środa, 23 listopad 2016 17:25

Tomasz Jankowski: 8 kolejnych lat rządów Prawa i Sprawiedliwości

Oceń ten artykuł
(18 głosów)

Tomasz Jankowski

Niniejszy tekst jest intelektualną zabawą z zakresu tego, co może się wydarzyć w najbliższej przyszłości. Jego celem nie jest jednak żartowanie z obecnej sytuacji międzynarodowej lub wewnętrznej polityki polskiej, ale raczej ostrzeżenie przed możliwymi następstwami kontynuacji kierunku obecnej władzy w stosunkach z innymi państwami, jak i obojętności polskiego społeczeństwa wobec tego, co dzieje się na salonach Rzeczpospolitej. Przedłożony scenariusz i wnioski z niego płynące mają charakter fikcyjny, jednak założony bieg rozwoju sytuacji międzynarodowej jest jak najbardziej możliwy w najbliższej przyszłości. Miejmy jednak nadzieję, by jego urzeczywistnienie nie nastąpiło.

2017
Rok 2017 rozpoczął się od długo wyczekiwanego wydarzenia, kiedy to 20 stycznia Donald Trump objął urząd prezydenta USA. Nowy przywódca, choć już wcześniej zdążył się wycofać z wielu swoich obietnic wyborczych, rozpoczął swoją kadencję od „polowania na czarownice”. „Czarownicami” okazały się różne gangi złożone z imigrantów, najczęściej latynoamerykańskich, których spektakularne zatrzymania przez FBI, nadawała czasami na żywo telewizja Fox News. Utwardziło to elektorat Trumpa oraz pozyskało mu nowych wyborców, najczęściej ofiary rzeczonych gangów. Sondaże od razu pokazały zauważalny wzrost poparcia dla nowej władzy.

Na gruncie międzynarodowym Trump zapowiedział rewizję dotychczasowej polityki na Bliskim Wschodzie. Już w lutym 2017, kiedy to w Tel Awiwie spotkali się nowy prezydent USA i przywódca Federacji Rosyjskiej Władimir Putin. Lakoniczne relacje medialne z tego spotkania i frazesy o „pokoju” czy „zwalczaniu międzynarodowego terroryzmu” nie uśpiły jednak czujności publicystów z całego świata. W Polsce Dawid Wildstein napisał dla „WSieci” duży artykuł z tezą, że „USA w imię zachowania wpływów w Iraku, pozwalają Rosji mordować chrześcijan w Syrii”. Niemniej jednak, choć rzeczywiście dało się zauważyć pewne odprężenie w stosunkach Rosja-USA, a w ofensywie przeciwko Państwu Islamskiemu i innym grupom rebelianckim, nastąpiła ostrożna koordynacja sił, to walka przynosiła tylko pozorne efekty. Atak lotnictwa rosyjskiego na Rakkę wydawał się rozstrzygnąć wojnę, ale armia syryjska wciąż nie była w stanie zdobyć nieformalnej stolicy IS. Podobnie w Iraku, gdzie pochód Kurdów na Mosul był wydatnie wspierany przez lotnictwo USA, ale i tam siły lądowe zatrzymały się na rogatkach miasta. Dla polskich władz przedmiotem zmartwienia było jednak przede wszystkim wstrzymanie decyzji o wysłaniu do Polski kontyngentu US Army, czego prezydent USA nie tyle odmówił, co zaznaczał konieczność odrębnego porozumienia i nowych warunków współpracy, jednocześnie zapewniając Polaków, że Ameryka zawsze pozostanie przyjacielem Polski i pomna historii Pułaskiego oraz Kościuszki, będzie rozwijać polsko-amerykańską współpracę.

W kwietniu odbywały się wybory prezydenckie we Francji, gdzie jak nietrudno było się domyśleć, do drugiej tury przeszła Marine Le-Pen oraz kandydat sił liberalno-demokratycznych Alain Juppe. Agresywna kampania przed drugą turą, łudząco przypominała tą, kiedy w szranki stanął ojciec obecnej liderki Frontu Narodowego i Jacques Chirac. Tym razem jednak nie cała francuska lewica chciała poprzeć demokratyczną prawicę. Poparcia odmówił Jean Luc Melenchon, lider Frontu Lewicy i kandydat, który w pierwszej turze uzyskał 10% poparcia, wezwał on swoich wyborców by oddali głos „zgodnie z sumieniem”. Drugą turę wygrał jednak Juppe, ale tylko w stosunku 54-46 co zwiastowało przełom na francuskiej scenie politycznej. Było już jednak wiadomo, że w połowie 2017 roku Unia Europejska utrzyma sankcje przeciw Rosji.

Tymczasem jednak premier Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej Theresa May rozpoczęła negocjacje ws. warunków Brexitu co dla wszystkich euroentuzjastów wydawało się smutną, ale jednak koniecznością. Po podpisaniu porozumienia rozpadła się frakcja Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w Parlamencie Europejskim, przez co Prawo i Sprawiedliwość zostało w Europie całkowicie osamotnione. Część bardziej umiarkowanych europosłów PiS próbowała negocjować powrót do EPL, ale te konsultacje blokowała zarówno Platforma Obywatelska jak i Jarosław Kaczyński, który dowiedziawszy się o nich, zrugał swoich eurodeputowanych. W każdym razie opadł entuzjazm po zablokowaniu dojścia do władzy Frontu Narodowego we Francji, a Le-Pen dostała wiatru w żagle i zaczęła żądać referendum ws. Frexitu. Francuskie elity skutecznie omijały temat, ale dało się wyczuć, że w społeczeństwie nad Loarą, idea wypowiedzenia się w tej sprawie, stawała się coraz bardziej popularna.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości, w połowie 2017 roku przygotował ustawę, która uprawniła do korzystania z opieki zdrowotnej wszystkich obywateli, bez względu na ubezpieczenie, czyli sztandarowy projekt ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła, co w efekcie zahamowało spadek poparcia dla PiS. Wprawdzie liberalna opozycja, głosem Ryszarda Petru, podnosiła głosy, że to „bilet dla gapowiczów do lekarza”, ale głos ten pozostał niesłyszalny. Choć rząd Beaty Szydło i tak poniósł sromotną porażkę w kwestii Trybunału Konstytucyjnego (nie udało się zapewnić większości sędziowskiej), to liczył jeszcze, że TK spróbuje zablokować reformę służby zdrowia, ale sędziowie doskonale wiedzieli, że zablokowanie takiej ustawy zwiększy tylko poparcie dla idei „zrobienia porządku” z trybunałem.

Tymczasem zbliżały się wybory parlamentarne w Niemczech, a Angela Merkel wydawała się być w coraz większych opałach. Sprawa uchodźców zdominowała niemiecką scenę polityczną, a odór błędnej koncepcji polityki w tym zakresie, spadał na niemiecką liderkę. Niemniej jednak koalicja CDU-CSU zdołała wygrać wybory, choć już tylko z 30% poparciem. Aż 17% dostała antyimigrancka, prawicowa Alternative für Deutschland, a 13% radykalnie lewicowa Die Linke co oznaczało, że siły antysystemowe mają tyle samo poparcia, co partia rządząca. 19% wynik SPD nie pozwalał na odtworzenie wcześniejszej koalicji, ale w niemieckim parlamencie znalazły się też liberalna FDP (powrót po czterech latach) oraz Zieloni z poparciem rzędu 10%. W końcu powstała Wielka Koalicja „prawicowo-lewicowa”, a w opozycji zostały tylko wspomniane AfD i Linke. Pozwalało to jednakże utrzymać obecny kurs polityki zagranicznej i przygotować rozwiązanie dla imigrantów. Angela Merkel stanowczo zaznaczyła, że odmowa wsparcia przez inne kraje UE będzie traktowana jako niesubordynacja, a wobec takich krajów zostaną wstrzymanie wypłaty unijnych dotacji. Europa Środkowo-Wschodnia, znów stanowczo odrzuciła takie warunki, co zwiastowało kryzys w Unii Europejskiej.

2018

Styczniowy szczyt krajów UE nie przełamał pata. Nieformalne przywództwo nad krajami Europy Środkowo-Wschodniej przejął Witold Waszczykowski, minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej. Gra, którą podjął, była dość ryzykowna. Polityk wiedział, że Amerykanie nie kwapią się na wysłanie Polsce swoich wojsk, więc w kuluarach proponował przedstawicielom krajów bałtyckich postawienie Niemcom warunku ws. uchodźców, polegających na tym, że w zamian za zgodę na relokację w regionie przybyszów z innych krajów, Niemcy zgodzą się na przesunięcie amerykańskich baz z ich terenu do Polski i innych państw graniczących z Rosją. Choć nie dało się wyczuć entuzjazmu ze strony szefów dyplomacji Litwy, Łotwy i Estonii, minister Waszczykowski złożył tę propozycję Frankowi Watlerowi Steinmeierowi, swojemu niemieckiemu vis a vis. Najwidoczniej jednak nic z tego nie wyszło. Telewizja Polska przedstawiała na pocieszenie jako sukces polskiej dyplomacji fakt przedłużenia sankcji wobec Rosji, ale Berlin okazał się i tak bezlitosny i miało się stać tak, jak postanowiono wcześniej: kraje odmawiające przyjęcia uchodźców, będą karane wstrzymaniem wypłat unijnych środków.

