czwartek, 18 grudzień 2014 06:09

Robert Potocki: Mało konkretna wizyta kurtuazyjna: rozważania sceptyczne

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

dr Robert Potocki

W dniach 17–18 grudnia 2014 r. gościł w Warszawie prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Wizyta przypadła dokładnie w momencie, gdy u naszego wschodniego sąsiada doszło do zakończenia procedury wyborczej (7 grudnia – wybory samorządowe), wymuszonej przez społeczeństwo obywatelskie podczas EuroMajdanu oraz zawarcia kolejnego rozejmu (10 grudnia) w „pełzającej” i niekończącej się wojnie noworosyjskiej. Ponadto państwo to w zasadzie znajduje się na granicy niewydolności instytucjonalnej i bankructwa ekonomicznego, a gdyby nie ograniczone wsparcie finansowe ze strony MFW, USA i UE to nie bardzo byłoby wiadome, jak potoczyłyby się dalsze losy władz porewolucyjnych.

Nie jest wykluczone, iż właśnie na tego rodzaju scenariusz (tzw. społeczny Majdan) „grał” rosyjski prezydent Władimir Putin, wspierając politycznie i militarnie secesję Donbasu. Także, pomimo ich normatywnej legitymizacji, wiarygodność nowej ekipy rządzącej nie jest zbyt duża – ani na arenie międzynarodowej, ani też na poziomie krajowym.

Pomarańczowa Rewolucja oraz rozczarowanie, jakie przyniosła prezydentura Wiktora Juszczenki (2005–2010) nauczyła polityków europejskich i amerykańskich oraz społeczeństwo ukraińskie – mówiąc dość oględnie – pewnej wstrzemięźliwości wobec kijowskiego ośrodka władzy. To właśnie z tych powodów w II gabinecie premiera Arsenija Jaceniuka znaleźli się – obcokrajowcy, którzy mają w gruncie rzeczy uwiarygodniać reformatorskie tendencje w oczach zagranicy (w zasadzie dopilnować, aby Ukraina zrealizowała zalecenia MFW) oraz arenie wewnętrznej (jako osoby niepodatne na polityczną korupcję i niezwiązane z miejscowym oligarchatem).

Potencjalnym oponentom obecnej ekipy rządzącej w Kijowie trzeba w tym miejscu przypomnieć, iż „spadochroniarze”, to w zasadzie nic zdrożnego, o ile ich obecność rzeczywiście dobrze służy wspomnianemu krajowi. Zresztą warto zauważyć, iż okresie trwania „reżimu Janukowycza” w strukturach władzy znajdowało się także kilka osobistości, które także „wypełniały obowiązki Ukraińców”. A tak, w następstwie EuroMajdanu fundusze i specjalistów rosyjskich zastąpiły beneficja zachodnie oraz europejscy i amerykańscy doradcy. Nie zmienia to oczywiście w niczym faktu, iż Ukraina jako państwo poradzieckie i postkomunistyczne oraz republika oligarchiczna wykazała się całkowitą niewydolnością, a to stawia przed Ukraińcami wyzwania, z jakimi przyszło się wcześniej uporać Gruzji w następstwie Rewolucji Róż. Oczywiście w tym przypadku skala tranzycji jest bez porównania zdecydowanie większa, jeśli chodzi tylko o „prawo wielkich liczb” oraz potencjalne reperkusje geopolityczne. Jednak wcześniejsze doświadczenia (Pomarańczowa Rewolucja) nie napawają entuzjazmem, pomimo określonej retoryki mediów głównego nurtu, które nieprzerwanie gloryfikują porewolucyjny „nowy ład”. Warto o tym wszystkim pamiętać w kontekście warszawskiej wizyty prezydenta P. Poroszenki.

Ukraina ma dość „słabe karty” w rozgrywce międzynarodowej, w której znalazła się w roli przysłowiowego petenta, zaś władze RP – po raz kolejny – zyskały możliwość, by zademonstrować swą solidarność z Ukrainą i Ukraińcami. Trzeba tu zwrócić uwagę na wyraz „zademonstrować”, gdyż w pełni oddaje on sens współczesnych relacji bilateralnych w kontekście EuroMajdanu. Dlatego też wspomnianego dostojnika przyjmowano z dość wielką atencją. Strona polska zapewniła pełną osłonę medialną, zaś prezydent Bronisław Komorowski wydał uroczysty bankiet, aby ukontentować dostojnego gościa. Przybyszowi umożliwiono nawet na „dyplomatyczne wystąpienie” przed Zgromadzeniem Narodowym, co jest – samo w sobie – wydarzeniem dość wyjątkowym. Tam, podczas przemówienia przez posłami i senatorami, padło istotnie dość ważne, z ust P. Poroszenki, oświadczenie: Ukraina zamierza zrezygnować z doktryny pozablokowości!

