syrii, gdzie próbowała przejąć kontrolę nad częścią pogranicza z Jordanią. Przegrała tam w walce z chwilowym, niezwykle egzotycznym jak na warunki syryjskie, sojuszem rebelianckich sił Frontu Al-Nusra i Frontu Islamskiego oraz lokalnej prorządowej samoobrony. Alienacja ISIL w realiach wojny syryjskiej jest tak duża, że grupa ta jest zwalczana już solidarnie przez wszystkich innych uczestników tego konfliktu, zarówno ze strony rebelii, jak i obozu władzy.

Ekstremiści z ISIL na zajętych terenach Syrii zbudowali zręby islamskiego „państwa”, z infrastrukturą i instytucjami, kierując się przy tym restrykcyjnie interpretowanymi wskazówkami zawartymi w Koranie. Teraz jego działalność jest rozszerzana na obszary północnego i zachodniego Iraku, zajęte w toku najnowszej ofensywy islamistów. 29 czerwca – pierwszego dnia ramadanu – islamiści z ISIL oficjalnie powołali do życia Kalifat, czyli państwo islamskie, obejmujące kontrolowane przez nich tereny Syrii i Iraku. Na jego czele, jako „kalif Ibrahim” stanął sam al-Bagdadi. Istniejące na dotychczasowej iracko-syryjskiej granicy przejścia są z wielką pompą niszczone przez islamistów jako przeżytek narzuconego przez europejskich kolonizatorów („krzyżowców”) geopolitycznego ładu, gwałcącego naturalny, islamski porządek rzeczy w tej części świata.

Jest oczywiste, że ten syryjsko-iracki „Taliban”, podobnie jak afgański pierwowzór, w dużej mierze opiera się na stosowaniu systemu drakońskich kar i rozbudowanego aparatu represji wobec tej części ludności, która nie do końca entuzjastycznie zapatruje się na życie według twardych reguł szariatu. Można być pewnym, że identycznie będzie na obszarze Iraku, zajętym przez islamistów w czasie niedawnej ofensywy. Trudno na razie ocenić, czy lokalne sunnickie starszyzny plemienne i rodowe (w tym największych i najważniejszych klanów: Al-Sada, Al-Dżabbour, Al-Madi i Al-Maadi’id) mają pełną świadomość, na co się decydują, ślubując lojalność Al-Baghdadiemu.

Iracka arena
Jedno jest pewne – bez aktywnej (także militarnej) współpracy miejscowych sunnickich struktur społeczno-politycznych ISIL nie byłby w stanie odnieść w północnym Iraku tak oszałamiających sukcesów operacyjnych. W Syrii siły Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu szacowano dotychczas na około 30–40 tys. bojowników, a wiadomo, że większość z nich wciąż walczy w tym kraju. W samym Iraku, gdzie działalność ISIL miała do niedawna charakter wyłącznie terrorystyczny (głównie w postaci zamachów samobójczych), potencjał ugrupowania oceniano na maksymalnie 2 tys. ludzi. Tymczasem jednostki irackiej armii, stacjonujące w północnym Iraku, to – według ostrożnych szacunków – około 70–100 tys. żołnierzy. Do tego dziesiątki tysięcy policjantów, funkcjonariuszy straży granicznej i innych służb. A także około 100 tys. peszmergów – elitarnych, zaprawionych w walkach członków kurdyjskiej formacji paramilitarnej, która błyskawicznie zajęła opuszczony przez irackie siły bezpieczeństwa Kirkuk, najpewniej ratując go w ten sposób przed losem Mosulu.

Być może to właśnie wspomniane syryjskie niepowodzenia ISIL – wpisujące się zresztą w szerszy strategiczny kontekst konfliktu w Syrii, gdzie szala zwycięstwa zdaje się powoli, acz wyraźnie, przechylać na stronę reżimu w Damaszku – skłoniły kierownictwo tego ugrupowania do podjęcia ofensywy w północnym Iraku.

Pod rządami obecnych władz, zdominowanych przez proirańskich szyitów, Irak stał się bowiem w minionych dwóch latach ważnym sojusznikiem prezydenta Baszszara al-Asada. To właśnie przez jego terytorium jest transportowana (a raczej była, do czasu obecnej ofensywy ISIL) spora część pomocy materialnej z Iranu, przeznaczonej dla reżimu syryjskiego. To tam istnieją wielkie składy materiałowe i zaopatrzeniowe, zawierające pochodzące z Iranu paliwo, amunicję, broń i wyposażenie dla Damaszku (część z nich wpadła już ponoć w ręce bojowników ISIL). To w Iraku (w kilkunastu dużych obozach treningowych) formuje się, wyposaża i szkoli oddziały złożone z tysięcy szyickich ochotników z całego regionu (a nawet z Afganistanu i Pakistanu) do walki w Syrii po stronie Damaszku. To z Iraku wreszcie pochodzi co najmniej 20 tys. doświadczonych i świetnie zmotywowanych szyickich ochotników, wspierających syryjskie siły rządowe. Wsparcie Iraku, Iranu i Hezbollahu sprawia, że Baszszar al-Asad czuje się coraz pewniej w czwartym roku wojny z sunnicką rebelią.

