wtorek, 08 grudzień 2015 07:36

Tomasz Jankowski: Wojna pomnikowa jako element wizji Polski na arenie międzynarodowej

Oceń ten artykuł
(22 głosów)

Tomasz Jankowski

W minionych tygodniach byliśmy świadkami kolejnego etapu walki z pomnikami w wydaniu polskich władz, tym razem na poziomie samorządu. Wojna ta wcale nie toczy się o pamięć czy „prawdę” – przeciwnie, jest próbą przeforsowania, na poziomie symboliki, konkretnej wizji polskiej obronności. Po demontażu Pomnika Braterstwa Broni w Warszawie, pomnika radzieckiego generała Iwana Czerniachowskiego czy skuciu Orła Białego (sic!) ze szkoły w świętokrzyskiem, przyszła kolej na Mielec. Z krajobrazu miasta zniknął właśnie pomnik postawiony ku pamięci radzieckim żołnierzom, którzy polegli w bitwie o miasto. I to też jest bezpośrednim powodem napisania tego artykułu, jako że jego autor w tej ostatniej miejscowości się wychował.

1. Kto jeśli nie Rosjanie?

Przy całym szeregu pytań i wątpliwości, co do charakteru wchodzącej na ziemie polskie Armii Czerwonej w 1944 roku, należy sobie od razu uzmysłowić sytuację polskiej ludności pod niemiecką okupacją i możliwe drogi jej zakończenia.

Polskie Państwo Podziemne dysponowało słabo uzbrojoną Armią Krajową, co prawda zdolną do pojedynczych akcji o charakterze taktycznym, lecz z pewnością nie o wymiarze strategicznym. Zamachy na nazistowskich oficjeli, odstrzeliwanie konfidentów i wykolejanie pociągów to niestety wszystko, na co było stać tę formacje w danym momencie. Nie odbiera to w żaden sposób heroizmu ani wartości krwi przelanej przez podziemie. Należy jednak umieć realnie je ocenić i pozostając przy roku 1944 przypomnieć sobie, jaką tragedią zakończyła się próba działania samodzielnego tj. Powstania Warszawskiego.

Tymczasem niemiecki okupant z powodzeniem realizował misję eksterminacji narodu polskiego. Polacy byli mordowani na ulicach, wywożeni do obozów zagłady, brutalnie germanizowani czy obciążani pracą ponad ludzkie siły. O tym napisano już wiele. W jednym zdaniu: plan wyniszczenia naszej nacji realizowany był pełną parą. Obok Żydów to Słowianie byli objęci „klauzulą podludzi”. Sytuacja w Polsce była o tyle trudniejsza, że nie podejmowaliśmy systemowych prób kolaboracji, nie tworzyliśmy ochotniczych legionów SS, wręcz w ogóle nie wiązaliśmy się jako masa z nazistowskim reżimem, co temu ostatniemu dostarczało tylko argumentów do rychłej realizacji śmiercionośnych zamiarów.

W tym właśnie momencie na ziemie polskie wchodziła Armia Czerwona. Koniecznym do przypomnienia truizmem jest fakt, że… akurat Polska leżała na drodze do Berlina. Podobną oczywistością jest to, iż żadna inna armia ze wschodu nie szła… oprócz polskiej. Tu przypomnijmy o odważnych żołnierzach, zdobywających przyczółek na warszawskim Czerniakowie, tych którzy jedyny raz w swoim życiu widzieli polskie miasto i w nim polegli. Nie zapominajmy o gestach takich, jak ten, kiedy do Warszawy w styczniu 1945 roku jako pierwsza wkroczyła polska kawaleria, z oficerami II Rzeczpospolitej na czele. Ponowne zaślubiny Polski z (o ile teraz dla nas „większym”) morzem czy słupy graniczne na Odrze – a wreszcie i wspólny polsko-radziecki szturm na Berlin. To były te momenty honoru, jaki Związek Radziecki zdecydował się oddać Polsce, która pierwsza chwyciła za broń przeciwko III Rzeszy.

