środa, 04 luty 2015 06:41

Radosław S. Czarnecki: Niewygodne pytania – niewłaściwe odpowiedzi...

Oceń ten artykuł
(10 głosów)

dr Radosław S. Czarnecki

Klimat intelektualnej debaty, atmosferę linczu medialnego, jaką wytworzono – zarówno podczas rozpadu Jugosławii (zwłaszcza starć w Bośni i Chorwacji), jak i secesji Kosowa (obwiniając Serbów o wszelkie zbrodnie i uznając ich za sprawców tych krwawych zajść) – dziś jest także obecny w opisie wydarzeń na Ukrainie (wcześniej – na Krymie).

Oferowanie odbiorcom prostych paradygmatów, opartych najczęściej na Wańkowiczowskim chciejstwie, ignorancji i elementarnej niewiedzy z dziedzin takich jak: kulturoznawstwo, religioznawstwo i dzieje religii, historia, antropologia, etnologia itd., to prosta droga do propagandowego zamieszania, pospolitych kłamstw i politycznej głupoty. Wszystko to – podawane przez gros polskich mediów – sprawia wrażenie, iż nastaje Armagedon, że siły ciemności mają się już, już zetrzeć z mocami dobra, że szatan realnie istnieje i przybrał postać Prezydenta Rosji (a może całej Federacji Rosyjskiej). A świadczy to tylko o tym, iż rusofobia kwitnie i przybiera realne kształty. Utwierdza się i realizuje w praktyce.

Retoryka temu wszystkiemu towarzysząca jest jak zawsze pompatyczna, bombastyczna, a jej „tragizm” bardziej przypomina farsę i komedię. Wszystko jest podlane sosem wolności, demokracji, swobód, kulawego (bo niepełnego i skierowanego przeciwko Innemu) braterstwa, ślepego wyzwolenia (czyli przyjęcia naszej wiary).

Totalne zakłamanie

Polski mainstream nagradza tytułem „Człowiek Roku” Michaiła Chodorkowskiego [1], uznawanego za więźnia sumienia Władimira Putina. To jawny afront wobec osoby rosyjskiego Prezydenta – dopuszczalny w politycznym krajobrazie pluralistycznego świata idei. Jednak drugi wymiar tej nominacji, wymiar moralno-etyczny, wyraźnie skrzeczy nieszczerością, faryzejstwem, cynizmem, intelektualną korupcją i obłudą. Nikt nie zaprzecza – ale o tym fałszywie i zarazem wstydliwie w Warszawie się nie wspomina – że Człowiek Roku 2014 jednak jest malwersantem, do majątku doszedł w sposób nieuczciwy (jak lwia część oligarchów na terenie byłego Związku Radzieckiego), a przede wszystkim – jest oszustem podatkowym. Te fakty nie podlegają żadnej dyskusji czy negacji (dyskutować można nad standardami jurydycznymi, w jakich przebiegał jego proces oraz nad wymiarem wyroku). Czy taka jednostka może być Człowiekiem Roku 2014? Czy stanowić winna wzór do naśladowania, mieć powód do chodzenia w glorii sławy i do admiracji? Czy jest godna peanów na swoją cześć?

* * *

Po ucieczce Prezydenta Wiktora Janukowycza do Rosji polskie media pokazywały jego posiadłość. Klimat wokół majątku, do jakiego on doszedł (i jego rodzina) i przepychu, jakim się otaczał stworzony przez polski mainstream był wyjątkowo pejoratywny (i słusznie). Kleptokracja, a w ogóle złodziejstwo w każdym wymiarze, to rzecz wysoce naganna. Czy zatem uznanie M. Chodorkowskiego za więźnia sumienia może stanowić o jakimkolwiek wyróżnieniu (nie mówiąc o tym, jakim go obdarował polski mainstream) i zacierać niemoralność defraudacji potężnych sum pieniężnych?

