piątek, 25 luty 2011 05:50

Świat się zmienia. Przewartościowanie sił w stosunkach międzynarodowych

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

worldz  Bartosz Mroczkowski

Powstanie globalnej Organizacji Narodów Zjednoczonych i ewolucja Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali w Unię Europejską przyczyniły się do zmiany pojęcia stosunków międzynarodowych. W percepcji prestiżu międzynarodowego państwa wydają się angażować na takich płaszczyznach gry międzynarodowej, na której z pewnością skorzystają – przykładem jest Bliski Wschód, który dzisiaj jest polem do popisu poprawy prestiżu, interesu politycznego, geopolitycznego i ekonomicznego.

Bliski Wschód. Podstawy do hegemonii

Henry Kissinger pisał w swojej bestsellerowej książce „Dyplomacja”, że Stany Zjednoczone zdominowały wiek dwudziesty po drugiej wojnie światowej. Odnosił się on do tego, ze każde stulecie ma swojego hegemona - państwo które swoją potęgą, kulturą społeczeństwa i ideami moralnymi – czy to chrystianizacją państw afrykańskich, czy też demokratyzacją państw komunistycznych - jest zdolne do kształtowania układu międzynarodowego. W praktyce można by się z nim zgodzić, bo w każdym stuleciu rodzi się nowy pomysł i wizja, która ewoluuje system międzynarodowy. W XVII w. Richelieu władając Francją stworzył pojęcie państwa stricte narodowego tj. motywowanego interesami narodowymi jako nadrzędnymi. Wiek później należał do Brytyjczyków, którzy wypracowali pojęcie „równowagi sił” i wiek XIX w. austriacka koncepcja Metternicha, która zrekonstruowała koncert mocarstw i Bismarck, który demontując go, stworzył „Realpolitik” bezwzględnej siły dyplomacji i prewencji.

Powstanie globalnej Organizacji Narodów Zjednoczonych i ewolucja Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali w Unię Europejską przyczyniły się do zmiany pojęcia stosunków międzynarodowych. Zakłada się, że jedną z różnic między systemem politycznym państwa a systemem międzynarodowym są różnice strukturalne (poza tym funkcjonalne, podmiotowe i przedmiotowe). Przyjmuje się zatem, że systemy polityczne państw są scentralizowane, a system międzynarodowy jest zdecentralizowany, bo funkcjonują w nim „państwa suwerenne”. Z definicji wynika, że w systemie międzynarodowym nie istnieje międzynarodowe centrum władzy – rząd światowy. Problem polega na tym, że „suwerenny” nie oznacza „równy”, a klarujące się ośrodki światowe kształtują stosunki międzynarodowe. Idąc za Kissingerem wiek XXI nie należy już do jednego, wykreowanego zamkniętego społeczeństwa demokratycznego i przedstawiciela wolności za jakie miały się Stany Zjednoczone. Świat się zmienia i dzieli na siedem ośrodków geopolitycznej przewagi: USA, Indie, Chiny, któreś z państw bliskiego wschodu – Turcja bądź Iran - oraz Unia Europejska z Rosją i Brazylia. Wymienione państwa prezentują postawę bardziej realną i angażują się tam, gdzie wymaga ich interes narodowy. W percepcji prestiżu międzynarodowego państwa, takie jak Francja z prezydentem Nicola Sarkozy’m, wydają się angażować na takich płaszczyznach gry międzynarodowej, na której z pewnością skorzystają – przykładem jest Bliski Wschód, który dzisiaj jest polem do popisu poprawy prestiżu, interesu politycznego i ekonomicznego oraz obowiązku wynikającego z założeń organizacji międzynarodowych. Jest także miejscem trudnym do zdefiniowania odnośnie przyszłości w jaką mogą się przerodzić rewolucje – radykalny islam czy demokratyczne oświecenie?

Radykalny błąd

Klasyczny błąd, który już w XV wieku zauważył Machiavelli, został popełniony przez dyktatorów, którzy musieli oddać władzę, jak w przypadku Ben Alego w Tunezji, czy Hosni Mubaraka w Egipcie i tragicznej w skutkach próby utrzymania się przy władzy przez Mummara Kadafiego. W ostatnim przypadku „książę” wynajmuje najemników, którzy tylko w państwie odgrywają przypisaną sobie rolę, ale gdy wybuchłby międzynarodowy konflikt - nie mieliby już takiego znaczenia. Drugim aspektem nieuniknionej przegranej Kadafiego jest to, że najemnicy nie czują przynależności do historii i kultury państwa. Stąd ich bezwzględność i powszechna brutalność, w tym strzelanie do cywili – są oni ważni w państwie bogatym i imperialnym, jednak Libia jest państwem tylko z nazwy. Nie funkcjonuje tam, żaden z pożądanych atrybutów państwowości tj. sądownictwo, władza wykonawcza i ustawodawcza. Nie ma także opozycji, co pozwala twierdzić, że sytuacja dąży do wojny domowej, a jeśli do takiej dojdzie, wymagana będzie reakcja organizacji międzynarodowych, w tym najważniejszej - ONZ.

