piątek, 21 listopad 2014 01:00

Radosław S. Czarnecki: Niezmienność granic - dogmat czy fałsz?

Oceń ten artykuł
(1 głos)

polityka Radosław S. Czarnecki

Granice z punktu widzenia europejskiej, narodowo-etnocentrycznej, często postimperialnej i kulturowej wyniosłości, egoizmu i eurocentryzmu, są pojęciem ze sfery science fiction. Zmieniane były, są  i będą. Tylko o tym polskie (a i europejskie) elity nie chcą wiedzieć i mówić.

Jugosławia, Związek Radziecki, Niemcy, Serbia / Kosowo, Sudan / Sudan Płd., Indonezja / Timor Wsch., Gruzja / Abchazja / Osetia Płd., Palestyna – Gaza / Zach. Brzeg Jordanu,  Somalia / Puntland / Somaliland, Mali / Azawad,  Mołdawia / Naddniestrze,  Afganistan, Libia / Cyrenajka, Etiopia / Erytrea, Irak (strefy wyznaniowe), Syria (analogiczna sytuacja z Irakiem),  Azerbejdżan / Górny Karabach, Bośnia i Hercegowina (i jej trzy części składowe) itd., itp.

 

Powyższa wyliczanka pokazuje nie tyle formalne rozbicie państw, co sytuację,  gdzie często ów podział funkcjonuje jedynie w sposób mityczno-enigmatyczny, a uznawany jest przez tzw. społeczność międzynarodową. To często kraje egzystujące na zasadzie czarnych dziur (istniejących formalnie tylko na mapach): bezprawia, mafii, piractwa, siedziby międzynarodowego terroryzmu, przemytu ludzi, broni, narkotyków (dystrybucji i produkcji), pralni brudnych pieniędzy, etc.
Nie mówmy więc, że granice są niezmienne, gdy wszystko wokoło się niesłychanie szybko, coraz szybciej, zmienia. Media chwalą ten świat w ciągłym pośpiechu i biegu, uważając ów stan za naturalny. Ten ruch, zamęt, nieład, chaos uważane są za immanentną cechę XXI w. – tyle, że z wyłączeniem granic.
Trzeba dopiero hekatomby (np. w byłej Jugosławii czy Sudanie), aby tzw. wspólnota międzynarodowa wydała decyzje: tak – podzielcie się, zmieńcie granice, rozejdźcie się wedle kryteriów, którymi gardzimy.

 

Owe kryteria – religia, język, etniczność, a co za tym idzie: kultura i systemy wartości, które stanowiły w XIX i XX w. o dyspersji Europy na małe kraje (a proces ów jeszcze się nie skończył), regiony, gminy, itd. i wyznaczały granice – zostały po upadku Muru Berlińskiego uznane przez mainstream za niebyłe, niedzisiejsze, odłożone do lamusa wraz z „końcem historii” (wg Francisa Forda Fukuyamy). 

 

Ale ludobójstwom, masowym mordom, zbrodniom wojennym i przemocy nie położyło to końca. Nie położyło kresu cynizmowi naszej polityki, naszej zaborczości, imperialno-kulturowym zamiarom, nihilizmowi towarzyszącemu szczytnym zasadom. Bo nie mogło położyć. Zwycięstwo kapitalizmu w formie neoliberalizmu to przecież zysk ponad ludzi, pieniądz ponad zasady, korporacje (narodowe i ponadnarodowe) ponad państwo i społeczeństwo. A zresztą – my sami, ludzie Zachodu w tych niecnych przedsięwzięciach (a sprzecznych z głoszonymi przez nas od ponad 300 lat – czyli od Oświecenia – ideałami) uczestniczyliśmy i uczestniczymy cały czas, profanując to, co sami chcemy nieść innemu niż zachodni światu: tzw. prawa człowieka.   

