piątek, 23 styczeń 2015 05:53

Tomasz Jankowski: Wokół geopolitycznej przyszłości Chin ludowych

Oceń ten artykuł
(10 głosów)

Tomasz Jankowski

Banałem jest stwierdzenie o dynamice historii świata, a więc i geopolityki. Powstawanie nowych imperiów i schyłek starych ma miejsce nieprzerwanie od początku istnienia cywilizacji. Bywają jednak momenty kulminacyjne o kluczowym znaczeniu dla kierunku rozwoju układu globalnych sił.

Wydaje się, że takim zwiastunem był wielki zwrot w polityce międzynarodowej USA tzn. ocieplenie stosunków między Stanami Zjednoczonymi, a Chińską Republiką Ludową po wizycie prezydenta Richarda Nixona 15 lipca 1971 r. Było to, jak wiadomo – długoterminowym efektem rozłamu w obozie państw socjalistycznych. Wydarzenie to stworzyło jednak nieuchronnie bazę do ideologicznego przewartościowania socjalizmu w samych Chinach dzięki czemu kraj ten wyrasta dziś na jedną z najsilniejszych gospodarek na świecie. To właśnie staje się niewygodne dla tych, którzy ponad 40 lat temu podali rękę „porzuconemu młodszemu bratu” Związku Radzieckiego.

1. Socjalizm rynkowy i jego efekty

Bardzo częstym zarzutem, stosowanym przez lewicę wobec modelu rozwoju Chińskiej Republiki Ludowej, jest adaptacja zasad wolnego rynku (czy mówiąc ściślej: kapitalizmu) przez to państwo w okresie rządów Deng Xiaopinga. Nie wdając się jednak w rozważania na temat zastosowania marksizmu na terenie tego kraju, można postawić tezę, że ogromne inwestycje płynące z USA i innych państw świata na teren Chin pozwoliły na wybicie się Państwa Środka do obecnego poziomu rozwoju.

Po pierwsze mowa tu oczywiście o napływie technologii co jest swoistą tajemnicą poliszynela, bowiem każdemu wiadomo, iż Chińczycy lubują się w wytwarzaniu różnego rodzaju tanich podróbek produkcji typu hi-tech. Nie wpływa to jednakże na fakt, że obecnie Chiny mają wszelkie podstawy ku temu, by na wielu polach same być liderem produkcji, z czego wynika kolejny pozytywny efekt. Mowa tu o wzroście bogactwa.

Konkurencyjność chińskiej gospodarki oparta na taniej sile roboczej, ogromne zasoby ludzkie, ale i coraz bardziej chłonny rynek wewnętrzny powodują, iż Produkt Narodowy Brutto, czy po prostu możliwości konsumpcyjne chińskiego społeczeństwa są na tyle wysokie, że ich skala potrafi płatać figle w dalekiej Europie. Przykładem takiej sytuacji był import do Chin mleka w proszku, który kilka lat temu spowodował niewydolność jego produkcji w Holandii.

Kolejny znów ważny aspekt – tym razem społeczny, który można skwitować stwierdzeniem: „dziś już Chińczycy mają co między sobą dzielić”. Mowa tu o tym, co właśnie bliskie jest socjalistycznej aksjologii, czyli lawinowy wzrost wynagrodzeń, szerszy zakres praw pracowniczych i pakiet opieki społecznej. Można oczywiście twierdzić, że w porównaniu do poziomu życia europejskiej klasy pracującej nie jest to żadna nowość, ale takie podejście nie uwzględnia różnic w poziomie ekonomicznego rozwoju, który w Chinach, po latach wojen, okupacji i zacofania był na tragicznie niskim poziomie. W ostatecznym rozrachunku to jednak Chiny mogą sobie dziś pozwolić na społeczny postęp, a nie ich bliscy sąsiedzi, którzy swego czasu pozbawieni ekonomicznej bazy eksperymentowali z nadbudową, jak kambodżański przywódca Pol-Pot czy północnokoreańska monarchia dziedziczna. Różnice między nimi, a Chinami per capita widoczne są gołym okiem.