Jednak czy kraj tolerujący tajne więzienia obcego mocarstwa na swym terytorium – gdyż prawo owego imperium, uchodzącego za krynicę tzw. praw człowieka nie pozwala nikogo więzić bez sądu, bez adwokata, a nade wszystko torturować – ma jakiekolwiek moralne i polityczne prawo, aby komukolwiek wypominać brak poszanowania tych zasad jako uniwersalnych i nadrzędnych w cywilizowanym świecie? Czy ma prawo kreować się na promotora wartości Oświecenia, Zachodu, wartości, jakimi są postęp, wolność i demokracja? Zwłaszcza, że cała elita polityczna tego kraju – od lewicy do prawicy – jest „umoczona” w proceder umożliwiania obcemu mocarstwu dokonywania takich niecnych czynów na swoim terenie i tuszowanie tych faktów przed opinią międzynarodową. Superhipokryzja, totalne zakłamanie, megaoszustwo.

Ten kraj to Polska, zwana III RP. Użyczenie obiektów na terytorium tego kraju Amerykanom do torturowania i więzienia (bez sądu) ludzi posądzonych może i o najcięższe zbrodnie, wyklucza całą elitę tego państwa z jakichkolwiek dysput (o krytyce innych podmiotów prawa międzynarodowego nie wspominając) w przedmiocie praw człowieka, przestrzegania wolności obywatelskich, demokracji czy moralności. W tych wymiarach ten akt poddania imperium jest równoznaczny z wymiarem etycznym uczestniczenia PRL w radzieckiej inwazji na Czechosłowację (podobnie ma się rzecz z interwencją, czytaj – najazdem na Irak). Oba fakty są moralnie i etycznie nie do zaakceptowania i tak samo podlegać muszą druzgocącej krytyce z płaszczyzny prawa międzynarodowego.

Kilka pytań

Na koniec za brytyjskim publicystą Guardiana, Neilem Clarkiem [2], znawcą Wschodu Europy, pragnę postawiać jeszcze kilka pytań, przywołując dylematy, jakie trawić muszą każdego inteligentnego i samodzielnie myślącego Europejczyka w kontekście konfliktu na Ukrainie i jego prezentacji w mediach (w Polsce te pytania muszą brzmieć szczególnie ostro i budzić krytycyzm wobec tzw. IV władzy).

Gdy kilka tygodni temu przejmowano budynki administracji rządowej czy samorządowej na Ukrainie – pyta N. Clark – było to rzeczą dobrą. Zachodni (i polscy) liderzy polityczni i komentatorzy medialni mówili, że jego sprawcy „demonstrowali za demokracją”, a amerykański rząd ostrzegł władze ukraińskie przeciwko użyciu siły wobec tych „prodemokratycznych demonstrantów”, mimo iż, jak pokazywały zdjęcia, niektórzy z nich byli neonazistami, rzucali koktajlami Mołotowa (i czym popadło) w policję, rozbijali pomniki i podpalali budynki. Teraz, kilka tygodni później, mówi się, że ludzie zajmujący budynki rządowe na Ukrainie nie są „prodemokratycznymi”, a „terrorystami”, albo „bojówkarzami”.

Dlaczego przejmowanie budynków rządowych na Ukrainie było dobre w styczniu zeszłego roku, a jest złe w kwietniu i maju? Dlaczego w styczniu nie do przyjęcia było używanie przez władze siły przeciwko demonstrantom, a dziś jest to do przyjęcia?

Demonstrantów antyrządowych na Ukrainie w czasie zimy odwiedziło kilku prominentnych polityków zachodnich, łącznie z amerykańskim senatorem Johnem McCainem i Victorią Nuland z Departamentu Stanu, która rozdawała tam ciastka. Ale gdy w ostatnich tygodniach odbyły się ogromne demonstracje antyrządowe w wielu krajach Europy Zachodniej, nie dostały takiego wsparcia - ani ze strony takich postaci, ani elitarnych komentatorów zachodnich mediów. Ci demonstranci nie dostali też żadnych ciastek od oficjeli z amerykańskiego Departamentu Stanu. Postrzeganie procesów społecznych w opcji zero-jedynkowej to kompromitacja polityka. Każdego.

