wtorek, 12 czerwiec 2012 08:56

Siergiej Nikołajenko: Ukraińska demokracja według Amerykanów

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

uncle_sam_watch

geopolityka  Siergiej Nikołajenko

Ambasador USA na Ukrainie to ktoś więcej niż dyplomata. To przede wszystkim autorytet dla „lokalnej” elity politycznej, „guru demokracji”, „mądry doradca” wytykający władzom ich błędy, bojownik o prawa człowieka, „gwarant” wolności słowa, nauczyciel a nawet psychoanalityk gotów z uwagą wysłuchać ofiar „reżimu”. 

Steven Pifer, William Taylor, Carlos Pascual, John Herbst… Wszyscy oni bez oporów przesuwali istniejącą do tej pory granicę pomiędzy aktywnością dyplomatyczną a angażowaniem się w sprawy wewnętrzne kraju pełnienia misji.

Szczególnie zapamiętany w tym kontekście zostanie Carlos Pascual, który – pewnie z powodu swojego gorącego kubańskiego temperamentu – często wcale nie zauważał istnienia ograniczeń związanych ze statusem dyplomaty, próbując sterować niemal ręcznie procesami politycznymi na Ukrainie. Również po odejściu ze stanowiska, byli już ambasadorowie amerykańscy nie zapominają o naszym kraju. Weźmy na przykład Stevena Pifera. Wyglądem przypomina on typowego profesora jakiejś amerykańskiej uczelni. Wysoki, roztargniony, w okularach. „Botanik”, który nie skrzywdziłby nawet muchy. A jednak – pierwsze wrażenie okazuje się mylne. Nie wiemy, kto go obraził w czasach, gdy pełnił swą misję dyplomatyczną na Ukrainie. Ale już od ponad dziesięciu lat Pifer stara się obniżyć „notowania” naszego kraju, przedstawiając go jako jakiś „rezerwat autorytaryzmu”. Oto jego ostatnie oświadczenie, które wygłosił w wywiadzie dla „Radia Swaboda”: „Ukraina oddala się od demokracji zachodniej w kierunku rosyjskiego autorytaryzmu. Jeśli kondycja demokracji i przestrzeganie praw i wolności człowieka będą nadal się pogarszać, oficjalny Waszyngton powróci do rozważenia wprowadzenia sankcji przeciwko Ukrainie”.

Pifer bez żadnych hamulców prorokuje rychły początek „zimnej wojny” w relacjach naszego kraju z tzw. „światem zachodnim”, który on sam miałby reprezentować: „Jeżeli wybory parlamentarne nie będą przejrzyste, a ich uczestnicy nie będą mieli równych możliwości i opozycjonistom w ogóle udaremni się udział w nich, ‘zimna wojna’ stanie się nieunikniona”.

Mniej więcej w ten sam sposób działają wszyscy pozostali ambasadorowie USA. Wyjątkiem nie jest też John Tefft, który na Ukrainie pracuje już od dwóch i pół roku. W ostatnim czasie pojawiło się u niego ulubione hasło: „sprawa Tymoszenko jest odbiciem stanu ukraińskiej demokracji”. Krótko mówiąc, wszystko sprowadzić można do następującego prostego schematu: dopóki Julia siedzi w kaczanowskiej kolonii karnej, demokracja na Ukrainie jest w niebezpieczeństwie. To właśnie Tefft był autorem oświadczenia sekretarz stanu Hillary Clinton o konieczności zwolnienia z więzienia Tymoszenko oraz innych byłych członków rządu i „pełnego przywrócenia ich politycznych i obywatelskich praw”. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że pani Clinton jest do tego stopnia zajęta innymi sprawami, że nie do końca wie, gdzie leży Ukraina i jakie wydarzenia mają miejsce w tym „dzikim kraju trzeciego świata”. Na szczęście pozostaje jej Tefft, który jest tam, na miejscu zdarzeń i przekazuje cenne rady amerykańskim władzom, a w szczególności sekretarz stanu Hillary Clinton.

