poniedziałek, 08 grudzień 2014 03:02

Radosław S. Czarnecki: Hipokryzja wiecznie żywa. Koniec epoki

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

geopolityka  Radosław S. Czarnecki

Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych (przyjęta w Filadelfii 4 VII 1776 r.) jest od swego powstania obarczona hipokryzją, przeniesioną na współcześnie funkcjonujące pojęcie praw człowieka.

Otóż Tomasz Jefferson – jeden z prominentnych jej twórców i ojców-założycieli Stanów Zjednoczonych, autor traktatów i pism o wolności, rozważań z zakresu demokracji i swobód obywatelskich, rozmyślań nad jednostką i jej godnością (w duchu klasycznego, anglosaskiego Oświecenia) – w chwili śmierci (1826 r.) przekazał spadkobiercom swe liczne włości położone w Wirginii wraz z… ponad 200 niewolnikami (byli to mężczyźni, kobiety i dzieci).

Czyli jego przemyślenia i prawne propozycje, czy działania tych ludzi nie dotyczyły. Czyli nie były one pomyślane jako wartość uniwersalna i traktowana jako utylitarna, ale jako igraszka retoryczno-polityczna.

Ta obłuda towarzyszy tym prawom od zarania. We współczesnym świecie – tak przesyconym retoryką i ideami dotyczącymi wolności, demokracji, swobód różnego rodzaju oraz indywidualizmem – hipokryzja, oszustwo, kabotyństwo i pozerstwo są szczególnie widoczne (w wyniku globalnej komunikacji, postępu technicznego i edukacji, a także skundleniu zawodu dziennikarza) i bolesne. Szczególnie szkodzą ideom Oświecenia – postępowi, rozwojowi, stawaniu się życia ludzkiego bardziej humanistycznym.

Filozof z Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Adam Chmielewski zauważa – niezwykle celnie i proroczo – że prezydent Władimir Putin swymi decyzjami w kontekście relacji Rosji i Ukrainy zakończył konfrontację w wymiarze światowym (a to są wymiary: symboliczny, polityczny, kulturowy, formalny) między postkomunizmem a Zachodem. A tym samym – między komunizmem a Zachodem.

Fin de XX siècle bis

Teraz akcenty w przestrzeni geopolitycznej rozkładać się będą diametralnie inaczej. Sądzę – na kanwie przytoczonej refleksji A. Chmielewskiego – iż historia i polityka zatoczyły olbrzymie ponad stuletnie koło i sytuacja jest taka, jak u zarania XX wieku, gdy wiek pary i żelaza przynosił coraz to nowe fortuny, a kapitał przemieszczał się przez skolonizowany, pozaeuropejski, świat jak i gdzie chciał.

Teza brytyjskiego antropologa Roberta Knoxa (The Races of Man), że „prawo międzynarodowe tworzy się po to, by stosowali je słabsi, a łamali mocarni” święciła wówczas triumfy. Wnioski wyciągnięte przez Zachód z nauk Karola Darwina i Herberta Spencera osiągnęły w tym stwierdzeniu szczyt cynizmu wobec idei postępu i rozwoju, a także rudymentarnych zasad Oświecenia. Stały się też prostą egzemplifikacją imperialnej mentalności państw Zachodu.

Współcześnie wymowa tej imperialnej, cynicznej, makiawelicznej, (czyli realnej), polityki jest ubierana w różne ozdobniki. Służą temu m.in. globalne media, będące nie źródłem informacji, ale przede wszystkim propagandową tubą pewnych środowisk wyznających określone idee.

Fin de siecle był zwieńczeniem takiego sposobu myślenia (immanentnego zresztą polityce od zawsze), jakie wyznawał R. Knox. Instrumentalne traktowanie prawa międzynarodowego, zależnie od potęgi państwa, było czymś naturalnym dla ówczesnych imperiów na terenach swoich kolonii: Brytyjczyków, Francuzów, Belgów (w Kongo Leopoldville), Niemców (np. w dzisiejszej Namibii wobec ludów Nama i Herero), Hiszpanów, Portugalczyków i… Polaków – tyle, że wiele dekad wcześniej (magnateria i szlachta herbowa) na Wschodzie, na współczesnej Ukrainie. I Rosjan na Syberii.

Dziś postępuje się analogicznie, tylko w sposób bardziej subtelny, okraszając argumentację prawami człowieka, wolnością, demokracją i swobodami obywatelskimi.

Tego polscy politycy – czy ci, którzy chcą mienić się politykami – absolutnie nie zauważają. Nie rozumieją, nie pojmują. Tkwią nadal w okopach antykomunizmu i walki demokracji oraz wolności (w wersji sarmacko-kontrreformacyjnej, nie oświeceniowej) z czerwoną despotią, z marksizmem. W ich umysłach tkwi kontrreformacyjny (czyli – kolonialny i krucjatowy) obraz ruskiego schizmatyka, utwierdzony antykomunistycznym wizerunkiem Rosjanina, bądź tzw. człowieka radzieckiego.

Wady demokracji

Mowa getysburska Abrahama Lincolna (1863) zawiera w zasadzie wszystko, co Oświecenie i jego dorobek intelektualny mówią o demokracji – „demokracja to rządy ludu poprzez lud dla ludu”. Ale współczesna zachodnia demokracja powiela mnóstwo argumentów przytaczanych przez jej krytyków, jeszcze z okresu antycznego. Wynosząc dziś na piedestał ułomną demokrację ateńską jako paradygmat i źródło dzisiejszego systemu politycznego euro-atlantyckiej formacji cywilizacyjnej, pomijamy krytykę gigantów myśli antycznej, np. Platona i Arystotelesa, których dorobek leży również u podłoża tego, co zwiemy umownie Zachodem. Demokracja ateńska nie wytrzymała próby czasu. Podobnie jak komunizm w wydaniu radzieckim.