Długo oczekiwana wizyta prezydenta USA Donalda Trumpa oraz medialny atak na Donalda Tuska miały przykryć fakt przyjęcia przez rząd pierwszych transportów uchodźców. Prawo i Sprawiedliwość doskonale wiedziało, że nie może sobie pozwolić na wstrzymanie dotacji dla Polski, bo skończy się to bankructwem budżetu. Specjalnie przygotowane ośrodki dla uchodźców były obstawione przez ochronę, która nie dopuszczała do płotów dziennikarzy i choć niemieccy Zieloni protestowali przeciwko „niehumanitarnym warunkom”, a Partia Razem i Akcja Demokracja na czele z Bogumiłem Kolmasiakiem organizowały protesty pod ośrodkami dla uchodźców, to jednak rządzący wyszli obronną ręką, bo udało się dotrzymać warunków Berlina, jak i uspokoić własny, przestraszony imigrantami, elektorat. Przeciwko przyjęciu transportów protestowało tylko Kukiz’15 wspierany przez narodowców, ale akurat te organizacje skrzętnie omijały media liberalne, które chcąc nie chcąc – broniły w ten sposób rządu.

Komisja śledcza ds. afery Amber Gold w końcu dopięła swego. Przed komisją stanął Donald Tusk, któremu zarzucano tolerowanie tego przedsięwzięcia. Choć Tusk bronił się dzielnie, to jednak znów z pomocą rządowi przyszły propisowskie media, wycinając z kontekstu wypowiedzi byłego premiera RP oraz w relacjach pokazując te fragmenty jego zeznań w których zdarzało mu się jąkać. Igrzyska dały jednak spodziewany efekt. Paweł Kukiz przestał interesować się imigrantami, a zaczął znęcać nad rządem PO-PSL lat 2007–2015, co jednak spowodowało w efekcie kolejny tylko spadek poparcia dla jego formacji.

Jeszcze na kilka tygodni przed wizytą D. Trumpa, minister obrony Antoni Macierewicz przedstawił nowe fakty ws. katastrofy smoleńskiej, wg których na zwłokach ofiar znaleziono poparzenia „z pewnością nie pochodzące z pożaru w samolocie” oraz upubliczniono rozmowę Ewy Kopacz z oględzin ciał tuż po katastrofie. Za najbardziej skandaliczne uznano słowo „dziwny smród” co było interpretowane jako wiedza nt. przyczyn katastrofy. Macierewicz zapowiedział, że ws. raportu dotyczącego śledztwa powinna powstać sejmowa komisja śledcza i w pierwszej kolejności przesłuchać znowu Donalda Tuska, jak i wspomnianą Ewę Kopacz.

Wizyta prezydenta USA w Polsce przypadła na 4-5 czerwca 2018 roku. Trump wziął udział w obchodach rocznicy pierwszych wolnych wyborów. Politycy PiSu skorzystali z okazji i w obecności przywódcy Stanów Zjednoczonych 4 czerwca wspominali głównie obalenie rządu Jana Olszewskiego w 1992 roku. Dzień później, amerykański przywódca przystał na propozycję rządu RP i zgodził się na rozmieszczenie w Polsce wojsk USA, pod warunkiem jednak, że wszystkie koszty poniosą bezpośrednio polskie władze. Ten ostatni aspekt skrzętnie omijano w „reżimowych mediach”, ale prezydent Andrzej Duda zapewniał, że to wcale nie jest wygórowana cena w zamian za „wieczyste bezpieczeństwo”, a Ameryka tym samym udowadnia jak wielką wartość ma dla niej sojusz z Rzeczpospolitą.

Polscy neokonserwatyści nie chcieli zauważyć, że z Warszawy, Trump poleciał prosto do Moskwy, by rozmawiać na temat Ukrainy, gdzie zresztą zbliżały się kolejne wybory parlamentarne, a tragicznie niski poziom poparcia dla sił „majdanowych” zwiastował możliwość przełamania status quo. Putin przyjął Trumpa bardzo godnie i obaj panowie szybko przeszli do konkretów. Choć amerykański prezydent chciał postawić na swoim, to jednak został skutecznie wymanewrowany, czego na początku nie dało się zauważyć. Rosyjski przywódca oczywiście zastrzegł, że Rosja nie uzna niepodległości DRL ani ŁRL oraz, że jest w stanie zgodzić się na bezwarunkowy ruch Ukrainy z Krymem „jeśli tylko będzie taka wola ze strony władz Ukrainy”. Trump chciał jednak iść dalej, zaproponował zaprzestanie wsparcia dla obu walczących stron, na co prezydent FR odpowiedział, że dostaw broni Rosja nie organizuje, ale ma moralny obowiązek dostarczać dla ludności pomoc humanitarną tym bardziej, jeśli nie wywiązuje się z tego Ukraina. Nie do końca było wiadomo czym zakończyły się ustalenia rosyjsko-amerykańskie, ale do Kijowa na rozmowy z Petrem Poroszenką poleciał już tylko zastępca prezydenta USA, Trump zaś ostentacyjnie wrócił do Waszyngtonu.

Miesiąc później, wizytę w Moskwie (acz nieoficjalną) złożył premier nieuznawanej Donieckiej Republiki Ludowej, Aleksander Zacharczenko. Tuż po niej Ukraina zapowiedziała zawieszenie jakichkolwiek operacji na froncie. W obecności Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki uroczyście wyznaczono strefę zdemilitaryzowaną w obwodach donieckim i ługańskim oraz zobowiązano się do wycofania batalionów ochotniczych z obu stron frontu. To oraz amnestia dla walczących po stronie Noworosji, a także uznanie ich czynnego oraz biernego prawa wyborczego, spowodowało protesty ukraińskich nacjonalistów przeciw Poroszence, jak i międzynarodowych ochotników w kierunku Zacharczenki w Doniecku. Tyle tylko, że zmęczona wojną ludność Ukrainy i Noworosji, nie miała ani sił ani ochoty, aby je poprzeć. Wszyscy czekali na wybory.

Hitem kampanii było utworzenie ruchu „Pokój i Jedność” przez Zacharczenkę, który deklarował powrót zbuntowanych republik w skład Ukrainy, gdyby tylko jego partia wygrała wybory. Z miejsca sondaże dawały mu ok. 15% poparcia, podobnie jak Blokowi Opozycyjnemu, złożonemu z luminarzy dawnej Partii Regionów. Siły promajdanowe wciąż były rozbite. Blok Poroszenki i Front Ludowy Arsenija Jaceniuka nie chciały iść razem do wyborów. Zblokowały się za to Prawy Sektor i Swoboda, ale to nie one były głównymi rozgrywającymi. Nieoczekiwanie entuzjazm wobec planów Pokoju i Jedności wyraziła partia Oleha Liaszki, który na dodatek atakował w kampanii wszystkich oligarchów. Wyniki pokazały kompletne rozbicie sceny politycznej na Ukrainie:

Pokój i Jedność – 18%;
Radykalna Partia Oleha Liaszki – 17%;
Blok Opozycyjny – 14%;
Blok Poroszenki – 14%;
Front Ludowy – 12%;
Swoboda i Prawy Sektor – 10%;
Komunistyczna Partia Ukrainy – 2%.

Parlamentarna arytmetyka w Radzie Najwyższej nie pozwalała na koalicję Jakuba Bojki i Zacharczenki, ale do rozmów zaproszono Liaszkę, który objął ministerstwo ds. pojednania w zamian za co zgodził się poprzeć kandydaturę Zacharczenki w wyborach prezydenckich, które odbyły się miesiąc później. Zacharczenko zwyciężył już w pierwszej turze dostając 52% poparcia, a to głównie dlatego, że swoich kandydatów nie wystawiła ani lewica, ani zgodnie z umową nie wystartował Liaszko. Ich poparcie zapewniło zwycięstwo byłemu premierowi DRL. Pierwszym krokiem nowych władz było zawieszenie funkcjonowania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską oraz oficjalne rozwiązanie władz DRL jak i ŁRL. Nie mogła jednak realizować się zapowiadana polityka „antyoligarchiczna” ze względu na udział w koalicji Bloku Opozycyjnego, który sam był zinwigilowany przez ukraińskich bogaczy. Póki co jednak, sam proces pokojowy, wystarczył do utrzymania poparcia dla rządu.