Kilka tygodni temu można było obejrzeć wywiad z amerykańskim sekretarzem stanu Johnem Kerry, który powiedział: „Nie najeżdża się na inny kraj pod fałszywym pretekstem, by upomnieć się o swoje interesy”. Ale przypominam sobie, że Ameryka zrobiła to właśnie więcej niż raz w ciągu ostatnich 20 lat.

Czy źle zapamiętałem opinię, że „Irak ma broń masowego rażenia”? Czy w 2002 r. i na początku 2003 śniło mi się, kiedy politycy i sługusy neokonów codziennie występowali w TV, by powiedzieć nam, plebsowi, że musimy iść na wojnę z Irakiem, bo zagrażał nam śmiertelny arsenał Saddama? Dlaczego demokratyczne głosowanie na Krymie o tym, czy dołączyć do Rosji, określa się gorszym niż brutalna, mordercza inwazja na Irak – inwazja która doprowadziła do śmierci około 1 000 000 ludzi?

Bardzo poważnie wyglądający zachodni politycy i „eksperci” medialni mówili nam również, że referendum krymskie było nieważne, bo odbyło się pod „okupacją militarną”. Ale oglądałem pokazywane nam wybory w Afganistanie, pod okupacją militarną, które wiodący liderzy zachodni, tacy jak szef NATO Anders Fogh Rasmussen, chwalili jako „historyczny moment dla Afganistanu” i wielki sukces „demokracji”. Dlaczego odrzucono krymskie głosowanie, a świętowano afgańskie?

Kłopot mam też z Syrią. Mówiło się i nadal mówi, że radykalne islamskie grupy terrorystyczne stanowią największe zagrożenie dla naszego pokoju, bezpieczeństwa i naszego „sposobu życia” na Zachodzie. A Al-Kaidę i inne takie grupy trzeba zniszczyć: że musieliśmy toczyć z nimi nieustanną „wojnę z terrorem”. Ale w Syrii nasi liderzy stanęli po stronie takich radykalnych grup w wojnie ze świeckim rządem, który respektuje prawa mniejszości religijnych, łącznie z chrześcijanami.

Kiedy bomby Al-Kaidy i ich sojuszników wybuchają w Syrii i giną niewinni ludzie, nie ma żadnego potępienia ze strony naszych liderów: ich jedyne potępienie odnosiło się do świeckiego rządu syryjskiego, który zwalcza radykalnych islamistów, a który nasi liderzy i komentatorzy elitarnych mediów rozpaczliwie chcą obalić.

Są jeszcze prawa gejów. Mówi się nam, że Rosja jest bardzo złym i zacofanym krajem, bo uchwaliła prawo przeciwko promowaniu homoseksualizmu wśród nieletnich. A nasi liderzy, którzy zbojkotowali Zimową Olimpiadę w Soczi z powodu tego prawa, odwiedzają kraje w Zatoce Perskiej, gdzie homoseksualistów można wsadzać do więzienia, a nawet skazywać na karę śmierci i czule obejmują ich władców, nie wspominając nawet tam o prawach gejów.

Z pewnością więzienie czy egzekucja gejów są dużo gorsze, niż prawo zakazujące promowania homoseksualizmu wśród nieletnich? Dlaczego, skoro naprawdę niepokoją ich prawa gejów, nasi liderzy atakują Rosję, a nie kraje wsadzające do więzienia czy dokonujące egzekucji gejów?

Artykuły w wielu dziennikach mówią nam, że węgierska ultra nacjonalistyczna partia Jobbik jest bardzo zła i że jej rosnące znaczenie jest niepokojące, mimo że nawet nie ma jej w rządzie. Ale neonaziści i ultra nacjonaliści zajmują stanowiska w nowym rządzie ukraińskim, który nasi liderzy na Zachodzie entuzjastycznie wspierają, a neonaziści i skrajna prawica odegrały kluczową rolę w obaleniu w lutym demokratycznie wybranego ukraińskiego rządu, „rewolucji” dopingowanej przez Zachód.