 

Krym i Kosowo

 

Tuż pod bokiem Półwyspu Krymskiego, za jego granicą (cieśnina Kercz ma 4 km szerokości, ma tam powstać most łączący Krym/Kercz z Rosją kontynentalną) znajdują się tereny etniczne krymskiej społeczności, z którymi ona identyfikuje się mentalnie i kulturowo – o języku i religii nie wspominając. 
Kosowo graniczące z Albanią było również od lat narażone na infiltrację zarówno ludzi, jak i idei, pieniędzy, broni, itd. Granica przebiegająca w górach, podczas agonii Jugosławii, była bowiem „ażurowa” i niestrzeżona –  tak, jak współczesna granica Rosji i Ukrainy.

 

Uzbrojeni ludzie przekraczający granicę rosyjsko-ukraińską są „niedobrzy” i inspirowani przez Rosję oraz rząd rosyjski, natomiast powstańcy i bojownicy UCK, dekadę temu otrzymujący wsparcie od albańskiej diaspory (zwłaszcza z Niemiec i USA), a przede wszystkim – zza granicy, od ziomków Albanii właściwej – byli trendy, godni wywyższenia i admiracji.

 

Warto przypomnieć, iż referendum na Krymie (16.03.14) ma taki sam wymiar jak ogłoszone i przeprowadzone jeszcze przez tzw. umiarkowanych Kosowian pod przewodnictwem Ibrahima Rugovy w końcu lat 90. XX w. wybory głowy państwa kosowskiego (mimo ostrego sprzeciwu i prób jego unicestwienia przez Belgrad). Wtedy z ust polskiego mainstreamu padały uzasadnienia dla secesji Kosowa, że „oto naród chce wolności i samodzielności”, a referendum i jego wynik najlepiej to pokazują.

 

Jeśli w Kosowie przyzwalano na taki rozwój sytuacji, to czemu Krymianom się odmawia?

 

A jak w świetle stwierdzeń naszego, polskiego ministra spraw zagranicznych, że „referendum na Krymie odbyło się pod lufami karabinów i dlatego nie może być uznane” ma się uznanie kolejnych wyborów (tym razem prezydenckich) w Afganistanie, odbytych podczas interwencji (vel faktycznej okupacji kraju przez siły Zachodu i trwającej tam cały czas wojny domowej) za legalne, demokratyczne i niosące krajowi postęp?

 

Czy terror psychiczny i naciski lokalnych społeczności albańskich nie miały miejsca podczas kosowskiego referendum? Na kpinę w tym kontekście zakrawa fakt, że wyniki afgańskich wyborów (i to nie w pełni faktyczne) znane są dopiero w ponad miesiąc po zasadniczym głosowaniu.

 

Oczywiście, można powiedzieć, że Kosowianie z Prisztiny i Wysokiego Deczane sami z siebie, bez żadnej pomocy  i „poddzierżki” zewnętrznych sił powstali, a Krymianie są tylko i wyłącznie inspirowani przez niedobrego Putina i jego ekipę (vel – przez Rosję).

 

O inspiracji i „poddzierżce” zuchów z UCK przez Al-Kaidę i siły światowego dżihadu  oraz  islamizmu (Osama bin Laden osobiście był w Albanii 3–4 razy, przywożąc środki finansowe w... walizce dla mudżahedinów z UCK) polscy głosiciele wolności, demokracji i swobody dziwnie wtedy milczeli,  a  dziś akurat ostro krzyczą o mieszaniu się Rosji w sprawy Ukrainy.

 

Sprawa gwarancji granic Ukrainy przez mocarstwa nuklearne w 1992 roku przy okazji denuklearyzacji Kijowa wymaga tylko drobnego uzupełnienia. Otóż granice Jugosławii też OBWE potwierdzała, a secesji Kosowa – autonomicznego regionu w ramach Serbii, nie żadnej republiki związkowej jak Chorwacja, Bośnia, Czarnogóra, itd. (choć  sam rozpad kraju – jednego z pierwszych sygnatariuszy ONZ i członka koalicji antyhitlerowskiej – był już  w jakimś sensie ewenementem i niebezpiecznym przypadkiem) –  w żaden sposób nie można było (i nie można po dziś dzień) uzasadnić z tego tytułu. Tak więc – ciszej nad tą trumną.