Ambasadorowie USA na Ukrainie nigdy nie wykazywali żadnych zahamowań, gdy chodziło o „narodowe interesy Ameryki”. Te „narodowe interesy” rozumiane są zaś – jak pokazuje doświadczenie Iraku i Afganistanu – bardzo szeroko. Prawa człowieka, wolności słowa i standardy demokratyczne to trzy podstawowe składniki owych „interesów”, dające prawo do ingerowania w wewnętrzne sprawy, zarówno Ukrainy, jak i innych państw. No bo w końcu jakie nasze państwo mogłoby mieć sprawy wewnętrzne? Co najwyżej interesiki, nieporównywalne z interesami USA. Dlatego też Tefft bez oporów zdecydował odwiedzić Tymoszenko w więzieniu. Powiedzmy, że to istnie godny pochwały czyn. „Ofiara ‘przedwyborczego’ wymiaru sprawiedliwości” nie otrzymuje „należytej pomocy medycznej”, co wywołuje „obawy władz amerykańskich, a w szczególności samej pani Hillary Clinton”.

Tak naprawdę Tefft publicznie poddał w wątpliwość podstawy wyroku i kary wymierzonej pani Julii i zademonstrował gotowość do walki o jej uwolnienie. A co z niezawisłym wymiarem sprawiedliwości? Przecież Ameryka chełpi się swoim unikalnym systemem władzy sądowniczej, gwarantującym przestrzeganie niezbywalnych praw człowieka. Innymi słowy, niewinnych nie zamyka się w więzieniach. Oczywiście, zdarzają się sporadyczne pomyłki, ale szybko się je naprawia. Czasami pośmiertnie, ale to już nie tak istotne. Ważne jest to, że żaden zagraniczny dyplomata nie ma prawa przyjeżdżać do zakładu karnego i domagać się uwolnienia tego lub innego osadzonego. Mógłby co najwyżej grzecznie prosić o poprawę warunków odbywania kary, zapewnienie widzeń i inne drobne udogodnienia. Prawo jest prawem.

Inaczej sytuacja wygląda z krajami o „nieustabilizowanej demokracji”. Trzeba im nieustannie pomagać, wskazywać błędy, wprowadzać sankcje, jeśli nie stosują się do rad. Inaczej nie można. Jeśli by nie USA, które dobrowolnie wzięły na siebie ciężar gwaranta światowego porządku, różne „republiki bananowe”, „dzikie kraje muzułmańskie” i „państwa zbójeckie” wyprawiałyby nie wiadomo co. Pan Tefft wychodzi w swej działalności z takich właśnie założeń. Warto przy tym zauważyć, że z innymi swoimi „dobrymi uczynkami” ambasador USA niespecjalnie się afiszuje. Dobrze wiemy na przykład, że pan Tefft koordynuje pomoc w formie grantów udzielaną pismu „Ukraińska Prawda”. To właśnie dzięki niemu dziennikarze zrzeszeni w ruchu „Bez Cenzury” mają możliwość odbywania regularnych szkoleń w Stanach Zjednoczonych. Na tym jednak nie koniec. Pamiętacie jeszcze sprawę zamknięcia portalu wymiany plików EX.UA?

Tyle było wówczas hałasu z powodu „nieludzkich działań milicji”. Tymczasem prawie nikt nie mówił o skromnej roli amerykańskiego ambasadora w tej sprawie, który osobiście pofatygował się do Rady Ministrów, by na spotkaniu z wicepremierem twardo zapowiedzieć: „albo będziecie przestrzegać praw autorskich, albo będziemy was karać”. Wkrótce po wizycie Teffta portal został zamknięty. Amerykański ambasador nie afiszuje się z podobnymi sukcesami. Całkiem inaczej niż w przypadku Tymoszenko. W tym przypadku John Tefft ogłasza, że występuje w obronie represjonowanej skazanej. Walczy jak lew o demokrację i prawa człowieka na Ukrainie, nie biorąc przy tym – co prawda – pod uwagę interesów samych Ukraińców. Przecież oni jeszcze w końcu nie dojrzeli do wysokich standardów zachodniej demokracji.

Niestety, standardy te mają podwójny charakter, o czym nietrudno się przekonać, choćby czytając akt oskarżenia departamentu sprawiedliwości USA, podpisany 10 grudnia 2009 roku przez prokuratora generalnego Stanów Zjednoczonych Erica Holdera i żądający konfiskaty zamrożonych uprzednio aktywów Pawła Łazarenki. Rzecz dotyczy przepadku u skazanego Łazarenko kwoty 250 mln dolarów. Sprawa toczy się przed waszyngtońskim sądem [1].