Choć w Polsce zbliżały się wybory samorządowe, to jednak rząd bacznie obserwował to, co działo się za wschodnią granicą. Andrzej Duda ostentacyjnie, zaraz po przegranych wyborach prezydenckich przez siły promajdanowe, przyjął u siebie Petra Poroszenkę zapewniając wsparcie dla tych sił. Kukiz’15 okrzyknął to skandalem, co jednak miało mu się już niedługo odbić czkawką.

W wyborach samorządowych, w skali kraju zwycięstwo odniosło Prawo i Sprawiedliwość, ale zawdzięczało to głównie głębokim podziałom w liberalnej opozycji startującej aż pod trzema szyldami. Platforma Obywatelska pod wodzą Grzegorza Schetyny nie chciała dzielić poparcia z .Nowoczesną i Unią Europejskich Demokratów, za to zblokowała się z Polskim Stronnictwem Ludowym, przewidując, że taka koalicja da jej zwycięstwo w większości województw. Wybory okazały się porażką przede wszystkim dla Kukiz’15, który zyskał bardzo mało miejsc w sejmikach wojewódzkich. W kilku województwach próg 5% przekroczyła Partia Razem, ale w związku z niekorzystną ordynacją wyborczą, pozwoliło jej to tylko na wprowadzenie kilku radnych. Ciekawym aspektem był start Komitetu Wyborczego ZMIANA – Uwolnić Piskorskiego, który choć nie uzyskał znaczącego poparcia, to jednak spopularyzował w polskim społeczeństwie sprawę przetrzymywanego w areszcie Mateusza Piskorskiego, lidera oskarżanej o sprzyjanie Rosji, partii Zmiana. Zbiegło się to z postanowieniem Trybunału Sprawiedliwości w Strasbourgu, który wezwał do jego uwolnienia z półtorarocznego aresztu, co też w krótkim czasie nastąpiło. Koordynatod służb specjalnych Mariusz Kamiński odmawiał komentarza, upierając się przy tezie, że zatrzymanie lidera Zmiany było powodowane koniecznością dbania o interes państwa. W każdym razie, w skali kraju PiS nie odnotował znacznego sukcesu, ale na „ścianie wschodniej” utrzymał władzę w kilku województwach. Wyniki prezentowały się następująco:

Prawo i Sprawiedliwość – 32%;
Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe – 23%;
.Nowoczesna – 12%;
Kukiz’15 – 7,8%;
Lewica Demokratyczna (SLD+UP+Zieloni+PPS+IP) – 5,6%;
Partia Razem – 5,2%;
Wolność – 4,9%;
Unia Europejskich Demokratów – 3,3%;
ZMIANA Uwolnić Piskorskiego – 2,2%.

2019

Wreszcie nadszedł wyczekiwany przez opozycję rok wyborów parlamentarnych w Polsce. Po głosowaniu do samorządów, nadzieje wzrastały. „Gazeta Wyborcza” nawoływała do Wielkiej Koalicji przeciwko Prawu i Sprawiedliwości między PO, PSL, .N i UED co, wg wyników z końca 2018 roku, dawałoby im prawie 40% poparcia. Rząd już wiedział, że nie ma szans na samodzielne wygranie wyborów więc rozpoczęło się poszukiwanie sojuszników. Paweł Kukiz nie chciał jednak rozmawiać bez odesłania uchodźców z powrotem do Niemiec oraz żądał nowej, jednomandatowej ordynacji wyborczej. Na to jednak PiS przystać nie mógł.

Już w lutym 2019 media ujawniły aferę. „Do Rzeczy” zamieściło relację z rozmów Kukiza z 2015 roku, kiedy ten pod wpływem alkoholu oferował pierwsze miejsca na listach kilku kandydatom za setki tysięcy złotych. Dzień później film z jednej z takich rozmów opublikowała niezalezna.pl, przy czym już wieczorem Robert Winnicki zwołał konferencję prasową, na której wezwał wszystkich „uczciwych” posłów Kukiz’15 do dołączenia do Ruchu Narodowego. Na ten krok zdecydowało się tylko 16 parlamentarzystów, ale to wystarczyło, aby utworzyć nowy klub parlamentarny. Poparcie dla Kukiza spadło do 2% choć tłumaczył się, że jego słowa są wyrwane z kontekstu. Internet podbiło nagranie Zbigniewa Stonogi, który w niewybrednych słowach wyśmiewał muzyka i jego koncepcje ostrożnego wsparcia dla rządu. Kilku parlamentarzystów, pod wodzą Kornela Morawieckiego, dołączyło do klubu PiS.

Tymczasem w mediach coraz częściej brylował wspomniany Winnicki, a rząd po cichu tolerował zamieszki ONR-owców, atakujących imigrantów w miejscach publicznych. Choć Mariusz Błaszczak oficjalnie potępiał takie ekscesy to jednak zawsze dodawał, że to ogólnoeuropejska tendencja, a za wzrost takich nastrojów odpowiada rząd w Berlinie, który Polsce nakazał uchodźców przyjmować. Sondaże i tak wskazywały na 5% poparcie dla Ruchu Narodowego i choć po jakimś czasie część narodowców zaczęła się orientować, że to wydmuszka stworzona na potrzeby PiS, to jednak nie miało to pozaśrodowiskowego oddźwięku.

Eurowybory pokazały ogromną utratę poparcia przez establishment w Europie, a w Polsce zaczynały zwiastować porażkę PiS w nadchodzącej elekcji do Sejmu. Ogólnie siły eurosceptyczne zdobyły aż 25% mandatów w nowym Parlamencie Europejskim. Tym razem większość została sformowana przez frakcje ALDE (liberałowie), PES (socjaldemokraci) i EPL (chadecy), ale i ona zdawała się być chwiejna i gdyby nie zeszłoroczny rozpad ECR, to mogłoby dojść do kryzysu w UE. Jeszcze w styczniu zniesiono sankcje wobec Rosji, co dało ogromny zastrzyk siły dla partii neokonserwatywnych, które na czele z PiS wzywały w kampanii do powstrzymania „putinowskiego imperializmu”. W Polsce PiS jednak zwyciężył nieznacznie wybory, ale komentatorzy zaznaczali, że to w dużej mierze efekt nieudanej kampanii liberalnej opozycji, w której co rusz kompromitował się jej „symbol” Bronisław Komorowski, agresją ział Stefan Niesiołowski, a ignorancją Ryszard Petru. Wynik został uznany za porażkę, bo tuż przed wyborami do koalicji antypisowskiej dołączyła Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej, którą kreowano na liderkę nowej europejskiej lewicy, ratującej Europę przed populistami. Na taką rolę nie chciał się zgodzić Adrian Zandberg przez co Partia Razem do wyborów szła samodzielnie. Spektakularną porażkę zanotował Kukiz’15, ale próg przekroczył Ruch Narodowy, a całkiem niezły wynik odniosła Zmiana Mateusza Piskorskiego dzięki kampanii, w której wszyscy kontrkandydaci zostali przedstawieni jako „partia wojny”. Warto zaznaczyć, że oprócz Zmiany i Wolności, praktycznie cała scena polityczna oponowała przeciwko nawiązaniu poprawnych stosunków z Ukrainą Zacharczenki, uznawała ukraińskie wybory za sfałszowane. Wyniki przedstawiały się następująco:

Prawo i Sprawiedliwość – 33,2%;
Koalicja Europejska (PO+.N+PSL+IP) – 31,7%;
Ruch Narodowy – 8,5%;
Wolność – 7,2%;
Partia Razem – 4,8%;
Zmiana – 3,7%;
Sojusz Lewicy Demokratycznej – 3,4%;
Partia Zieloni – 3,2%;
Kukiz’15 – 2,2%.
Inni – 2,1%

Wyniki zapowiadały ostrą walkę 4 miesiące później przy wyborach do Sejmu RP. Prawo i Sprawiedliwość w lecie zaczęło tracić poparcie w związku ze wzrostem cen artykułów importowanych, który nastąpił po spadku wartości złotówki (wzrost długu publicznego). Nieoczekiwanie z pomocą chciała zaoferować się Rosja, kiedy to Siergiej Ławrow odwiedził Polskę oficjalnie ws. rekonstrukcji ruchu bezwizowego z Obwodem Kaliningradzkim, który już wcześniej zawarł historyczną umowę w podobnej sprawie z Litwą. Jak się jednak dowiedział „Newsweek Polska”, Ławrow oferował Polsce obniżkę cen błękitnego paliwa w zamian za rezygnację z planów rozmieszczenia wojsk USA, na co jednak z oburzeniem zareagował  minister Waszczykowski. W odpowiedzi swojemu rosyjskiemu odpowiednikowi grzmiał, że, że „czasy imperium radzieckiego już dawno odeszły w niepamięć” a „Polska nie sprzeda suwerenności za gaz”.