 

Kosowo wychodzi bokiem, a ten kij zawsze ma dwa końce. I bije nie tylko tych, których byśmy chcieli (w tych przypadkach miloszewiczowską Serbię czy putinowską Rosję). Bo – zgodnie z cytowanym wyżej Spinozą – warto pamiętać, że „dążymy do czegoś, chcemy, pragniemy, pożądamy czegoś nie dlatego, że uważamy to za dobre, lecz przeciwnie – dlatego poczytujemy to za dobre, że do tego dążymy, tego chcemy, tego pożądamy”.

 

Arabia Saudyjska

 

Arabię Saudyjską podaje się w Polsce jako pozytywny przykład łączenia tradycji i wartości Zachodu (technologii) z tradycją Orientu, czyli innej cywilizacji i kultury. Królestwo Saudów jest najbliższym  sojusznikiem Zachodu (zwłaszcza USA) na Bliskim Wschodzie, wypróbowanym partnerem i strategicznym (od dekad) wspólnikiem wielu politycznych i biznesowych przedsięwzięć.

 

W kontekście sytuacji na Krymie i wokół Ukrainy  warto przypomnieć, że ponad dwa lata temu,  gdy w sąsiednim Bahrajnie (Bahrajn dla królestwa Saudów to jak Krym dla Moskwy, rządzi tam dynastia sunnicka, spokrewniona z Saudami, ale reprezentująca mniejszość społeczeństwa, bo większość, ok. ¾,  to szyici) wybuchła miejscowa wersja arabskiej wiosny – wojska saudyjskie oraz oddziały paramilitarne milicji religijnych (jakich pełno w królestwie Saudyjczyków) wkroczyły do Bahrajnu, tłumiąc protesty szyitów. Zginęło wtedy ponad 200 osób, kilkaset trafiło do więzień (kilku z nich zmarło w wyniku tortur i nieludzkich warunków – protestowała tylko Human Rights Watch i Amnesty International).

 

I niech tylko nikt nie mówi, że to przecież nie Europa… Prawa człowieka czy wartości Zachodu (w zasadzie –oświeceniowe) są uniwersalne i dotyczyć winny – jeśli się je ma stosować – wszystkich ludzi. O ile pamiętam, nikt u nas wtedy nie protestował przeciwko interwencji saudyjskiej w sąsiednim, maleńkim emiracie i nikt nie ujmował się za ofiarami w Bahrajnie. Nikt nie nakładał też (ani nie postulował) jakichkolwiek sankcji na królestwo Saudów. 

 

A Saudowie to megatalibowie w sferze politycznej (z tytułu petrodolarowych zasobów), w wymiarze mentalnym (to tu znajdują się dwa najświętsze miejsca dla wyznawców islamu – Mekka i Medyna – a mufti urzędujący w Mekce jest osobistością i autorytetem w świecie muzułmańskim, niczym papież dla katolików), sponsor wszelkiego islamizmu i terroryzmu islamistycznego na świecie.

 

Pokazywanie więc tego przykładu jako pozytywnej kompilacji wartości Zachodu z kulturą Orientu zakrawa na kpinę. Reżim saudyjski jest o wiele bardziej obmierzły i opresyjny niż Saddama Husajna czy Muammara Kadafiego (o Rosji Władimira Putina nie wspominając).

 

Dowodzą tego choćby formy kar (amputacja kończyn, kara śmierci poprzez ścięcie mieczem) oraz istnienie kilku formacji paramilitarnych (m.in. policji religijnej), zakaz budowy świątyń innych wyznań niż islam oraz prześladowania tych wspólnot, które kultywują nieislamskie tradycje (i to muszą być ryty wg wahhabickich zasad). Konwersje np. na chrześcijaństwo karane są śmiercią.

