sobota, 29 listopad 2014 01:00

Tomasz Jankowski: Siły NATO w Europie Środkowo-Wschodniej - konsekwencje dla regionu

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

Tomasz Jankowski

W efekcie wojny domowej na Ukrainie i kryzysu w stosunkach na linii Unia Europejska-Rosja, coraz bardziej popularną ideą staje się rozmieszczenie w krajach Europy Środkowo-Wschodniej sił NATO. Mowa tutaj nie tylko o „szpicy”, która miałaby stacjonować w Polsce, ale także o potencjalnych bazach mogących funkcjonować w krajach takich jak Estonia, Łotwa, Litwa, ale też Rumunia i Bułgaria. Nietrudno zauważyć, że mowa o państwach geograficznie będących granicą NATO, co niesie ze sobą tym samym aspekt geopolityczny. Na wschód, znajdują się strategiczne z punktu widzenia rosyjskiej obronności tereny takie jak Ukraina, Białoruś i co może również kluczowe – Morze Czarne.

Wśród elit politycznych wymienionych krajów panuje przekonanie o konieczności podjęcia militarnych kroków w obliczu rzekomego zagrożenia rosyjską inwazją jakie miało się wytworzyć po krymskim referendum i trwającej wciąż wojnie w Ługańszczyźnie i Doniecczyźnie. W argumentacji za tym posunięciem zazwyczaj na czoło wysuwa się słowo-klucz – bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo, którego gwarantem ma być przyjęta a priori zasada jakoby atak na państwo, w którym przebywają oddziały NATO, oznaczał wojnę z całym układem. Mamy tu do czynienia oczywiście z powtarzaniem tej samej treści, co przy każdej okazji rozszerzania paktu o nowe kraje. Wszyscy pamiętają szumne zapowiedzi o tym, jak to „atak na państwo NATO = wypowiedzeniu wojny całemu sojuszowi”. Niezależnie jednak od tego, jak to w końcu jest, oczadzeni wojenną propagandą zapominamy o całym szeregu wątpliwości pojawiających się przy tego typu projektach.

Krok nie tylko ryzykowny…

Jednym z mitów założycielskich liberalnej demokracji w krajach i na terenach dawniej należących do Układu Warszawskiego jest „odzyskanie suwerenności” przez dawne i nowe podmioty państwowe. Oczywiście pełna suwerenność w zglobalizowanym świecie jest dzisiaj utopią, ale pewne minimalne jej pryncypia można wskazać, choćby na wykazaniu przeciwieństwa wobec praktyki obozu radzieckiego. Polski przypadek znamienny jest o tyle, że nie użyliśmy żadnego z mechanizmów demokracji bezpośredniej zarówno w kwestii wstąpienia do Układu Warszawskiego, jak i do NATO. Nie ma też planów by zapytać naród o to, czy życzy sobie (bądź co bądź) obcych wojsk na terenie Rzeczpospolitej. Bardziej niepokojące sygnały nadchodziły z samej ambasady USA w Warszawie, skąd informowano polski rząd o planowanym przybyciu posiłków zza oceanu, co jest jawnym pogwałceniem nawet oficjalnej suwerenności.

Trzeba jednak wiedzieć, że siły NATO, przebywające w danym kraju, nie podlegają prawnej jurysdykcji danego państwa, a więc nawet jeśliby decyzja o ich przyjęciu była podjęta zgodnie z zachowaniem wszelkich procedur, jakie powinny mieć miejsce w niezależnym państwie – jest ona równoznaczna z wyrzeczeniem się suwerenności. Nie chodzi tu o rozstrzyganie słynnego Rousseau’owskiego dylematu, ale zdaje się, że stoi to w poprzek mitu o wyzwolicielskiej roli metapolitycznego systemu, przyjętego przez zainteresowane państwa po 1989 roku.

Co więcej, w wypadku rozszerzania, a nie ograniczania obecności sił NATO w Europie, swoją szansę na realną podmiotowość na scenie międzynarodowej traci projekt Unii Europejskiej. Polityka obronna, oddana w ręce dyrygowanego zza oceanu sojuszu, to krok do uzależnienia decyzji brukselskich oficjeli od kół militarnych w Waszyngtonie. Integracja europejska, nawet w długofalowej perspektywie, nie jest już w stanie przedstawić realnej oferty dla obszarów europejskich leżących na wschód od obecnej granicy UE. Polityczny sens traci więc… Partnerstwo Wschodnie tak lansowane w obecnej formie m.in.. przez polskie władze. Te same siły, które mówią o konieczności deeskalacji konfliktu są dzisiaj w stanie zaryzykować przyszłość sztandarowego projektu politycznego w Europie po II wojnie światowej, by doprowadzić do nowej zimnej wojny, nieco tylko wysuniętej na wschód. Nie ma bowiem realnego zagrożenia jakąkolwiek interwencją rosyjską w Polsce, Rumunii czy Bułgarii. Jeśli zaś mówimy o państwach bałtyckich, to wystarczy, aby przestrzegały one… unijnych standardów, by nie konfliktować władzy z mniejszością rosyjską. Warto zaznaczyć, że leży to również w interesie polskim, a mówiąc ściślej: mniejszości polskiej na Litwie, która stała się ofiarą patologicznych prób budowania litewskiej tożsamości w obecnych czasach.