To jednak nie rozwiązało sprawy. Symboliczne oddziały US Army pojawiły się w Polsce na podstawie dwustronnej umowy między Rzeczpospolitą, a Stanami Zjednoczonymi. 4 lipca, w Święto Niepodległości USA odbyła się wspólna parada wojsk amerykańskich i polskich. Polska zobowiązała się pokrywać koszty stacjonowania nie w pełni uzbrojonej dywizji kawalerii. Było to jednak jeszcze za mało, a poparcie dla PiS stało w miejscu, podczas gdy zblokowana opozycja zapowiadała postawienie Beaty Szydło i innych ministrów przed Trybunałem Stanu. Na dodatek Zmiana organizowała co rusz protesty przeciwko wojskom amerykańskim pod hasłem „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród” i oskarżała PiS o przehandlowanie polskiej niepodległości. Doszło nawet do incydentu, kiedy policja rozwiązała bez powodu legalne zgromadzenie Zmiany, a dzień później zdarzył się wypadek samochodowy, w którym pijany amerykański żołnierz potrącił na pasach przechodzących przez jezdnię ojca z dzieckiem. Było już wiadomo, że same wojska USA nie załatwią PiSowi poparcia, tym bardziej, że rzeczony żołnierz, o czym skrzętnie informował Sputnik Polska, już tego samego dnia został wywieziony do Stanów Zjednoczonych na wyraźne polecenie prezydenta Trumpa.

Wtedy na arenę wkroczył Mateusz Morawiecki, minister gospodarki, który wynegocjował porozumienie z Międzynarodowym Funduszem Walutowym o ogromnej pożyczce dla polskiego budżetu, dzięki czemu jeszcze dwa miesiące przed wyborami, PiS zrealizował długo oczekiwaną pomoc dla frankowych kredytobiorców, jak i programu 500+. W kampanii wyborczej rząd skutecznie obronił się przed atakami opozycji o „rujnowanie polskiego budżetu”, a także ostrzegał, iż jej zwycięstwo mogłoby się skończyć przyjęciem „bezczelnej oferty” ze strony Rosji. Nie zabrakło, jak zwykle w tych przypadkach, porównań do „Targowicy”. Koalicja Europejska ostrzegała przed ryzykiem osamotnienia Polski w strukturach międzynarodowych, ale Jarosław Kaczyński ripostował, że liberałowie na życzenie Unii Europejskiej byliby gotowi utrzymać przywileje bankowe. Pomoc dla frankowiczów i rodzin ewidentnie się przydała i zamknęła przeciwnikom usta. Partia Razem, skupiając swoją kampanię na kwestiach społecznych, również nie była w stanie przelicytować rządu, a im bardziej angażowała się w sprawy obyczajowe, tym bardziej zniechęcała sobie socjalny elektorat. Poobijane po eurowyborach SLD zdecydowało się na kolejny sojusz z różnymi małymi lewicowymi grupami, tym razem (z braku członków) dając im jednak nieco więcej miejsc na listach wyborczych. Nie popełniono też błędu z kampanii 2015, która postawiła przed koalicją próg 8%, startowano pod szyldem Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Z udziału w wyborach zrezygnował w ogóle Paweł Kukiz, ciągany po prokuraturach jako podejrzany o handel miejscami na listach wyborczych w 2015 roku. W codziennych przekazach brylował za to Ruch Narodowy, którego poparcie nie spadało mimo ataków TVN-u na lidera i jego „dwór”. Posunięto się nawet do opublikowania wywiadu z anonimowym uczestnikiem wyjazdu narodowców do Urugwaju, kiedy to (wg jego słów) Robert Winnicki miał upojony alkoholem poparzyć się w morzu meduzą. Janusz Korwin-Mikke nie prowadził skutecznej kampanii, bo skupiał się, podobnie jak główne siły opozycji, na „równoważeniu budżetu” i choć poparcia udzieliła mu nawet „gwiazda internetu”, wspominany już Zbigniew Stonoga, to sondaże znów balansowały na granicy progu wyborczego. W tych samych badaniach opinii publicznej nie zyskiwała poparcia Zmiana Mateusza Piskorskiego, która na tydzień przed wyborami była obecna we wszystkich liberalnych mediach i prezentowana jako „ukryty sojusznik PiSu”, a to przez dawne kontakty wiceprzewodniczącego Konrada Rękasa z Antonim Macierewiczem. „Tygodnik Powszechny” sugerował nawet, że wizyta Ławrowa to efekt pośrednictwa Piskorskiego w Moskwie i że tylko dlatego przewodniczący Zmiany opuścił areszt śledczy. Po dość głośnej i momentami absurdalnej kampanii wyborczej, wybory odbyły się 20 października 2019 roku. Wyniki wydawały się być dość zaskakujące:

Prawo i Sprawiedliwość – 36,8% (219 mandatów);
Koalicja Europejska – 35,0% (200 mandatów);
Ruch Narodowy - 9,2% (40 mandatów);
Sojusz Lewicy Demokratycznej – 4,7%;
Wolność – 4,5%;
Partia Razem – 4,2%;
Zmiana – 3,8%;
Pozostali – 1,8% (Mniejszość Niemiecka – 1 mandat).

To był czarny dzień dla wszystkich przeciwników Prawa i Sprawiedliwości w Polsce. Na lewicy rozpoczęła się wojna wszystkich ze wszystkimi i obwinianie się wzajemne SLD oraz Razem, a nawet Zmiany, którą jednak politycy Partii Razem określali jako „faszystowską”. Elektorat prorosyjski również podzielił się między Zmianą, a Wolnością, a liberalna opozycja nie miała już szans na utworzenie rządu. Cała nadzieja na zablokowanie PiS była w uniemożliwieniu ich koalicji z Ruchem Narodowym. Roman Giertych u Moniki Olejnik apelował do Winnickiego, by przypomniał sobie, jak przed II wojną światową endecy rywalizowali z sanacją. Nic to jednak nie dało. Powstał rząd koalicyjny Prawa i Sprawiedliwości i Ruchu Narodowego, który za swój priorytet określił stanie na straży polskiej suwerenności. Nadzieja na zmianę władzy ciągle jeszcze tliła się w opozycji, która liczyła na przyszłoroczne wybory prezydenckie.

2020

Ostatni rok dziesięciolecia rozpoczęła informacja z ogarniętej wciąż wojną domową Syrii. Choć teoretycznie wojska rządowe panowały już nad większością terytorium (gdzieniegdzie na północy i wschodzie władzę sprawowali Kurdowie), to jednak co chwila zdarzały się jakieś zamachy bombowe. Po jednym z takich ataków wojsko syryjskie znalazło cały arsenał produkowanej w USA broni, co było jawnym złamaniem porozumienia między Ameryką, a Rosją. Amerykanie oficjalnie zaprzeczyli jakoby zaopatrywali w broń jakiekolwiek grupy w Syrii, ale Moskwa nalegała na niezależne śledztwo w ONZ, co jednak Waszyngton zablokował. Niemniej jednak już miesiąc później swoje porozumienie z rządem Baszara Al-Assada zerwali Kurdowie, co ogromnie ucieszyło całe zastępy „pasących się” na państwowych stanowiskach, polskich neokonserwatystów, którzy upatrywali szansy na zaostrzenie stosunków USA-Rosja. Bardzo szybko dało się bowiem zauważyć konflikt na linii Moskwa-Waszyngton. Kreml traktował Kurdów jak terrorystów, zaś Biały Dom o zerwanie porozumienia oskarżał rząd syryjski. Walki znów rozgorzały.

Poczucie zagrożenia w Rosji, znowu spowodowało lawinowy wzrost poparcia dla Putina, który w marcu 2020 roku z poparciem 68% wygrał wybory prezydenckie już w pierwszej turze, ale tym razem na ważnych stanowiskach obsadził jastrzębi (m.in. Władisława Surkowa), co jak zwykle skrzętnie zanotowali rusofobi w Polsce. Europoseł PiS Zdzisław Krasnodębski wystąpił nawet na forum PE z propozycją powrotu do sankcji wobec Rosji za konszachty z Assadem, ale tego pomysłu nie poparł nikt, a europarlamentarzyści Ruchu Narodowego o mało nie zostali wykluczeni ze swojej frakcji za głosowanie „za” rezolucją. Jednak światowy kalendarz wskazywał, iż w tym roku miały odbyć się również wybory w USA, w których za najpoważniejszego kontrkandydata został uznany Joe Biden, dawny wiceprezydent, który zresztą niedługo później uzyskał nominację Partii Demokratycznej i poważnie zagrażał Donaldowi Trumpowi.