Przeniesienie przez ISIL ciężaru wojny syryjskiej na teren Iraku jest więc, z militarnej i strategicznej perspektywy, jak najbardziej logiczne i zasadne. Islamiści jednak uderzają w ten sposób w kluczowy element irańskiego systemu wsparcia logistycznego i organizacyjnego dla reżimu Al-Asada, przenosząc równocześnie wojnę bliżej samego Iranu. Stawia to Teheran w bardzo niekorzystnym położeniu strategicznym, zmuszając go do znacznego zwiększenia wysiłków (politycznych, finansowych, logistycznych i militarnych) na rzecz podtrzymywania przychylnych Irańczykom reżimów w regionie. W związku z katastrofalną sytuacją na frontach Iraku, Iran staje obecnie wobec mało optymistycznej perspektywy faktycznego utrzymywania przy życiu już nie jednego sojusznika (Syria), lecz dwóch.

Strategiczne scenariusze

Alternatywą dla Teheranu jest jednak prawdziwa geopolityczna katastrofa – pogrzebanie budowanego z mozołem przez ostatnie trzy dekady systemu sojuszy, wpływów i oddziaływań strategicznych Islamskiej Republiki Iranu w regionie bliskowschodnim. Irańczycy nie mogą więc pozwolić sobie na upadek rządu w Bagdadzie, zdominowanego przez przychylnych im szyitów, tak samo jak nie dopuszczą do oddania władzy przez prezydenta Al-Asada w Syrii czy ograniczenia potęgi szyickiego Hezbollahu w Libanie.

Jak daleko posunie się Iran w dążeniu do zachowania swych wpływów w Bagdadzie i utrzymania kontroli nad terytorium irackim przy granicy z Syrią? Teheran już nieraz udowodnił, że w obronie swych interesów jest w stanie sięgnąć po zdecydowane działania i środki. Nie należy więc w kontekście obecnych wydarzeń wykluczać żadnych scenariuszy, nawet bezpośredniego udziału sił irańskich w walkach z ISIL w Iraku. Zwłaszcza że nie widać nikogo innego, kto byłby skłonny skutecznie wesprzeć militarnie władze w Bagdadzie. Nie kwapią się do tego ani Amerykanie, ani Europejczycy, ani tym bardziej żadne z mocarstw bliskowschodnich, nieuważających obecnego reżimu w Bagdadzie za w pełni suwerenny i arabski. Co gorsza, jawne włączenie się Iranu do konfrontacji militarnej z ISIL w Iraku mogłoby spowodować tylko pogorszenie ogólnej sytuacji strategicznej w regionie – państwa takie jak Arabia Saudyjska czy Turcja mogłyby odebrać to jako jawne wyzwanie dla ich interesów i aspiracji.  Niedawne dostarczenie Bagdadowi przez Iran kilku nieoznakowanych samolotów Su-25, zapewne z inwentarza sił powietrznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, może świadczyć, że scenariusz bezpośredniego militarnego zaangażowania się Teheranu w Iraku jest coraz bardziej realny.

A jakie mogą być dalsze cele Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu? Kierownictwo tego ugrupowania nie kryje swych dalekosiężnych ambicji i planów strategicznych – w kręgu jego zainteresowania znajdują się zarówno podbój Jordanii, jak i Arabii Saudyjskiej (określanej w oficjalnej propagandzie ISIL jako Kraina Dwóch Świętych Miejsc [Islamu]). W dalszej kolejności ma przyjść czas na południową Turcję, Liban oraz Izrael, gdzie – zgodnie z podbudowaną mistycyzmem doktryną wahabizmu – ma dojść do ostatecznego starcia wiernych (muzułmanów) z niewiernymi. Starcia znanego w teologii chrześcijańskiej jako Armagedon. Pominąwszy jednak eschatologiczne i teologiczne aspekty kreślonych dzisiaj strategii ISIL, warto zwrócić uwagę na plany tej grupy dotyczące Turcji. Państwo to jest bowiem członkiem sojuszu północnoatlantyckiego i jakikolwiek atak na nie musi (niejako automatycznie) wymusić reakcję całego NATO. W tym więc sensie zagrożenie dla Turcji ze strony ISIL jest również dość realnym zagrożeniem dla innych członków sojuszu (w tym Polski).

Obecne poczynania Islamskiego Państwa Iraku i Lewantu nie powinny być w naszym kraju odbierane jako coś abstrakcyjnego i odległego – jako kolejna awantura z udziałem islamskich ekstremistów gdzieś na krańcach cywilizowanego świata. W tym wypadku może się bowiem okazać, że organizacja ta będzie w stanie wywołać w regionie zamieszanie znacznie większe niż to, którego jesteśmy świadkami obecnie. Polska zaś – jako członek NATO – może znowu zostać wciągnięta w samo jego epicentrum.

Materiał pochodzi z ze strony internetowej miesięcznika Polska Zbrojnapolska-zbrojna
Fot. www.presstv.ir

Czytany 6107 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04