Dlaczego ultra nacjonaliści i grupy skrajnie prawicowe na Węgrzech są nieakceptowane, a bardzo akceptowalne na Ukrainie?

Mówi się nam, że Rosja jest agresywną, imperialistyczną potęgą, i że niepokój NATO to sprzeciw wobec rosyjskiego „zagrożenia”. Ale któregoś dnia spojrzałem na mapę i choć zobaczyłem wiele krajów położonych blisko Rosji (i graniczących z nią) – członków kierowanego przez Amerykę NATO (którego członkowie w ostatnich 15 latach zaatakowali i zbombardowali wiele krajów), to nie widziałem żadnych krajów leżących blisko Ameryki, które są członkami rosyjskiego sojuszu militarnego, ani żadnych rosyjskich baz wojskowych, czy rakiet ulokowanych w obcych krajach blisko Ameryki. Ale mówi się nam, że to Rosja jest „agresywna”.

Rosję, zagrożoną przez zwiększającą się liczbę baz amerykańskich i NATO, oskarża się o „agresywność”, ale jak czułaby się Ameryka, gdyby otaczały ją rosyjskie i chińskie bazy? Fałszywa szczęśliwość, czyli kto tu jest uczciwszy?

Tytan wizerunku amerykańskiej demokracji, Abraham Lincoln, miał powiedzieć na temat istoty polityki: „Jeśli złapałeś słonia za tylną nogę, a on próbuje się wyrwać, lepiej mu na to pozwolić”. Pragmatyzm to makiawelizm czy po prostu realizm? Ale polskie elity, wmawiając społeczeństwu po raz któryś w historii, że najważniejsze są idealistyczne, irracjonalne, podbudowane mitycznym pojmowaniem honoru i narodu tzw. wartości, znów prowadzić chcą je na manowce. A wiadomo od zawsze – nie tylko z powiedzenia Szwejka – iż zwycięzcą moralnym zawsze jest ten, komu przeciwnik przetrąci nogę…

Powie ktoś: jaki ten człowiek, prezentujący takie poglądy na węzłowy problem europejski, musi być nieszczęśliwy, jaki samotny, jak wyalienowany ze wspólnoty, ze społeczeństwa, z otoczenia. Bo gdy wszyscy w koło mówią, śpiewają, krzyczą, piszą, przekonują w tonacji innej, niźli jego myśli, niźli jego świadomość, aniżeli jego mentalność i wyznawane wartości, samotność musi doskwierać szczególnie boleśnie. To jest chyba właśnie poczucie getta, jakiego doświadczali przez wieki Żydzi w chrześcijańskiej Europie. To jest klasyczny przykład symbolicznej przemocy zbiorowej. Zwłaszcza, kiedy w przedmiocie polityki, spraw społecznych, religijności (jako takiej), historii i jej interpretacji różnice między tą jednostką, a resztą mainstreamowo zarysowanej wspólnoty (a chyba też i resztą faktycznego, realnego społeczeństwa znad Wisły, Bugu i Odry) dzieli kolosalna przepaść.

Ale (za Aldousem Huxleyem) warto powiedzieć i zająć postawę, z której wynika iż lepiej „być nieszczęśliwym, niż pozostawać w stanie fałszywej szczęśliwości, w jakiej tu się żyje”. I co to są w takim razie tzw. wartości, i kto jest w tym wszystkim uczciwszy?

Tekst pochodzi z nr 2/2015 (197) miesięcznika „Sprawy Nauki”.
Pierwotnie materiał ukazał się pt. Cień Kosowa(5). Medialna manipulacja

__________________________________
1. Mowa tu o przyznaniu tego tytułu M. Chodorkowskiemu w kwietniu 2014 r. przez „Gazetę Wyborczą” przyp. red. Geopolityka.org.
2. http://www.darkmoon.me/2014/who-are-the-puppet-masters-by-neil-clark/
polskie tłumaczenie - http://www.geopolityka.org/komentarze/neil-clark-kto-porusza-marionetkami
Czytany 6258 razy Ostatnio zmieniany środa, 04 luty 2015 08:37