Skoro jesteśmy już przy Polsce, to warto zwrócić uwagę na odmienny do obecnej sytuacji stosunek krajów Grupy Wyszehradzkiej. Zarówno Czechy, Słowacja jak i Węgry pozostają sceptyczne co do zaogniania stosunków z Federacją Rosyjską i rugowania jej w projektu budowy zbiorowego bezpieczeństwa w Europie. Podejrzliwym jastrzębiom polskiego atlantyzmu odpada nawet argument „tradycyjnej rusofilii Czechów i Słowaków”, którego przecież nie sposób odnieść do Węgier. A racjonalność postawy naszych południowych sąsiadów oraz Madziarów ma podstawy przede wszystkim w ekonomii.

…ale i kosztowny

Europejskie sankcje, co było do przewidzenia, odbiły się podobną reakcją w Federacji Rosyjskiej, co wymusiło duża partycypację polskiej gospodarki. Nie znamy jeszcze co prawda wyników ostatecznych, ale szacuje się, że wzrost naszego PKB w wyniku załamania będzie o ok. 1% mniejszy niż w prognozach. Co ciekawe duża w tym „zasługa” embarga ukraińskiego, które w osobliwym „geście przyjaźni” nałożyły na nasze produkty postmajdanowe władze. Tak czy inaczej drogą do naprawy stosunków gospodarczych Unia Europejska-Rosja nie jest na pewno oblepianie kontynentu obwieszczeniami o nadchodzącej wojnie, a przecież niczym innym jak działaniem w tym kierunku jest właśnie dyslokacja sił NATO w ten rejon .

Przy wszystkich innych kosztach pewnie najmniejszym będzie sama kwestia utrzymania stacjonujących wojsk, ale również warto o niej wspomnieć. Tylko pozornie paradoksem są takie roszczenia, co do eksterytorialności tych jednostek wojskowych – w końcu „bronią naszego bezpieczeństwa”. Obrońcy ci są na dodatek wyjęci spod prawa i nie podlegają jurysdykcji naszych sądów nawet w wypadku popełnienia pospolitych przestępstw, co działo się w przeszłości w różnych miejscach na świecie, gdzie stacjonowali „żołdacy Wolnego Świata”.

W tej sprytnej grze chodzi jednak o coś innego, co będzie miało wpływ na zasobność naszej kieszeni i budżetowe obciążenia „chronionych” państw. Kończy się kadencja amerykańskiego prezydenta Baracka Obamy, którego „dorobek” w polityce zagranicznej zamyka się na doprowadzeniu do destabilizacji Maghrebu, Bliskiego Wschodu i Ukrainy. Polityka agresywnego mocarstwa, jakim są Stany Zjednoczone, dyktowana jest w dużej mierze przez lobby wojskowe i przemysł zbrojeniowy, którego produkcja wyznacza nie tylko kierunek ekspansji, ale też realny kształt federalnego budżetu. I wbrew pozorom tu akurat należy Waszyngton rozumieć, że za bajkę o czyhającym na nas rosyjskim niedźwiedziu zapłacić musi jej czytelnik, a nie producent. Wolny rynek to nie przelewki, zwłaszcza gdy chodzi o tak wielkie kwoty. Zwiększenie wydatków na obronność w państwach zainteresowanych stacjonowaniem wojsk NATO jest w prostej linii powiązane z poszukiwaniem przez amerykańską zbrojeniówkę nowych rynków zbytu dla technologii najwyraźniej nie odpowiadających wymogom samego imperium. Bo nikt chyba nie chce zasugerować, że Amerykanie „po przyjacielsku” dzielą się z nami swoimi najnowszymi hitami ze Strefy 51?

Czy potrzebujecie państwo ochrony?

Obronność, bezpieczeństwo czy zdolność do odparcia ataku to bardzo dobrze brzmiące slogany, dzięki którym wielu producentów broni dorobiło się już sporych fortun. Jeśli jednak stoimy twardo na ziemi, a w jakimś stopniu zależy nam na własnej skórze, to jest oczywiste, że będą one zawsze priorytetami politycznych podmiotów na scenie międzynarodowej, niezależnie od tego czy są to autonomiczne regiony, państwa czy też ich konfederacje. Stosunek władz USA do państw Europy Środkowo-Wschodniej w tej materii przypomina jednak nie tyle sojuszniczą współpracę, a symboliczną scenę z gangsterskich filmów, w których grupa troglodytów „prewencyjnie” wybija szybę sklepikarzowi, by zapytać czy nie chce czasem zainwestować w ochronę.

Fot. foreignpolicyblogs.com
Czytany 5835 razy Ostatnio zmieniany sobota, 29 listopad 2014 09:12