Platon i jego uczeń ze Stagiry oceniają ów system ambiwalentnie; mimo, że jest on „najmniej zły”, to lud jest „źle wychowany”, a sprawujący władzę musi prowadzić ją (a przez to i siebie) na manowce. Arystoteles (Polityka) powiadał, że „niedorzeczne bowiem wydaje się, aby marni ludzie mieli moc rozstrzygającą”. Jeśli więc lud nie ma dostępu do edukacji i „dobrego wychowania”, nie może być mądrym i skutecznym prawodawcą (a jego reprezentanci pochodzą przecież z tego ludu i nieść muszą sobą takie same wartości jak głosujący na nich obywatele).

Jeśli lud – jak wywodzili ci krytycy ateńskiej demokracji – „jest ubogi”, można nim dowolnie manipulować przy pomocy przekupstwa, czczych obiecanek, mitologii i mitomaństwa, argumentów irracjonalnych i nieistotnych z punktu widzenia interesu publicznego. Bez racjonalnego oglądu świata – a to zapewnia jedynie nauka – nie ma logicznie podejmowanych decyzji. Zasadniczą rolę pełnią wtedy emocje, afekty, zabobony, demagogia i mitomaństwo. O upolitycznionym religianctwie nie wspominając.

Jak stwierdza prof. Stefan Opara (Tyrania złudzeń. Studia z filozofii polityki), „te przestrogi sprzed 2,5 tysiąca lat brzmią dziś dziwnie aktualnie. Elity Zachodu radzą sobie z wadami demosu poprzez coraz bardziej nachalną manipulację i teatralizację wyborów – cała bowiem władza ludu sprowadza się do sezonowego dziś udziału w głosowaniu referendalnym lub na kandydatów do parlamentu czy do samorządów. Manipulacja polega głównie na stosowaniu technik marketingowych i na presji wszechwładnych mediów wtłaczających ludowi dowolne opinie. Gdy brakuje faktów, fabrykuje się je w całości lub częściowo. Przodują w tym Amerykanie”. Kłania się tu – choć w innym kontekście – Raczak, Bośnia, wczoraj – Majdan i Krym, dziś – wschodnia Ukraina.

A w Polsce – sarmatyzm

Współcześnie nad Wisłą, Odrą i Bugiem widać jak na dłoni wady demokracji w kontekście stwierdzenia Arystotelesa o związkach marnej jakości intelektualnej ludzi ze sposobem funkcjonowania demokracji. I skutki tego.

Polska jest tu przykładem klinicznym, zarówno w jakości życia polityczno-publicznego, jak i w tanim naśladownictwie i takiej też amerykanizacji (w najgorszej wersji – czyli tego, co rozumie się pod pojęciem amerykanizacji: kicz, natrętność i stronniczość, jednostronność w patrzeniu na świat, prostacka indoktrynacja połączona z manipulacją, kult złotego cielca, idea narodu wybranego).

Idea narodu wybranego – tak immanentna judaizmowi, podchwycona ochoczo przez chrześcijaństwo i Kościół katolicki, a następnie przez szeregi denominacji protestanckich (angielscy purytanie i niektóre wspólnoty kalwińskiej proweniencji zaniosły tę ideę do Nowego Świata i wszczepiły w mentalność Amerykanów) – tkwi w podświadomości człowieka Zachodu, a misyjność oraz mentalność i duch krucjat czy konkwisty zostały (zupełnie opacznie i fałszywie) z religii przeniesione wprost na tzw. wartości kultury Zachodu.

Tym były w nie tak dawnych przecież czasach podboje kolonialne, które próbuje się obecnie szerzyć bardziej cywilizowanymi, dostosowanymi do ducha epoki, środkami i metodami (choć interwencje na Bałkanach, w Iraku, Afganistanie, Libii, bombardowania Sudanu są potwierdzeniem krucjatowej mentalności tkwiącej mocno w kulturze Zachodu).

A neofici zawsze muszą udowadniać swoim autorytetom, swoim bożkom, swoją prawowierność, lojalność, ortodoksję. Polska i jej elity polityczno-medialne – jako nuworysze i neofici, są tu wyjątkowo zajadłe i nachalne w owych działaniach.

Agresywny prozelityzm – dający o sobie znać zarówno w przypadku Bałkanów, (a Serbii w szczególności, podczas rozpadu Jugosławii i konfliktu o Kosowo), jak i wobec Rosji – jest i był wzmacniany dodatkowo silnym antykomunizmem (choć jest on werbalny, retoryczny i dlatego poniekąd śmieszny), jak i tradycją kontrreformacyjną, millenaryzmem i autodefinicją Polaków jako „narodu wybranego”. Opiekunką tego narodu ma być Teotokos, Matka Boga (obwołana i czczona jako hetmanka wojska polskiego), Jezus – jako król Polski itd. itp. To dla kultury, świadomości, polityki, gospodarki, szkodliwe, irracjonalne i mitotwórcze pozostałości sarmatyzmu.

* * *

Aldous Huxley (Nowy wspaniały świat) zauważył celnie, iż „…Światowa wspólnota, którą widzimy przed nami i którą mamy nadzieję urzeczywistnić jest wielością w jedności. Proces ludzkiego rozwoju jest dzięki swej skłonności do przezwyciężania zróżnicowań na drodze konwergencji zjawiskiem jedynym w swoim rodzaju”. I tylko tak można urzeczywistnić globalizacje naszego gatunku w wymiarze kulturowym.

Tekst został opublikowany w Nr 12 (195), grudzień 2014 miesięcznika „Sprawy Nauki”.

Fot. manvsdebt.com

Czytany 4564 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 08 grudzień 2014 19:54