Oczywiście, można dowodzić, iż – z powodu wojny noworosyjskiej – wspomniana polistrategia okazała się bezużyteczna i będzie w tym dużo racji. Tym niemniej, w tym przypadku, trzeba zauważyć, że tego rodzaju oświadczenie, złożone w polskim parlamencie jest – po pierwsze – zgodne z oczekiwaniami interlokutorów, a po drugie – nijak ma się do współczesnej sytuacji geopolitycznej. Można założyć, iż z perspektywy racji stanu III RP – byłby to pożądany krok, gdyż do pewnego stopnia ograniczyłby jej status i ponoszone koszta „państwa frontowego”. Tym niemniej, jeżeli zaczniemy analizować pozycję Ukrainy z perspektyw świata zachodniego, to takie ośrodki siły, jak Niemcy czy Francja, nawet nie biorą takiej ewentualności pod uwagę, natomiast w USA czy w Wielkiej Brytanii mówi się o tym jedynie „półgębkiem”. Czy trzeba tu przypominać, iż propozycję prezydenta P. Poroszenki o uzyskaniu statusu specjalnego sojusznika Stanów Zjednoczonych, na wzór Izraela, Pakistanu, Turcji czy Korei Południowej po prostu zbyto milczeniem?

Nieco lepiej wygląda – może tylko w teorii – pozycjonowanie perspektyw potencjalnego członkostwa tego kraju w ramach Unii Europejskiej, gdzie nikt nie może zakwestionować tego rodzaju aspiracji, co wynika wyłącznie z geografii. Warto może zauważyć, jak „prezydent” UE Donald Tusk zareagował na ukraińską propozycję zaproszenia na posiedzenie Rady Unii Europejskiej P. Poroszenkę?

Otóż – nijak! A jak zareaguje Rosja?

Przecież jedną z przyczyn zaangażowania się tego ostatniego mocarstwa w wojnę donbaską jest strach przed „polskim scenariuszem” na jej południowo-zachodniej granicy. Nie należy jednak lekceważyć także faktu, iż Moskwa rozumuje w kategoriach czystej geopolityki i syndromu czerwca 1941 r. A poza tym, kto w Europie i Ameryce pragnie antagonizować Rosję i prowokować kolejną Zimną Wojnę (wyścig zbrojeń)?!

Nie ukrywajmy faktu, iż o ile Stany Zjednoczone mogą być do pewnego stopnia zainteresowane podtrzymywaniem chaosu w Eurazji (teza Georga Friedmana), o tyle w UE i FR opowiadają się raczej za opcją „finlandyzacji” Ukrainy, gdy alternatywą pozostaje noworosyjskie parapaństwo. A jakie stanowisko zajmie wówczas Polska? A może zwyczajnie ponownie popłynie w „głównym nurcie” polityki europejskiej, by nie antagonizować swoich „partnerów”?

Oczywiście w czasie tej gali, jak i innych publicznych wystąpień politycy obu krajów prześcigali się w zapewnieniach o przyjaźni polsko-ukraińskiej, wadze czynnika ukraińskiego w polskiej polityce wschodniej, czy też doniosłej roli Polski w polistrategii ukraińskiej. Rzeczywistość jest jednak bardziej przyziemna, gdyż decydenci obu stron nie bardzo mogą pozytywnie zweryfikować fakty. Dotychczasowa polityka rządów Platformy Obywatelskiej raczej nie „rozpieszczała” naszych wschodnich sąsiadów – no może poza przyjęciem opcji Russia First. Oczywiście wszystko uległo zasadniczej zmianie (w sferze deklaracji) po wybuchu rewolucji w Kijowie. Polska oczywiście opowiedziała się po stronie rewolucjonistów. Próbowano mediować, z wiadomym rezultatem (ugoda Radosława Sikorskiego z 21 lutego 2014 r.), co nie omieszkano wykorzystać propagandowo. Jeden fakt pozostaje przy tym niepowtarzalny – liczne środowiska społeczne (organizacje pozarządowe, czasopisma liberalne i prawicowe, grupy konfesyjne) pospieszyły Ukraińcom z pomocą humanitarną i logistyczną, wsparciem moralnym i medialno-propagandowym. Staropolskie powiedzenie „Za wolność naszą i waszą!” przybrało zatem nową postać.