Wszystko jest w nim zgodne z zasadami sądowniczej biurokracji: piękna czerwona pieczęć z wstążką, podpis prokuratora generalnego Erica Holdera i najistotniejsze sformułowanie „Julia Tymoszenko – wspólniczka Pawła Łazarenki”. Tego samego, znanego jako „Pasza – Odkurzacz”, którego najbardziej sprawiedliwy ze sprawiedliwych amerykański sąd skazał na długoletnie więzienie za przywłaszczanie i pranie brudnych pieniędzy. Jak łatwo zgadnąć, „wspólniczka” to w tym przypadku słowo równoznaczne ze słowem „współudziałowiec”. A to oznacza, że pani Julia, gwiazda zachodniej i europejskiej demokracji, brała udział w przestępstwie, wykrytym i ukaranym przez amerykański wymiar sprawiedliwości.

Krótki cytat: „Począwszy od mniej więcej grudnia 1995 roku, ukraińska firma EESU, założona 20 listopada 1995 roku przez Julię Tymoszenko – wspólniczkę Łazarenko, znajdowała się na liście kilku firm, którym rząd ukraiński dał prawo importu gazu ziemnego na Ukrainę. Około stycznia 1996 roku EESU przekazała prawa do importowanego gazu firmie United Energy International (UEIL), która kontrolowała 85% akcji EESU. Julia Tymoszenko niezgodnie z prawem przekazała płatności ukraińskich konsumentów gazu dostarczanego przez EESU na konta bankowe UEIL. W okresie pomiędzy 8 kwietnia 1996 roku a 31 grudnia 1996 roku, zamiast uregulować należności za gaz firmie Gazprom, firma UEIL dokonała przelewów na kwotę około 140 mln dolarów na konta Somolli Enterprises, firmy zarejestrowanej na Cyprze i kontrolowanej przez Julię Tymoszenko. Od kwietnia 1996 roku do czerwca 1997 roku firmy Somolli Enterprises i EESU przelały około 97 mln dolarów na konta, którymi dysponował Kiriczenko (przyjaciel i wspólnik Łazarenko – red.) w Szwajcarii, Polsce oraz w Stanach Zjednoczonych, w tym kwoty 13 mln dolarów w północnym okręgu stanu Kalifornia. W okresie między lutym 1996 roku a wrześniem 1997 roku pieniądze z kont Somolli Enterprises oraz innych firm w kwocie 120 mln dolarów zostały przelane z kont Kiriczenko na konta kontrolowane przez Łazarenko w Szwajcarii i Antigua”.

Na pierwszy rzut oka widać, że amerykański ambasador wykorzystuje taktykę podwójnych standardów. John Tefft poddaje w wątpliwość wyrok ukraińskiego sądu i na tej podstawie domaga się uwolnienia Julii Tymoszenko, nie biorąc jakoś pod uwagę faktu, że była ona „wspólniczką” Łazarenko w realizacji przez niego przestępczych działań finansowych. Wcale jednak tak nie jest. Gdy sprawa dotyczy interesów milionów zwykłych, prostych Ukraińców, pragnących szybkiego osiągnięcia standardów zachodniego demokratycznego świata, można, jak widać, nie brać pod uwagę niektórych faktów nie pasujących do budowanej koncepcji „obrony praw człowieka”. Tak, istotnie w Kalifornii uznano Tymoszenko za wspólniczkę złowrogiego Łazarenko. Ale przecież nie o to chodzi. W końcu w Iraku też nie znaleziono broni chemicznej i biologicznej, co nie przeszkodziło w uszczęśliwieniu narodu irackiego wartościami zachodniej demokracji. Libia też powinna być wdzięczna państwom członkowskim NATO za to, że wyzwoliły ją od dyktatury i pozwoliły wreszcie wkroczyć na drogę prawdziwego postępu. Wszyscy, lub prawie wszyscy, są z tego powodu szczęśliwsi.

Oczywiście, strategicznym zadaniem Johna Teffta jest doprowadzenie do udziału Tymoszenko w zbliżających się wyborach parlamentarnych. W jednym z wywiadów, dziwnym zbiegiem okoliczności zamieszczonym na stronie internetowej „Ukraińskiej Prawdy”, amerykański ambasador otwarcie wyraża wątpliwości co do demokratycznego charakteru rozpoczynającej się kampanii wyborczej. Bez Tymoszenko to się nie uda. To szokujące, ale wspólniczka Łazarenko symbolizuje dziś najwyższe standardy nie tylko europejskiej, ale także amerykańskiej demokracji.

___________________________________

1. Warto zwrócić uwagę na wspomniany dokument: http://tymoshenko-vona.com/photo/category/1.html?format=html

Czytany 4648 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04