Tymczasem w Polsce Prawo i Sprawiedliwość kończyło proces przejmowania władzy na poziomie centralnym. Praktycznie żadna instytucja nie była już wolna od wpływów rządzących partii, chociaż sojusz z Ruchem Narodowym przynosił rządzącym pewne straty, zwłaszcza po aferze w kwietniu, gdy ujawniono nagrania przynależących do RN urzędników z Ministerstwa Infrastruktury, którzy śpiewali na suto zakrapianej imprezie w budynku ministerstwa „Rudolf Hess, ostatni płomień zgasł”. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego poszerzyła polityczne prześladowania. Tym razem sprawa dotyczyła już nie tylko Zmiany, ale badano także zagraniczne powiązania liberalnej opozycji, choć na żadne zatrzymanie się nie zdecydowano. W „NIE”, 87-letni Jerzy Urban śmiał się, że gdyby choć włos z głowy spadł Ryszardowi Petru, to dzień później MFW określiłby Polskę jako niewypłacalną.

Po majowych wyborach w Wielkiej Brytanii, w których po zbyt radykalnej kampanii labourzystów pod przywództwem Jeremy’ego Corbyna, zwyciężyła Partia Konserwatywna, Trump ogłosił nową ideę amerykańskiej polityki zagranicznej, polegającą na budowie osi Atlantyk-Pacyfik, której strefa miała rozciągać się od Wysp Brytyjskich przez Amerykę Północną, aż po Koreę Południową, Japonię, Tajwan, Filipiny i Tajlandię. Poparcie dla takiej unii wyrazili wszyscy wymienieni oprócz Filipin, których prezydent Rodrigo Duterte już od dłuższego czasu zdawał się być sceptyczny wobec USA. Na tym tle już w lecie doszło do konfliktu, kiedy to protesty opozycji w Manili zostały ostro stłumione przez filipińską policję, która wg rządu omyłkowo zastrzeliła kilkunastu protestujących. Trump wezwał Duterte do ustąpienia i ogłoszenia wolnych wyborów. Rząd PiS-RN w pewnym momencie groził nawet zerwaniem stosunków z Filipinami, a Krzysztof Szczerski – nowy minister spraw zagranicznych zadeklarował, że Polska byłaby gotowa do wysłania samolotów F-16, gdyby tylko ustanowiono strefę zakazu lotów nad Filipinami. Na europejskiej arenie wywołało to jednak tylko śmiech, bo w Manili nikt nie użył jeszcze wojska, przez co nie wiadomo w jakim celu miałaby powstać rzeczona strefa. Jednak sytuacja była dynamiczna. Po pogrzebie zamordowanych protestujących zamieszki rozgorzały na nowo. Zdewastowano budynek policji i kilka mniejszych agencji rządowych, co zmusiło Duterte do użycia armii. Filipiński prezydent wezwał na pomoc Rosję i już w sierpniu odbył się kolejny rosyjsko-amerykański szczyt na Tajwanie. Putin zgodził się na nowe wybory na Filipinach, ale zaznaczył, że prawo do wzięcia w nich udziału musi mieć także Duterte. Miesiąc później kandydat opozycji zwyciężył wybory, a porozumienie z Rosją zostało uznane za ogromny sukces Donalda Trumpa, który prawdopodobnie dzięki temu zdołał w listopadzie wygrać po raz drugi wybory prezydenckie.

Wcześniej prezydenta wybierano jednak w Polsce. W szranki stanęli m.in. Andrzej Duda, urzędujący prezydent, któremu poparcia udzielił oczywiście PiS, ale także: popierany przez Ruch Narodowy Krzysztof Bosak, Adrian Zandberg z Partii Razem, Zbigniew Stonoga, Janusz Korwin-Mikke czy Tomasz Trump wystawiony przez Zmianę. Liberalna opozycja postawiła w końcu na Ryszarda Petru po tym, jak Donald Tusk został skompromitowany przez komisję ds. Amber Gold, co ważne poparcia udzieliło mu od razu SLD i inne lewicowe przybudówki. Kampania oscylowała wokół tego samego „wyboru”, którym Polska żyła kilka miesięcy wcześniej przy wyborach do Sejmu RP. Zaskoczyła jednak Zmiana, której kandydat startował pod hasłem „Make Poland great again”, wyraźnie parafrazując kampanię Donalda Trumpa z 2016 roku. Dało to dość wymierne efekty choć na ostateczny wynik miało wpływ niewielki. Kandydat Ruchu Narodowego stał się zaś przedmiotem ogromnego skandalu, gdy narodowcy pokłóceni z szefostwem współrządzącej partii, ujawnili materiały kompromitujące Bosaka, to jest zdjęcia z jego wizyty w jednym z podejrzanych przybytków. Pierwsza tura zakończyła się następującymi wynikami:

Ryszard Petru – 37,1%;
Andrzej Duda – 33,4%;
Tomasz Trump – 10,0%;
Zbigniew Stonoga – 6,5%;
Janusz Korwin-Mikke – 5,1%;
Krzysztof Bosak – 4,4%;
Adrian Zandberg – 3,5%.

W drugiej turze zarówno Trump jak i Korwin-Mikke nie zdecydowali się poprzeć żadnego z kandydatów, ale poparcie dla Petru wyrazili Stonoga i Zandberg, zaś Bosak apelował o oddanie głosu na Dudę. Nie miało to jednak decydującego wpływu na wyniki, bo jak pokazały badania, elektorat Trumpa prawie w ogóle na drugą turę nie poszedł, a Petru swoimi antykonserwatywnymi deklaracjami zmusił elektorat Korwin-Mikkego do głosowania na Dudę. Urzędujący prezydent RP wygrał o włos, stosunkiem 50,8% do 49,2% co na lata zaprzepaściło szansę przejęcia władzy przez opozycję.

Gospodarka światowa przechodziła tymczasem ciągłe przemiany. Chiny realizowały swoją koncepcję Nowego Jedwabnego Szlaku choć Warszawa po cichu wycofała się z interesu, prawdopodobnie zresztą na życzenie USA. Spekulowano, że dlatego Trump zgodził się na wynajęcie Polsce swojej armii. Centrum handlu w Europie Środkowo-Wschodniej została jednak Praga, której przynosiło to ogromne profity. Drożejąca wciąż produkcja w Stanach Zjednoczonych oznaczała tylko tyle, że Ameryka nie jest w stanie tolerować dalszej ekspansji Chin na świecie. Jeszcze w grudniu 2020 roku Donald Trump przyjechał do Indii, by negocjować porozumienie handlowe, ale w rzeczywistości chodziło mu prawdopodobnie o pozyskanie indyjskiej neutralności dla jego planów dominacji na Pacyfiku i „okrążania Chin”. Na razie stanęło na intratnej propozycji modernizacji hinduskiej armii, ale swoją kontrpropozycję złożyła Indiom także Moskwa, której uzbrojenie, po wojnie na Bliskim Wschodzie, stało się na świecie bardzo modne i popularne.

Dla polskiego rządu, rok zakończył się bardzo źle, bo oficjalnie rozwiązano Grupę Wyszehradzką. Za oficjalny powód podano „zrealizowanie wszystkich jej postanowień”, ale wnikliwi obserwatorzy zauważali, że może chodzić o konflikt na tle Nowego Jedwabnego Szlaku który rządzący chcieli ograniczyć pod pretekstem produkcji „niespełniającej europejskich norm”. Jednakże taka narracja nie spotkała się z poparciem w żadnym kraju UE przez co plan spalił na panewce, a wyraźnie pogorszyły się stosunki z Czechami, Słowacją i Węgrami. Swojej szansy upatrywała w tym partia Wolność, której realnie przewodniczył już Przemysław Wipler ponieważ Janusz Korwin-Mikke skończył 78 lat i po kolejnej męczącej kampanii prezydenckiej, nierzadko ciało odmawiało mu już posłuszeństwa. Libertarianie uruchomili wówczas akcję społeczną pod hasłem „nazywam się wolność” w której proponowali wyjście z „socjalistycznej” UE i związanie regionu właśnie z Chinami. Wkrótce zaczęły się przesłuchania członków Wolności przez ABW, a popularnym hashtagiem na twitterze wśród wolnościowców, stał się #nieplanujesamobójstwa.