Koniec końców Chińska Republika Ludowa jest dziś krajem, który dla dalszego rozwoju i wzrostu swojej pozycji w świecie, sam zaczyna być wiodącym producentem wielu branż, a co za tym idzie – potrzebuje rynków zbytu.

2. Ekspansja chińskiej soft power

Jeszcze w latach 1960’, tuż po rozłamie w ruchu komunistycznym, w wielu zakątkach świata atrakcyjny stał się chiński produkt ideologiczny, a więc maoizm, który porywał do walki wiele ruchów narodowowyzwoleńczych na świecie skuteczniej niż uważany za semi-imperialistyczny Związek Radziecki. Nie poszerzało to jednak chińskiej strefy wpływów poza krótkimi i dość marginalnymi wyjątkami, jak wolta hodżystowskiej Albanii, która jednak po latach i tak odwróciła się od tej oryginalnej, z geopolitycznego punktu widzenia, drogi.

Miękka siła dzisiejszych Chin promieniuje prosto z samego ich terenu. Wielkie strefy ekonomiczne siłą rzeczy powodują wizyty z krajów tzw. pierwszego świata, a wieść dotycząca błyskawicznego rozwoju krajowej infrastruktury obiega szerokie rzesze ludzi na całym globie. To właśnie Chiny potrafią zastosować technologie, których innym się po prostu nie opłaca (jak szanghajska kolej magnetyczna) i to Chiny (a nie np. zachodnia Europa) wysyłają samodzielnie ludzi w kosmos.

To nie wszystko. Zdekolonizowana, czy też neokolonialna Afryka, potrzebująca inwestycji korzysta dziś coraz częściej z pomocy (finansowej, ale i technologicznej) właśnie od Chin. Już na starcie Państwo Środka posiada tu lepszą pozycję, ponieważ nie występuje w roli dawnego okupanta. Na dodatek inwestycje Pekinu mają charakter dużo skuteczniejszy z punktu widzenia przeciętnego mieszkańca Czarnego Lądu. Suche kwoty pieniędzy od międzynarodowych instytucji finansowych słane „na pomoc Afryce” zazwyczaj lądują u lokalnego kacyka, który buduje sobie kolejny pałac. Tymczasem afrykańska ludność w coraz większej liczbie miejsc kontynentu może dziś korzystać z efektów właśnie chińskich inwestycji.

Niecałe 7 lat temu w Chinach odbyły się Igrzyska Olimpijskie. Otoczone wieloma (jakże często nadmuchanymi) kontrowersjami, tak czy inaczej pokazały na ekranach telewizorów na całym świecie siłę i skalę wschodzącego mocarstwa. Mowa tu oczywiście nie o miejscu w klasyfikacji medalowej, które jest bardziej symboliką niż realnym miernikiem „wyższości”, ale o samym przedsięwzięciu, którego organizacja nierzadko rujnuje budżety wielu miast i państw. Jednak nie w Chińskiej Republice Ludowej...

3. Reakcja Wuja Sama

Stara zasada mówi, że w przyrodzie zawsze istnieje jakaś równowaga. Ma to również miejsce w rywalizacji mocarstw co objawia się tym, że na miejsce światowego hegemona: Stanów Zjednoczonych Ameryki, pojawił się konkurent w postaci Chińskiej Republiki Ludowej. I to już nie regionalny co widać po zakresie wspomnianych już chińskich inwestycji na świecie.

Gospodarczy klincz między USA, a Chinami polegający na wzajemnym uzależnieniu amerykańskiej produkcji od chińskiej taniej siły roboczej coraz bardziej odchodzi w przeszłość. Poziom żądań płacowych Chińczyków rośnie nieubłaganie – podobnie zresztą jak wymogi dla obcych inwestorów. Częściej słychać już o przypadkach przenoszenia amerykańskiego wytwórstwa z terenu Chin. Mniej to też szkodzi samym Chińczykom, którzy po latach „podpatrywania” są w stanie same przechwycić „mechanizmy” produkcji. Dodatkowo, już po rozwiązaniu Układu Warszawskiego, zasadność inwestycji w konkurenta na południe od ZSRR po prostu się zmniejszyła.