Ruchy mocarstw na planszy Bliskiego Wschodu są bardzo wyraźne. W przypadku Tunezji i Egiptu dyktatorzy zaniedbali państwo i podwładnych doprowadzając do sytuacji, w której ceny żywności przewyższały możliwości wydatkowania pieniędzy przez obywateli. Brak pracy lub jej niskie zarobki, wzbudziły tak ogromną irytację społeczeństwa, że doprowadziło to do rewolty. Państwa Zachodu w tych dwóch przypadkach apelowały o spokój manifestacji i kontrolowały sytuację, by nie doszło do zwiększenia rozlewu krwi, nie mając jednak wspólnej koncepcji, co do popierania którejś ze stron - przynajmniej na początku manifestacji. Niepewność USA co do przemian w Egipcie, który pod rządami Hosniego Mubaraka, zapewniał względny spokój w regionie, obnażył strach destabilizacji w przypadku Libii – dlaczego?

Kiedy państwo przestaje istnieć, a kiedy drugie ma interes, by to pierwsze funkcjonowało, potrzeba ogromnych nakładów finansowych, jako trzonu budowy spokoju i stabilizacji w regionie. Przykładem jest tutaj Irak i znacznie przeciągnięta w czasie wojna, która pochłonęła miliardy dolarów. Odnośnie Libii sytuacja jest bardziej skomplikowana. Wszystkie państwa zasiadające w Radzie Bezpieczeństwa mają zgodny interes co do „liberum veto” odnośnie radykalizmu islamskiego. Spotykają się tutaj zbieżne interesy Chin, Rosji, Francji, Włoch i Wielkiej Brytanii. W dodatku Libia to potentat na rynku ropy i gazu, w którym albo koncerny inwestują w wydobycie, albo państwa jak Włochy i Francja zaopatrzają się w blisko 1/4 zużycia surowca. W przypadku USA bardziej liczy się kontekst polityczny niż gospodarczy, a to dlatego, że najwyraźniej na wojnę domową i destabilizacje liczy Al-Kaida, która, ku zaskoczeniu opinii międzynarodowej, popiera manifestantów, komplikując tym samym sytuację. Radykałowie mają tym łatwiej, ponieważ wyznają tą samą religię, mówią tym samym językiem i bardzo dobrze znają tamtejsze wymogi kulturowości, historii i zachowań społeczeństwa.

USA niezależnie od konsekwencji utraty wpływów, rozszerzają problem i zaangażowanie ONZ. Po pierwsze Hilary Clinton przebywa obecnie z wizytą w Brazylii, gdzie konsultowała się w sprawie Libii z prezydent Dilmą Rouseff. Po drugie ze strony Francji i USA padają propozycje nałożenia sankcji – sceptycznie ocenione przez polski MSZ, ponieważ mamy do czynienia z destrukcją państwa i w takim przypadku nie odniosłoby pożądanego skutku. Po trzecie sytuacja jest bardzo trudna do przewidzenia, a z powagi sytuacji wydają sobie zdawać sprawę przedstawiciele UE, bo jedną z możliwości, którą się przewiduje, jest wysłanie wojsk. Jednak by tak się stało potrzebne jest spełnienie podstaw prawnych określonych w prawie międzynarodowym. W takim przypadku na inwazję musi zgodzić się rząd danego państwa – Kadafi, lub decyzja Rady Bezpieczeństwa. Tymczasem do niepokojących manifestacji dochodzi także w Bahrajnie i Jemenie...

Co teraz?

Sytuacja na Bliskim Wschodnie jest wielką niewiadomą, analizowaną z dnia na dzień. Wiadomo jednak, jakie skutki niesie dla ceny ropy. Po wydarzeniach w Tunezji i Egipcie cena za baryłkę ropy skoczyła do prawie 100 dolarów. Król Arabii Saudyjskiej przeznaczył miliardy dolarów na publiczne inwestycje, w tym szkolnictwo, szpitale i administracje państwową, by uspokoić i podnieść morale społeczne. Podobnie robi Iran. Państwa te są zaniepokojone niepewnością swoich rządów przez wydarzenia w regionie. Najbardziej zagrożony wydaje się być Izrael, który teraz praktycznie nie ma sojuszników, a w dodatku jest otoczony wrogimi sobie państwami.

Na Bliskim Wschodzie dojdzie do geopolitycznego starcia właśnie pomiędzy Iranem a Arabią Saudyjską. Oba państwa chcą wieść prymat ideologiczny, religijny i gospodarczy – spotykają się sprzeczne interesy niemal na każdej płaszczyźnie sprawowania polityki. Władze Iranu szukają poparcia i sojuszników wśród szyitów – Bahrajnie, Iraku, Libanie, Jemenie. Natomiast Rijad robi to samo z sunnitami. Przykładem jest tutaj wpłynięcie irańskiej floty morskiej przez Kanał Sueski, rzecz niespotykana od czasów rewolucji islamskiej. Rijad zareagował wysłaniem wojsk we wschodni rejon kraju. Tym samym dał do zrozumienia sunnitom, że sytuacja z Bahrajnu nie ma szans na powtórkę.

Paradoksalnie, korzystając z sytuacji powiększania kont petrodolarami, sytuacja na Bliskim Wschodzie robi się co raz bardziej niebezpieczna, ponieważ oba państwa zbroją się na potęgę. Arabia Saudyjska ma zamiar wydać na dozbrojenie armii 60 mld dolarów, a łącznie państwa Zatoki Perskiej do 2015 roku wydadzą ok. 82 mld dolarów. W Europie skorzystają głównie eksporterzy surowców , czyli Rosja, której przydadzą się dodatkowe dochody tudzież zwiększenie dochodów do budżetu przed nadchodzącymi wyborami prezydenckimi.

fot. sxc.hu

Czytany 6507 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04