2021

Zamach stanu w Iraku przeraził cały świat. Władzę w Bagdadzie przejęli zwolennicy dawnego Państwa Islamskiego, których pierwszym krokiem było wydalenie poza granice członków irackiego rządu. Dostali oni azyl w USA. Islamiści ogłosili początek „dżihadu” i wykorzystując cały arsenał dawnej armii irackiej uderzyli na kurdyjską autonomię na północy. Bartłomiej Misiewicz, nowy minister obrony narodowej ogłosił natychmiastową gotowość do użycia polskiej armii na pomoc Irakowi, ale do interwencji nie kwapili się zupełnie Amerykanie, a ofensywa wojska syryjskiego w tym samym czasie szybko rozbiła kurdyjski opór w Syrii. Po trzech miesiącach walk, również Kalifat poradził sobie z Kurdami, którzy masowo uciekali do Turcji, gdzie zostali aresztowani na wyraźnie polecenie Recepa Tayipa Edrogana, tureckiego prezydenta. Nowe państwo islamskie szybko i sprawnie przejmowało władzę w Iraku, ale wtedy właśnie nastąpiła przełomowa chwila w historii świata. Chiny ogłosiły bezwarunkowe wsparcie dla Iranu, gdyby stał się przedmiotem agresji ze strony Kalifatu. Tyle tylko, że nie powstrzymało to ekspansjonistycznych planów fundamentalistów, którzy swoją agresję skierowali na południe, przeciwko rządom Saudów i innym, mniejszym organizmom w regionie. Do końca 2021 roku w Arabii Saudyjskiej powstało wiele enklaw Kalifatu, przeciwko któremu wysyłano wojska, ale niewiele to dawało bowiem zdarzały się często przypadki dezercji, w tym nawet oficerów armii. Donald Trump odmawiał interwencji stwierdzając, że Ameryka nie jest na nią gotowa, a przez lata zainwestowała w siły zbrojne zaprzyjaźnionych państw tak wiele, że te powinny sobie bez problemu poradzić. Rosja tymczasem, śladem Chin, również zadeklarowała bezwarunkową pomoc w razie ataku Kalifatu dla Syrii, która wreszcie weszła w stan względnego pokoju.

W Polsce kolejna afera uderzyła w gabinet. Tym razem chodziło o ujawnioną przez ukraiński rząd Zacharczenki listę polityków pobierających łapówki od ukraińskich oligarchów za popieranie stowarzyszenia Ukrainy do UE w latach 2011-2013. Na liście nie brakowało polityków zarówno rządowych jak i liberalnej opozycji. Do dymisji podało się wielu polityków partii rządzącej, ale bardzo niechętnie prowadzono śledztwo w tej sprawie, a jedyne przesłuchania jakie się odbyły, dotyczyły polityków związanych z opozycją, np. Pawła Zalewskiego, który zresztą chwilę potem przegrał proces o zniesławienie przeciwko liderowi Zmiany, Mateuszowi Piskorskiemu.

Sondaże dawały PiS poparcie na poziomie 25%, a Ruchowi Narodowemu nawet poniżej progu wyborczego. Nie zmieniało to jednak arytmetyki, bo rozpadła się na dobre Koalicja Europejska, której kolektywne szefostwo nie mogło dłużej tolerować ukrywania przez Platformę Obywatelską bohaterów „afery ukraińskiej”. Poparcie rosło głównie dla partii pozaparlamentarnych, ale do następnych wyborów było przecież ponad dwa lata.

We wrześniu głosowali za to Niemcy, którzy borykali się z kolejnym spadkiem poparcia dla partii establishmentowych. Na kilka miesięcy przed głosowaniem powstała partia Veranderung złożona z tzw. NRD-owskiej frakcji Die Linke pod przywództwem Sahry Wagenknecht oraz antyliberałów z Alternative für Deutschland, których nieformalnym szefem był Manuel Ochsenreiter. Ruch ten, łudząco przypominał polską Zmianę (co zresztą było wyraźnie już w nazwie), a pierwsze sondaże dawały mu bezproblemowe przekroczenie progu wyborczego. Wyniki przedstawiały się następująco:

CDU-CSU – 25%;
AfD – 21%;
SPD – 18%;
Die Linke – 16%;
Veranderung – 10%;
Zieloni – 8%;
FDP – 4%.

W Niemczech rozpoczęły się długie negocjacje, które zakończyły się w końcu powołaniem rządu CDU-CSU-AfD. Po rozłamie w partii Frauke Petry dało się wyczuć bardziej umiarkowane nastroje i choć porozumienie między koalicjantami zakładało m.in. zamknięcie granic dla imigrantów i ograniczenie budżetu UE (CDU nie chciała się zgodzić na rozwiązanie strefy euro), to jednak euroentuzjaści ogłosili to porozumienie jako nowy oddech dla Unii Europejskiej. W Polsce komentatorzy zaczęli się zastanawiać nad odesłaniem kilku tysięcy uchodźców do Syrii tym bardziej, że wojna tam już dawno wygasła. W dodatku po sprawdzeniu danych, okazało się, że tylko 10% z przybyszów ma naprawdę syryjskie obywatelstwo. Mniej więcej podobnie wyglądało to w innych państwach, przez co skrajna prawica w Europie zaczęła nawoływać do wyrzucenia uchodźców ze swoich krajów.

2022

Zaraz po stopnieniu śniegów rozpoczęły się zamieszki między europejskimi autochtonami, a uchodźcami. Kalifat tymczasem ogłosił, że każdy wierny Allahowi muzułmanin powinien zabić giaura, który podnosi rękę na wiernych. To podziałało bardzo szybko i wkrótce na atak francuskich nacjonalistów w Marsylii, imigranci odpowiedzieli ogniem, który spowodował dwie ofiary śmiertelne. To rozjuszyło narodowców w całej Europie, a współrządzący Niemcami politycy AfD już wyraźnie wzywali do deportacji wszystkich uchodźców i ograniczenia praw imigrantów. W odpowiedzi, w Hamburgu tureccy przybysze zdewastowali całe miasto. Żaden europejski kraj nie zdecydował się jednak wysłać naprzeciwko tłumowi wojska, ale w wielu ogłoszono stan wyjątkowy.

W takiej atmosferze, już w kwietniu miało dojść do kolejnych wyborów prezydenckich we Francji. Marine Le-Pen złożyła Francuzom obietnicę, że albo Unia Europejska zgodzi się na deportację imigrantów, albo ona zwoła referendum ws. wystąpienia Francji z UE. To, w otoczeniu zamieszek, dało jej olbrzymie poparcie i tym razem zwyciężyła już w pierwszej turze otrzymując aż 54% poparcia. Już miesiąc po wyborze w Brukseli miał miejsce szczyt przywódców państw Unii Europejskiej. Mogłoby się wydawać, że polski rząd szybko złapał porozumienie z Francją, ponieważ od razu poparł ideę pozbycia się z Europy uchodźców, jednakże problemem było miejsce ich przeznaczenia. Damaszek wyraźnie zaznaczył, że przyjmie z powrotem tylko Syryjczyków, a Ankara, choć było wiadomo, że to w Turcji podrabiano ich paszporty, odmawiała współpracy tłumacząc, że nie była to przecież państwowa inicjatywa, a Europa jest sama sobie winna. Erdogan był na tyle odważny, że zażądał także powstrzymania agresji przeciwko tureckiej mniejszości w Niemczech. Ostatecznie szczyt pozostawił każdemu krajowi wolną rękę w zakresie rozwiązania sprawy imigrantów.

Cała Europa przyglądała się temu, co zrobi Francja. Imigrantów wezwano do państwowych urzędów celem wylegitymowania i odsyłano do krajów, których mieli obywatelstwo. Uliczne awantury jednak się nie kończyły bowiem niewielka tylko część przybyszy godziła się na odesłanie do ojczystego kraju. Wkrótce do portu w Marsylii dotarł statek z zawróconymi przez Syrię uchodźcami, których paszporty uznano za sfałszowane. Francuskie władze nie zdecydowały się wpuścić imigrantów z powrotem, a statek internowane w porcie. Organizacje humanitarne protestowały przeciwko nieludzkiemu traktowaniu uchodźców, ale rozwiązanie nadeszło z niespodziewanej strony. Dwa tygodnie po zacumowaniu okrętu, w Libii przejęła władzę grupa, która ogłosiła się jako podporządkowana Kalifatowi i zaproponowała Paryżowi przyjęcie wszystkich muzułmanów, jeśli tylko Francja wpłynie na społeczność międzynarodową w kwestii uznania Kalifatu za pełnoprawne państwo. Znów, przeciwko takiemu rozwiązaniu, protestowała lewica, określająca to jako „wydanie imigrantów na śmierć, niczym nie różniące się od Auschwitz”. Le-Pen postawiła jednak na swoim. Uznała Kalifat w Libii i Iraku oraz rozpoczęła wielką akcję deportacji imigrantów. Na taki krok nie zdecydowali się jednak Niemcy, ale co ciekawe, odnotowano wśród uchodźców całkiem duży ruch polegający na wyjeździe z Niemiec do Francji i przedostaniu się tą drogą do Libii. W samym Kalifacie nie odnotowano żadnych przypadków mordowania, jak ich tam nazywano, „ocalonych”, co poprawiło zdecydowanie notowania tego tworu na świecie.