Państwo polskie nie potrafiło jednak wykorzystać swojej szansy, jaką stworzyła sytuacja wojenna na Ukrainie – nie załatwiono „gorących spraw” (ochrona dziedzictwa kulturowego, kwestii Domu Polskiego we Lwowie, kwestii szkolnictwa mniejszościowego, repatriacji rodaków ze strefy konfliktu, „zabagnionych” spraw gospodarczych), nie zdecydowano się nawet na wysłanie wyposażenia niebojowego dla armii ukraińskiej – choć do pewnego stopnia tolerowano prywatny wywóz pojedynczych egzemplarzy hełmów i kamizelek kuloodpornych. „Pal licho” dozbrajanie Ukraińców – a co z naszymi nadwyżkami węgla, który można było sprzedać na kredyt, za który poręczyłby rząd RP?! Byłby i zysk ekonomiczny, i polityczny, a i kopalnie odetchnęłyby z pewną ulgą... A co mamy w zamian – ograniczenie eksportu rolno-spożywczego na Wschód, kłopoty przewoźników międzynarodowych i narzekania hotelarzy na spadek dochodów! Ponadto zapytajmy, które inicjatywy społeczne czy też listy otwarte wsparła ekipa rządząca. A gdzie podziała się nasza „wpływowa” dyplomacja, świadcząca „dobre usługi” na rzecz Kijowa? Coś o niej cicho od czasu rozpoczęcia prezydentury przez P. Poroszenkę.

Co prawda reanimowano tego typu „odgrzewane kotlety”, co brygada polsko-ukraińsko-litewska. Warto może w tym jednak przypadku przypomnieć historię i „zejście ze sceny” batalionu polsko-ukraińskiego! Kto dziś także pamięta o projekcie Polsko-Ukraińskiego Uniwersytetu Europejskiego autorstwa red. Jerzego Giedroycia i prof. Jerzego Kłoczowskiego. Chyba tylko prezydent P. Poroszenko, który drugi dzień swej państwowej poświęca na wizytę w Lublinie. To swoisty hołd wobec polskiej dyplomacji społecznej i tych środowisk opiniotwórczych, i naukowych, skupionych wokół miejscowego Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej, który wykonał gigantyczny wysiłek intelektualny na rzecz dwustronnego pojednania i porozumienia w myśl doktryny Giedroycia-Mieroszewskiego.

Gdyby pokusić się o wyliczenie wszystkich wspólnych inicjatyw za lata 1991–2013, to okazałoby się, że gdyby je zrealizowano w praktyce, to jest wielce prawdopodobne, iż historia sąsiedztwa i pozycja obu krajów byłaby też zupełnie inna. Co zatem obecnie mamy?

Dużo słów, oświadczenia pełne frazesów, szum medialny, lecz mało konkretów – tak można podsumować całokształt stosunków, jak i wagę wizyty prezydenta P. Poroszenki w Warszawie. Z perspektywy propagandowej oczywiście osiągnięto „znaczący” sukces dyplomatyczny – Polska po raz kolejny okazała się liczącym „graczem europejskim”, gdzie jest autorytetem dla siebie samej. A przy okazji możemy poszczycić się dwoma znaczącymi „osiągnięciami”. Po pierwsze – prezydent RP B. Komorowski, w obecności P. Poroszenki, podpisał ustawę, która umożliwi ratyfikację przez Polskę układu stowarzyszeniowego UE-Ukraina. Po drugie – 17 grudnia wyruszył na Ukrainę pierwszy (!) polski i organizowany przez państwo konwój humanitarny. Inicjatywy chwalebna i naprawdę konieczna; szkoda, że tylko przypomniano sobie o potrzebach tego kraju akurat w tym momencie. Jednak czego nie robi się, aby „usatysfakcjonować” media...?

Niemniej nie zmienia to faktu, że w rzeczywistości to czystej wody Public Relations i nic więcej! Jednym słowem wspomniana wizyta nie jest ani przełomem w stosunkach bilateralnych, ani też nie wnosi żadnych nowych akcentów – poza tymi oczywiście, które i tak są już obecne w przestrzeni publicznej, co najmniej od kilku miesięcy (pomoc w reformie samorządu terytorialnego, metodologia walki z korupcją). Prawda jest raczej stosunkowo banalna – prezydent P. Poroszenko potrzebuje sukcesu dyplomatycznego w okresie niepewności wewnętrznej, zaś prezydent B. Komorowski, kreujący się już od dłuższego czasu za patrona środowisk ukrainofilskich – zdaje się myśleć już w kategoriach prowyborczych. To także pokazuje, że w praktyce polsko-ukraińskie partnerstwo strategiczne – wobec analizy faktograficznej – często jest jedynie pewnego rodzaju figurą retoryczną lub, jak kto też woli – opcją geopolityczną z zakresu „mniemanologii stosowanej”.

Fot. Krzysztof Białoskórski, sejm.gov.pl

Czytany 3797 razy