Oczywiście różowo nie było. Wcześniejsza Zbrodnia Katyńska, rozbrajanie żołnierzy AK, lata katowania polskich bohaterów w czasach stalinizmu czy utrata Kresów Wschodnich – były tymi aspektami, które do dziś kładą się ponurym cieniem na wizerunku radzieckiego żołnierza w Polsce. Zostawmy jednak na boku oceny i skupmy się na możliwej alternatywie.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której Związek Radziecki jednak łamie sojusznicze postanowienia i zawiera z Adolfem Hitlerem rozejm – biały pokój. Rzesza i Kraj Rad wracają do granic sprzed 22 czerwca 1941 roku, a więc praktycznie cały teren dzisiejszej Polski pozostaje pod niemiecką okupacją. A. Hitler przerzuca dywizje ze wschodu na zachód. Nawet, jeśli wojny by nie wygrał, na pewno byłby w stanie przedłużyć ją o kilka lat. Pamiętajmy o tym, że wbrew pozorom 1944 rok to szczyt militarnej produkcji hitlerowskich Niemiec. Kto wie zresztą, czy zachodni alianci nie zdecydowaliby się na oddanie Polski nazistowskiemu przywódcy w zamian za wcześniejszy pokój? Tak czy inaczej dla narodu polskiego wszystkie te scenariusze oznaczałyby kolejne setki tysięcy, a może i miliony ofiar.

Nawet gdyby Zachód jakimś cudem przerzucił na spadochronach wszystkich polskich żołnierzy na teren Generalnego Gubernatorstwa – nie mielibyśmy żadnych szans z niemiecką machiną wojenną, plan wyniszczenia polskości mógłby się po prostu udać! I tu dochodzimy do sedna – niezależnie od tego jak oceniamy okres po 1945 roku – czy nazwiemy go „radziecką okupacją”, czy może „ograniczoną suwerennością”, czy jakkolwiek jeszcze inaczej, wszystko w tamtym momencie było lepsze od kontynuacji niemieckich planów. Nie zmienią tego ani ogrom zbrodni radzieckich w Polsce, ani gwałty, ani polityczne czystki, ani lata bierutowskiego terroru. Bilans jest prosty. Rosyjski żołnierz ginący na polskiej ziemi w 1944 i 1945 roku był siłą rzeczy tym żołnierzem, który ginął za ocalenie narodu polskiego.

2. Ale gdyby jednak Zachód…

Przeciwnicy zachowania miejsc pamięci po rosyjskich żołnierzach II wojny światowej przedstawiają szereg argumentów, z których część wspomniano już wyżej. Gdyby jednak zapytać, czy w takim razie komuś z zachodnich sojuszników takie pomniki się należą, moglibyśmy usłyszeć odpowiedź twierdzącą. Nie? To się przecież już dzieje!

W krakowskim Parku Jordana stoi popiersie płk. Ryszarda Kuklińskiego, którego historię wszyscy znamy. Tworzy on zupełnie absurdalny precedens jeśli chodzi o ocenę naszych dziejów. Gdybyśmy bowiem uznali, że R. Kukliński zrobił słusznie – za zdrajców powinni uchodzić wszyscy inni oficerowie Ludowego Wojska Polskiego, którzy wybrali drogę wierności swojej przysiędze. Nie może być inaczej, to system zerojedynkowy. Jeżeli jakaś konkretna postawa zyskuje miano „słusznej” – wszystkie pozostałe z automatu są „niesłuszne”. A to jest w tym wypadku jednoznaczne stwierdzenie, iż to NATO było wyborem „dobrym” zaś Układ Warszawski tym „złym”. Pomińmy tu oczywistą odpowiedź na pytanie, co w tamtym momencie było realne.

Podobnie rzecz się ma z popiersiem prezydenta USA Ronalda Reagana w warszawskich alejach Ujazdowskim, nomen omen prawie naprzeciw ambasady amerykańskiej, który w czasach stanu wojennego nałożył embargo na handel z Polską. Znowu ten sam problem. R Reagan jest „przyjacielem Polski”, bo zaatakował Polską Rzeczpospolitą Ludową. I nic to, że PRL była wówczas jedyną państwową emanacją narodu, że innej być po prostu nie mogło...