W Warszawie sen z powiek rządu spędzała kończąca się umowa gazowa z Rosją. Moskwa wcale nie kwapiła się do rozmów, ale zaproponowała dość korzystne warunki w porównaniu do poprzedniego porozumienia. O ich przyjęcie apelowała Zmiana Piskorskiego oraz Polskie Stronnictwo Ludowe, ale rząd pozostał na te wezwania głuchy i chciał za wszelką cenę importować gaz z Norwegii, choć jego koszt byłby mniej więcej trzy razy większy. Platforma Obywatelska i .Nowoczesna były nawet w stanie poprzeć ten projekt, ale pod warunkiem dołączenia do strefy euro, co jednak byłoby możliwe tylko przy radykalnych cięciach w budżecie Rzeczpospolitej. Choć Polska dysponowała wsparciem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, to jednak dług publiczny rósł w zastraszającym tempie, a wartość złotówki spadała jeszcze szybciej. Kaczyński jednak postawił na swoim, umowa z Norwegią była skrajnie niekorzystna i ceny gazu w polskich domach, mimo subwencji budżetowej, wzrosły dwukrotnie. Rząd RP, po przegranych wyborach samorządowych został u władzy tylko w kilku województwach „ściany wschodniej” (w większości władzę przejęły koalicje PO, .N i tam, gdzie było to możliwe, PSL i/lub Partii Razem) toteż próbował przenieść te kompetencje na samorządy. Jak to jednak zwykle w Polsce, poszły za tym niewystarczające środki finansowe i niedługo potem zanotowano kolejny spadek poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości, które czasami wynosiło już niewiele ponad 20%.

Stany Zjednoczone, w czerwcu, dość nieoczekiwanie ogłosiły koniec misji stabilizacyjnej w Afganistanie i wycofały stamtąd swoje wojska. Argumentowano to zakończonym procesem pokojowym i koniecznością ograniczenia wydatków na armię. Analogicznie, jak w przypadku Polski, prezydent Trump zaproponował rządowi w Afganistanie możliwość przedłużenia obecności US Army pod warunkiem ponoszenia za to kosztów. Jak nietrudno było się domyślić, nikt w Afganistanie na to nie przystał. Jak bardzo „stabilny” był afgański rząd, świat przekonał się już w listopadzie, kiedy władzę przejęli islamiści związani z Kalifatem. Zaniepokojony był tym Pakistan, ale i rządowi w Karaczi Trump odmówił wsparcia twierdząc, że nie chce brać udziału w żadnej agresji jednego państwa na drugie. Pakistańskie władze chcieli wesprzeć Chińczycy, ale nie wyraziły na to zgody Indie, już uzbrojone zarówno przez Rosję (lotnictwo i armia lądowa), jak i USA (marynarka wojenna). Pekin nie chciał ryzykować konfliktu i zdecydował się odpuścić.

Polska, znów stanęła na rozdrożu, bo rządzone przez socjaldemokratów Czechy i Słowacja chciały koniecznie oponować przeciwko uznaniu Kalifatu (zwłaszcza gdy ten stanął na drodze Nowemu Jedwabnemu Szlakowi), zaś koalicja PiS i RN uznała, iż może to być nawet korzystne skoro można pozbyć się uchodźców. Choć w Polsce nie było na tym tle zamieszek, to jednak koalicjant PiS nalegał na rozwiązanie kwestii imigrantów licząc tym samym na zwiększenie poparcia, które czasami balansowało już pod progiem wyborczym. Nie było jednak idealnego dla narodowców rozwiązania. Polskie koła rządowe wiedziały już o procederze transportu imigrantów przez Niemcy do Francji i stamtąd do Libii, ale aby to się mogło stać również w Polsce, musiałyby zrezygnować z ich przetrzymywania w zamkniętych ośrodkach, co naraziłoby rząd na zarzut „pofolgowania”, a przecież nikt nie mógł powiedzieć głośno, że chodzi o to, by uchodźcy sami wyjechali. Zdecydowano się więc póki co wyczekiwać zmiany sytuacji w tej kwestii.

2023

W budżecie na rok 2023, założono miliardy złotych przychodu z nowego podatku dla supermarketów, ale był on niezgodny z prawem unijnym. Rząd nie mógł jednak z tego zrezygnować, bo inaczej złamałby konstytucję (zbyt duży deficyt budżetowy), a tej zmienić nie mógł, bo brakowało kwalifikowanej większości w parlamencie. Minister Szczerski chciał podjąć się trudnej misji renegocjacji umowy akcesyjnej z Unią Europejską, ale na poparcie mógł liczyć tylko we Francji, której problem z uchodźcami, w wyniku nielegalnych transportów, zaczął narastać.

Już w lutym Paryż zaapelował do Berlina o zablokowanie możliwości wyjazdów z Niemiec do Francji dla uchodźców lub przynajmniej pokrycie kosztów transportu i pobytu „niemieckich” imigrantów we Francji. Jeśli chadecja mogła na to przystać to na pewno nie AfD, które zagroziło zerwaniem koalicji gdyby do tego doszło. Niemcy odpowiedziały, że nie mogą uchodźców ani zamknąć w obozach (tu powołując się zresztą na negatywny przykład Polski) ani kontrolować ich trasy po, wolnej przecież, strefie Schengen. Kilka dni później, jak grom z jasnego nieba, spadła na Europę wiadomość o jednostronnym zawieszeniu Schengen przez Francję. Przywrócono kontrolę i przejścia graniczne wzdłuż całego pasa zachodniego i południowego (z Hiszpanią). Marine Le-Pen zależało na dotrzymaniu obietnicy danej Francuzom i utrzymaniu poparcia, a ciągły problem z uchodźcami, którzy gdzieniegdzie awanturowali się ze skrajnie prawicowymi bojówkami, stwarzał wrażenie jakby się nic nie zmieniało. Nieświadomie do kryzysu przyczyniła się francuska liberalna opozycja, która podała do publicznej wiadomości koszty transportu uchodźców do Libii czyniąc z tego argument przeciwko Le-Pen, która w mniemaniu liberałów miała „spalić dwie pieczenie na jednym ogniu” uznając zbrodniczy Kalifat i narażając Francję na niepotrzebne koszty.

Choć oficjalnie Strefa Schengen nie była instytucją Unii Europejskiej to jednak na zwołanym w maju, kolejnym szczycie UE, Niemcy przeforsowali wstrzymanie wypłat z UE dla Francji pod pretekstem nieprawidłowości w ich pożytkowaniu, czego przykładem miały być m.in. transporty imigrantów do Libii. To rozwścieczyło Le-Pen na tyle, że ogłosiła na lipiec referendum ws. Frexitu, przy czym od razu podała do publicznej wiadomości, że jeśli to referendum przegra – poda się do dymisji.

Zamknięcie granicy przez Paryż pokrzyżowało plany polskiemu rządowi, a poparcie dla koalicji rządzącej nie przekraczało 30%. Nie można było już „kupić” głosów polskich wyborców, bo budżet i tak był w opłakanym stanie. Sejm w końcu jednak uchwalił podatek dla supermarketów, licząc na to, że zajęta kryzysem francuskim UE nie zareaguje, a przynajmniej nie szybko i nie do wyborów. Znów jednak wzrosły ceny w sklepach i krok nie okazał się popularny. Polacy, wychowani przez 7 lat na braku zainteresowania „czymś takim jak budżet państwa” dali wiarę liberałom, że podwyżki w supermarketach to wina nieodpowiedzialnej polityki rządu. PiS potrzebował na gwałt sukcesu toteż postanowił sprowokować, rękami (i nogami) narodowców, zamieszki z uchodźcami. W czerwcu ABW zatrzymała „Syryjczyka” który miał podpalić komendę policji w Bartoszycach. Do uwiarygodnienia sprawy wykorzystano pewną młodą dziewczynę, która zeznała, że osobiście widziała podpalacza. Krótkie śledztwo SuperStacji wykazało jednak, że to… pracownica biura jednego z posłów Ruchu Narodowego. Prowokacja się jednak udała, uchodźcy zaczęli protestować, a polski internet zalewały filmiki, na których imigranci rzucali kamieniem w ochroniarzy. Coraz częściej interweniowała policja, a MSW w ściśle tajnej dyrektywie zaleciło celowe opóźnianie dostarczania mieszkańcom ośrodków wody i żywności, by ich dodatkowo rozwścieczyć. Europa spoglądała na to z oburzeniem, nawet rozwiązanie francuskie było przy tym postrzegane jako humanitarne. Narodowcy rozochocili się tak bardzo, że rozpoczęły się także ataki na imigrantów ukraińskich, do kilku poważnych pobić doszło w warszawskim metrze oraz w innych miejscach, gdzie zbierała się ukraińska diaspora. Rząd znowu oficjalnie ataki potępiał, ale za ich przyczynę uznawał prowokacje imigrantów i oczywiście obiecywał szybko rozwiązać problem.