 

Czy to jest przykład pozytywnego sprzężenia wartości zachodnich z inną tradycją?

 

Jeszcze raz potwierdza się szlagwort wszechwładnego swego czasu w USA szefa FBI Edgara Hoovera: „To sk…, ale nasz sk….”. To określenie, jak dotąd, dobrze oddaje zasady, jakimi rządzi się polityka i geopolityka.

 

Jeszcze jedna uwaga w tej materii. Podstawą praw człowieka, demokracji i wolności jest m.in. stosunek do kary śmierci. Tu Europa wyprzedza zdecydowanie resztę świata. Czołówkę krajów, gdzie wykonuje się tę haniebną dla człowieczeństwa karę stanowią Chiny, Iran, Arabia Saudyjska i… USA. Przypomnieć jedynie wypada, że w Rosji od 1994 roku obowiązuje zawieszenie tej kary (sądy nie wydają wyroku pozbawienia podsądnego życia). Warto o tym mówić, aby raz jeszcze pokazać wielosektorowość świata i błędność patrzenia na wszelkie zjawiska w perspektywie zero-jedynkowej.

 

Ważenie śmierci

 

Śmierć ludzi jest zawsze dramatem, zwłaszcza w takich okolicznościach jak w czasie zajść lutowych na Majdanie. Śmierć jednego człowieka  jest zawsze śmiercią całego świata. Ale znając rzetelność rodzimych funkcjonariuszy medialnych (vide Kraśko Kraśko, Pałkiewicz et consortes), niezrównoważonych emocjonalnie i nawiedzonych rusofobów, trzeba mieć wielki dystans do ich przekazów, a komentarzy przede wszystkim.

 

Czy masowa śmierć na Majdanie jest czymś innym niż śmierć tzw. separatystów w Odessie w płomieniach budynku Centrali Związku Zawodowych? A życie berkutowców poległych na Majdanie? Czy nad ciałami bośniackich Serbów zamordowanych przez islamistyczne bojówki Nasera Orićia podczas rajdów w noc poprzedzającą Petrovdan (1993) nie trzeba pochylać się równie głęboko jak nad 8 tysiącami grobów w Srebrenicy (jest ich w rzeczywistości 3,5 tysiąca)?

 

Majdan dziś (i wszystko co z nim związane, zwłaszcza tragedia  poprzedzająca dymisję i ucieczkę z Kijowa Wiktora Janukowycza) jest jak Raczak w Kosowie w 1999 roku. Miało tam być zamordowanych przez Serbów i pochowanych kilkadziesiąt osób narodowości albańskiej. Dziś wychodzi, iż to najprawdopodobniej sama UCK pomordowanych swoich przeciwników zakopała w Raczaku, zrzucając potem (rola „cynglowanych” mediów!) winę na Serbię, która miała fatalną opinię w całym tzw. cywilizowanym świecie.

 

Podobnie było ze śmiercią (ok. 30 osób) członków klanu Jasharich w 1998 r.– zginęli m.in. Gomza i Adem oraz kilkoro dzieci i kobiet – bohaterów Kosowa i Albanii. Dziś wiadomo, iż wysadzali oni obiekty państwowe (m.in. ropociąg w Serbii) i atakowali urzędy serbskie. Byli więc terrorystami w świetle nomenklatury przyjętej dziś (także w świetle enuncjacji dochodzących z polskich elit, a opisujących sytuację na wschodzie Ukrainy).

 

Wtedy powszechne oburzenie ludzi mediów i polityków  wywołał szturm spec oddziałów serbskich na plemienną siedzibę klanu Jasharich i bestialstwo funkcjonariuszy tych sił.

 

Obecnie prominentny polski europarlamentarzysta Jacek Saryusz-Wolski, reprezentujący formację liberalną, postępową, twierdzi publicznie, iż ukraińskie władze mają prawo użyć wszelkich możliwych sił i środków dla stłumienia irredenty na wschodzie kraju.