Skoro więc na pomniki zasługują u nas ci, którzy obiektywnie szkodzili Polsce Ludowej, to chyba tym bardziej uzasadnione będzie stwierdzenie, że gdyby to Zachód uwolnił Polskę od niemieckiej okupacji – pełno byłoby pomników amerykańskich marines, brytyjskich lotników czy innych żołnierzy alianckich. Na Polakach ciąży na nas mit o tym, że Polska została ocalona nie przez tych, których powinna. Że „chcielibyśmy” innych. Ta chęć oparta jest jednak niestety na fałszywych przesłankach.

Całkiem słusznie wskazuje się, że Józef Stalin narzucił Polsce Ludowej kształt terytorialny, rząd, ustrój i na prawie 50 lat obecność swojej armii. Czy jednak zachodni sojusznicy postępowali z nami inaczej? Mało kto wie, a trzeba o tym przypominać, że już samo utworzenie rządu na uchodźstwie było efektem ingerencji rządów: brytyjskiego i francuskiego. Nie chciały one uznać przekazania władzy przez prezydenta Ignacego Mościckiego na ręce gen. Bolesława Wieniawy-Długoszewskiego ani też gen. Kazimierza Sosnkowskiego. Zaraz po wojnie obronnej 1939, wśród polskiej emigracji politycznej dokonał się zwyczajny zamach stanu. Francuzi i Brytyjczycy uznali taki rząd polski, jaki chcieli, zupełnie przy tym pomijając zapisy Konstytucji kwietniowej. Nieistotne jest to, jak oceniamy sanację i jej elity. Analogia z PKWN narzuca się sama.

Idąc dalej, jak wyglądałyby polskie granice gdyby to zachodni alianci przybyli nad Bug? Na pewno nie dotarliby dalej. Nie tam gdzie stał już radziecki żołnierz w „wyzwolonych zachodnich częściach Ukrainy i Białorusi”. Kresy Wschodnie były więc już nie do odzyskania. Za to na zachodzie Polska mogłaby powrócić do granic II RP, o co przecież rząd na uchodźstwie usilnie zabiegał. Zapewne tak by się zresztą stało, ponieważ wysoce wątpliwe jest, by alianci chcieli aż takiego osłabienia powojennych Niemiec. Byłyby one przecież jedyną tak dużą zaporą przed „rozprzestrzenianiem się” komunizmu w regionie.

Wreszcie rzecz ostatnia – ustrój. Polska przyjęłaby Plan Marshalla, triumfalnie na lufach amerykańskich czołgów wkroczyliby do niej Panowie z rządu na uchodźstwie, którzy nie mając innego wyjścia zrobiliby dokładnie to samo, co współcześni nam liberałowie po 1989 roku – wpuściliby tu zachodni kapitał z łatwo dającym przewidzieć się efektem. Dobrze to czy źle? Nieważne. Jeżeli chcemy za punkt wyjścia wziąć suwerenność państwową – wychodzi dokładnie na to samo.

Polska nie przegrała II wojny światowej ani 8 ani 9 maja 1945 roku. Przegrała ją 5 października 1939 po bitwie pod Kockiem. Dalsze losy narodu polskiego były już zależne od tego, co ustalą inni. Najgorszym, co nas spotkać mogło i spotkało, była niemiecka okupacja a priorytetem warunkującym nasze przetrwanie było jej zakończenie. Teoretycznie opcje były dwie i do tego równoważne. W praktyce zaś – tylko jedna...

3. Po co więc to wszystko?

Postrzeganie historii w Polsce skażone jest naiwnym przekonaniem, że w stosunkach międzynarodowych istnieją „przyjaciele i wrogowie”, a nie interesy. Tyle, że bez tego przekonania runęłyby wszystkie metapolityczne podwaliny obecnego systemu, w tym zwłaszcza strategia polskiego bezpieczeństwa.