Tymczasem na Dalekim Wschodzie, radykałowie związani z Kalifatem zorganizowali kolejny zamach stanu, tym razem w Pakistanie, gdzie już w marcu trwały walki między fundamentalistami, a wojskami rządowymi. Te ostatnie, nie wsparte jednak przez nikogo, poddały się już po dwóch miesiącach. Świat obawiał się co będzie gdy w ręce islamistów wpadnie broń jądrowa, ale w czerwcu Kalifat ogłosił, że nie znalazł w arsenałach pakistańskiej armii żadnej bomby atomowej. Wszyscy podejrzewali, że zdążyli ją wywieźć jeszcze w zeszłym roku Amerykanie, ale nie było na to dowodów. Tuż przed referendum ws. Frexitu, wybuchło powstanie Ujgurów, wydatnie wspieranych przez islamistów, którzy chcieli się oderwać od Chin i przyłączyć do Kalifatu. Pekin zareagował wysłaniem wojska, ale w rozmowie telefonicznej Donald Trump ostrzegł chińskie przywództwo, że użycie armii przeciwko cywilom jest wbrew prawu międzynarodowemu. Chińska Republika Ludowa nie mogła jednak zareagować inaczej bowiem oderwanie Sinciangu poskutkowałoby przecięciem Nowego Jedwabnego Szlaku i zamieniło w ruinę gospodarkę Państwa Środka. Kryzys w regionie wybuchł na dobre.

Stosunkiem głosów 59-41 we Francji zdecydowano o wyjściu państwa ze struktur Unii Europejskiej. Francuzi powrócili do franka, wychodząc tym samym ze strefy euro, co oczywiście odbiło się na kondycji ich gospodarki, ale Marine Le-Pen obiecała, że w pół roku poradzi sobie z uchodźcami. Na zwołanym prędko szczycie krajów UE, postanowiono o końcu Unii Europejskiej. W Niemczech stworzono koncepcję „poszerzonej Mitteleuropy” i pod koniec lipca zaproponowano nowe porozumienie z Holandią, Belgią, Luksemburgiem, Szwecją, Finlandią, Norwegią, Danią, Polską, Czechami, Słowacją, Węgrami, Austrią, Słowenią i Chorwacją, które zawierało wspólny rynek i walutę. Polska kategorycznie odrzuciła tę propozycję i na dodatek zażądała od Niemców przyjęcia z powrotem nadesłanych uchodźców. Niemniej jednak reszta krajów zdecydowała się prowadzić trudne rozmowy, w których Praga, reprezentując interesy swoje, Słowacji, Austrii, Węgier i Słowenii, apelowała o otwarcie na handel z Chinami, kontynuując rozwój Nowego Jedwabnego Szlaku. W tej sytuacji Władimir Putin zaprosił do Moskwy przedstawicieli Mołdawii, Rumunii, Bułgarii i Serbii oferując im akces do Unii Eurazjatyckiej. Wszystkie trzy kraje zdecydowały się rozpocząć proces integracyjny. Z początkiem sierpnia było już wiadomo, że Europa dzieli się na blok prochiński i prorosyjski, tylko Polska pozostawała wierna sojuszowi z Ameryką.

Wojna domowa w Chinach rozgorzała jednak na dobre. Facebook rozpoczął kampanię wstawiania flagi Ujgurów w zdjęcie profilowe. Choć wywołało to kontrowersje na tle „wspierania islamistów”, to jednak Mark Zuckerberg odrzucał takie oskarżenia twierdząc, że to inicjatywa na rzecz solidarności z bombardowanymi przez chiński rząd Ujgurami. Na naloty Pekin zdecydował się bardzo szybko, gdy okazało się, że powstańcy dysponują znakomitym uzbrojeniem. W Tokio, by rozmawiać o możliwym wyjściu z impasu, spotkali się Donald Trump i Władimir Putin. Ich stanowiska były skrajnie rozbieżne. Z początku prezydent USA chciał posłużyć się podstępem i doprowadzić (pod nieobecność chińskiego delegata) do przegłosowania w Radzie Bezpieczeństwa ONZ rezolucji o strefie zakazu lotów na Sinciangiem. Chińczycy liczyli jednak na Putina, którego nawet zdążyli poprosić o wsparcie poprzez przysłanie doradców wojskowych. Pekin wyraźnie uznał, iż powstanie Ujgurów to dobrze zaplanowana operacja militarna. Pojedynek zakończył się remisem, USA zrezygnowały ze strefy zakazu lotów, a Rosja ze wsparcia dla Chin. W praktyce oznaczało to rozwój konfliktu i powolny upadek chińskiego imperium gospodarczego.

Poczynania koalicji rządowej w Polsce sprawiały wrażenie coraz ostrzejszych. Wyznaczone na październik wybory mogły być przegrane, bo poparcie dla obu partii nie przekraczało w sondażach nawet 25%. Czasowo udało się je podnieść do 30%, gdy rząd postanowił o deportacji uchodźców na granicę z Niemcami. Polska liczyła na poparcie Waszyngtonu, ale jego reakcja była gwoździem do trumny władzy w Warszawie. Donald Trump 15 sierpnia, tuż po porozumieniu ws. wojny w Chinach, zdecydował o wycofaniu armii amerykańskiej z Polski twierdząc, że nie chce, aby Stany Zjednoczone były kojarzone z takim postępowaniem wobec uchodźców. Międzynarodowy Fundusz Walutowy wstrzymał wypłatę zapomogi dla rządu w związku z podatkiem dla supermarketów, a agencje ratingowe obniżyły poziom wiarygodności Rzeczpospolitej do najniższego. Warszawa straciła poparcie Waszyngtonu. Do wyborów 29 października było jednak jeszcze długo. Tyle tylko, że radykalny spadek wartości złotówki doprowadził do niesamowitej drożyzny, a sondaż opublikowany na początku października dawał Prawu i Sprawiedliwości zaledwie 18% poparcia przy 2% dla Ruchu Narodowego.

Jeszcze w połowie września resort siłowy przystąpił do wywózki uchodźców za granicę. Straż Graniczna odbierała pociągi z uchodźcami i pilnowała ich w prowizorycznych obozach, tuż przy granicy z Niemcami. Bojówki Ruchu Narodowego demolowały tymczasem ukraińskie enklawy, kluby, a nawet szkoły, organizując jeszcze pod koniec sierpnia akcję „precz z chachłyczyną z polskich szkół”. W obronie uchodźców stawały Partia Razem oraz liberalna opozycja, ale oburzenie rozlało się po całym społeczeństwie. Pomoc do obozów dostarczali pracownicy Caritasu. Partia Wolność apelowała o dołączenie do Mitteleuropy, a Zmiana prezentowała możliwe korzyści z akcesu do Unii Eurazjatyckiej. Wszystko wydawało się już lepsze od (braku) koncepcji PiSu i RN.

Negocjacje z Niemcami niewiele dały. Rząd w Berlinie nie odmawiał przyjęcia uchodźców, ale prosił, by najpierw w Polsce odbyły się wybory, powołując się na brak poparcia dla rządu. Wtórowały mu w tym Czechy i Słowacja. Z drugiej strony o powstrzymanie agresji wobec Ukraińców apelował prezydent Ukraińskiej Republiki Ludowej, Aleksander Zacharczenko, który posunął się nawet do stwierdzenia, że „wie, jak bronić ludzi”, czym wyraźnie nawiązywał do czasów powstania w Doniecku.

7 października zamordowano na łódzkich Bałutach ukraińskiego imigranta za co w odpowiedzi Ukraińcy zdemolowali i spalili miejscowe biuro Ruchu Narodowego. Zacharczenko wezwał Ukraińców do powrotu do ojczyzny. Cztery dni później Straż Graniczna w Zgorzelcu oddała strzały do protestujących w obozie uchodźców. W nocy z 12 na 13 października rząd RP wprowadził stan wojenny przekładając wybory parlamentarne na czas nieokreślony. Straż Graniczną wokół obozów dla uchodźców zastąpiły Wojska Obrony Terytorialnej – „perełki” ministra Misiewicza. Część oficerów WP odmówiła wykonania rozkazu i została internowana. Choć protesty były zakazane, na warszawskim Nowym Świecie zebrali się przedstawiciele prawie całej opozycji. Ryszard Petru zaapelował nawet o interwencję Zachodu. W proteście przeciw tej propozycji aktywiści Zmiany opuścili miejsce protestu przenosząc się pod kancelarię Premiera RP.

20 października w Bratysławie spotkali się przywódcy Niemiec, Czech, Słowacji, Rosji, Ukrainy, Białorusi i Litwy. Rosja kategorycznie odmówiła użycia wojska, ale poparła wniosek Ukrainy. Kijów miał postawić ultimatum polegające na wypuszczeniu z więzień Ukraińców i dostarczeniu ich do polsko-ukraińskiej granicy. Niemcy, Czesi i Słowacy zdecydowali o podobnym ultimatum, w którym żądać chcieli odwołania stanu wojennego i przeprowadzenia natychmiastowych wyborów do parlamentu pod kontrolą obserwatorów ze wszystkich sąsiadujących z Polską krajów…

Fot. depositphotos.com

Czytany 7166 razy