 

Gdy mówi się o takich akcjach i ofiarach wśród cywilów, warto przypomnieć atak sił FBI za pierwszej kadencji Billa Clintona na farmę w Waco (Teksas), gdzie swą siedzibę uwiła chrześcijańska sekta Branch Davidians Davida Koresha, charyzmatycznego guru  i profety. Zginęło wówczas (1993) ok. 100 osób (część spaliła się, została spalona?). Czy towarzyszył temu rwetes i krytyka, że demokracja (i to autentyczna, bo amerykańska) zabija swoich obywateli? Że specjalne oddziały strzelają do ludzi, zabijając kobiety i dzieci?

 

Państwo to także zorganizowana przemoc społeczeństwa, jako naczelnej, najwyższej wspólnoty nad jednostką czy mniejszymi grupami.

 

Ukraińska czkawka

 

Na koniec taka refleksja: to, co dzieje się na Ukrainie, będzie odbijać się zachodniej cywilizacji czkawką długo (a w Polsce – hiperdługo). Świadczy bowiem o tym, iż w głęboko podzielonym kulturowo, religijnie, językowo, społeczeństwie, (gdzie rozejm i równowaga są niezwykle kruche i niestabilne), część może narzucić swoje racje ogółowi. Może się w tym celu posłużyć religią, tradycją i innymi wartościami, które w danym społeczeństwie są różne i antagonizują.

 

Nie zdziwię się więc, gdy młodzi, radykalni muzułmanie w Paryżu, Londynie, Marsylii, Antwerpii, Amsterdamie czy Kolonii – wzorem Majdanu – za jakiś czas opanują część któregoś z tych miast i będą żądać np. wprowadzenia szarii jako prawa państwowego.

 

Z uzasadnieniem, że wybory są nieważne, a  parlament nam się nie podoba.

 

Przykład Majdanu będzie zaraźliwy i ta zaraza grozi nie Moskwie – jak się wielu nad Wisłą wydaje (i jak by chciało), ale przede wszystkim Zachodowi. Islamiści w  Europie już są – nie tylko na Bałkanach, ale i w sercu Zachodu. Ze swoją argumentacją, ze swoim obliczem, a przede wszystkim – z jasnym przesłaniem i petrodolarami (niebagatelnym motywem w dobie kryzysu ekonomicznego i coraz powszechniejszego wykluczenia).

 

Pod koniec lat 80., kiedy zimna wojna dobiegała kresu, Samuel Huntington usłyszał z ust Georgija Arbatowa, doradcy ówczesnego I Sekretarza KPZR, znamienne słowa: „Robimy wam straszną krzywdę – pozbawiamy was wroga”. Huntington na kanwie tej wypowiedzi podkreśla w swoim wiekopomnym dziele, iż zdaniem wielu psychologów, zarówno jednostki jak i grupy ludzi określają własną tożsamość i definiują swój byt przede wszystkim w kategoriach walki z rzeczywistym (lub wyimaginowanym) wrogiem.

 

Czy jednak przy tej przy tej okazji można permanentnie mówić, opowiadać, zapewniać, pouczać Innego o tzw. prawach człowieka, zaletach naszej demokracji, a nade wszystko – prawić z poziomu wysokiego C o wolności odmienianej przez różne przypadki i ubranej w iskrzące wzniosłością slogany?

 

I czy taka wolność, bez pozostałych dwóch elementów nieodłącznych Oświeceniu, czyli bez braterstwa (fraternite), a przede wszystkim bez równości (egalite), zastosowana w praktyce i nie okadzana ideologicznymi i medialnymi dymami, ma jakiekolwiek znaczenie? Czy może być drogowskazem, wzorcem, ideałem?

Tekst został opublikowany w Nr 11 (194), listopad 2014 miesięcznika „Sprawy Nauki” e w serii pt. Cień Kosowa.

Czytany 5276 razy