Oficjalna wykładnia III Rzeczpospolitej mówi nam przecież, że w 1989 roku odzyskaliśmy wolność. Z rozrzewnieniem przypomina się o tym jak w 1993 roku ostatnie jednostki radzieckie opuściły Polskę. Ci sami, którzy o tym mówią najgłośniej, jednocześnie rozpaczliwie apelują o rozmieszczenie w Polsce wojsk amerykańskich. Niestety skutecznie. Symptomatyczne, że te środowiska uwielbiają siebie określać mianem „opcji patriotycznej”, a przecież na obecność Rosjan po 1945 roku nie mieliśmy żadnego wpływu, podczas gdy rządy III RP o tak kluczowych kwestiach podobno decydują samodzielnie.

Skoro więc wpuszczamy wojska amerykańskie na miejsce rosyjskich – znaczy to, że US Army jest po prostu „lepsza”. Skoro to Bruksela, a nie Moskwa może narzucać nam system ekonomiczny, kapitalizm jest od socjalizmu podobnie „lepszy”. Skoro dziś nie wojujemy już o Lwów, to znaczy tylko tyle, że „lepiej” by zagarnęła go (zwłaszcza prozachodnia) Ukraina niż Związek Radziecki. I nie ma więc miejsca na pomniki rosyjskich żołnierzy, gdyż to nie oni są tymi „lepszymi”.

Zwróćmy uwagę na to, że jest to właściwie strategia obecnego systemu politycznego, niezależnie od tego czy rządzą neoliberałowie czy neokonserwatyści. W kontekście wizji bezpieczeństwa kraju nie wywołuje to bowiem żadnych zmian. A ona musi posiadać solidne podstawy, aby Polaków przekonać, że czarne jest białe. I to się udaje. Awangardę obalającą radzieckie miejsca pamięci stanowią przecież „antysystemowi patrioci”, którzy kupują w tej kwestii po pierwsze narrację elit (a nawet domagają się jej pilnej materializacji!), a po drugie cały wystrój, począwszy od ubrań przez oznaczenia, aż po płótna sławiące oddziały tych czekających na „prawdziwe wyzwolenie z zachodu” – czym zresztą pozwalają sowicie dorobić się swoim szamanom…

Socjotechnika jest więc w tym wypadku bardzo skuteczna, a u jej źródeł leżą błędne przekonania o przynależności Polski do „lepszego Zachodu”, o rosyjskim zagrożeniu, o wspaniałości reform III RP. Właśnie na tle Rosjan wyglądamy tu jako naród bardzo blado. Na wierzch wydostają się z nas wszelkie kompleksy. Niemal równo rok temu Rosjanie otworzyli w Państwowym Muzeum Historii Gułagu w Moskwie wystawę „Cierpieniu – prawdę, zmarłym – modlitwę”, upamiętniającą Polaków pomordowanych w dawnym ZSRR. Oni potrafią krytycznie rozliczyć się ze swoimi, nawet niedawnymi, dziejami – zaś my w tym czasie, w imię zachodnich interesów opluwamy pamięć poległych za nasze ocalenie.

Na zakończenie należy dodać, że „młodzież narodowa”, tak często cytująca Romana Dmowskiego, wcale nie ma zamiaru się zdobyć na głębszą refleksję o współczesności niż wyznacza jej obecny establishment. „Bardziej nienawidzą Rosji, niż kochają Polskę” – te słowa wspomnianego lidera przedwojennej endecji pasują jak ulał do uzurpatorów kontynuacji obozu narodowego. A wynika to znowu z braku umiejętności realnej oceny potencjału Rzeczpospolitej. Czas najwyższy byśmy swoją niezależność nauczyli się budować nie na rachunku krzywdy wobec sąsiadów, ani nie na poczuciu wyższości w kierunku wschodu i jednoczesnym kompleksie niższości wobec zachodu. Nie na bajaniu o „Wielkiej Polsce od morza do morza”, przeciwko której wystąpiliby naraz przeciw nam prawie wszyscy nasi sąsiedzi, ani nie na bezmyślnym słuchaniu się „wujka zza oceanu”. Rozsądną samodzielność moglibyśmy zacząć choćby od szacunku dla krwi przelanej za to, byśmy w ogóle mogli być Polakami. Inaczej trudno będzie nauczyć się myśleć w kategoriach naszego interesu...

Fot. www.kamionek.waw.pl

Czytany 3133 razy