Amerykanie jednak nie próżnują. Wojna na Pacyfiku, która w tożsamości dzisiejszych obywateli USA jest dużo ważniejszym aspektem II wojny światowej niż sama Operacja Overlord, stworzyła całkiem pokaźny zestaw „zdobyczy”, które na mapie przyjmują kształt „geopolitycznego pierścienia”. Od Korei Południowej, przez Japonię, Tajwan, Filipiny, Tajlandię, Birmę aż do Afganistanu rozciąga się cały szereg państw będących albo bezpośrednimi sąsiadami Chin, albo też zgromadzonych blisko chińskiej strefy wpływów.

O samym planie i możliwości zastosowania „pierścienia” należałoby napisać osobny artykuł. Jednak nie ogranicza się on wcale do już istniejących państw, pozostających w dobrej komitywie z USA lub potencjalnie bliskim amerykańskim planom w regionie. Głośna akcja na rzecz niepodległości Tybetu, tak podnoszona przy okazji wspomnianej Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie, ujgurski ruch separatystyczny w regionie Xinjiang czy obecne rozruchy w Hong-Kongu, są w istocie elementem tego samego planu, co doskonale widać na mapie.

4. Czy grozi nam wojna?

Wojna zawsze nam grozi. Jednak perspektywa wybuchu globalnego konfliktu na tle sporu między USA, a Chinami wydaje się być póki co niewielka. Tak naprawdę gra toczy się o rynki zbytu, które już są chłonne (mówimy o odbiorcach produktów wysoko przetworzonych i technologicznie zaawansowanych, a nie o rolnictwie czy surowcach), a więc głównie o Europę. Ta ostatnia nie może więc stać się podmiotem jakiegokolwiek zbrojnego konfliktu, ponieważ straciłaby swoją atrakcyjność.

Wojna domowa na Ukrainie i „oddalenie” od siebie Unii Europejskiej i Federacji Rosyjskiej to, jak już wielokrotnie pisano, ogromny sukces Stanów Zjednoczonych, które dzięki temu urosły do rangi jedynego potencjalnego, tak dużego, partnera handlowego na Starym Kontynencie. Rosja wepchnięta zaś została w objęcia Chin. Nawet jeśli to efekt uboczny, to jednak zamierzony, bo w przeciwnym razie Amerykanom groziłoby powstanie ekonomicznej eurazjatyckiej strefy kontynentalnej, która z pewnością byłaby dla trzeszczącej w posadach gospodarki USA śmiertelną konkurencją.

Chińczycy jednak nadal taką będą. Dlatego „nieruchome lotniskowce” w postaci Japonii, Filipin czy Tajlandii, to nie tyle amerykańskie „bazy wypadowe” do inwazji na Chiny, co argumenty ekonomiczne. Ich zdominowanie może skutecznie zablokować regionalną ekspansję chińskiego eksportu, a w konsekwencji doprowadzić do spadku konkurencyjności gospodarki Państwa Środka, która będzie musiała ciągle odpowiadać na rosnące oczekiwania i możliwości społeczeństwa.

Niejako powracając do pierwszych akapitów tego artykułu, traktujących o marksistowskich teoriach: właśnie takie „powstrzymanie chińskiego rozwoju” może stać się znakomitą bazą ekonomiczną dla wzrostu znaczenia różnego rodzaju sił odśrodkowych w ChRL. Dlatego pytanie zasadnicze kierować należy niczym lustrzane odbicie: czy azjatyckie narody, znajdujące się dziś pod kuratelą USA, zrezygnują z dobrodziejstw chińskiej gospodarki dla zabezpieczenia interesów Waszyngtonu?

Fot. telenote.tumblr.com

Czytany 20986 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 22 styczeń 2015 20:03