czwartek, 29 październik 2009 09:09

Przemysław Sieradzan: Źle się dzieje w 'Bandersztacie'

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
altPrzemysław Sieradzan

Słynne hasło hitlerowskich oddziałów ochronnych brzmiało: SS-Mann, deine Ehre heisst Treue (gwardzisto SS, twoim honorem jest wierność). Nieprzypadkowo zatem ostatnimi politykami, którzy pozostali lojalni wobec coraz bardziej izolowanego prezydenta Wiktora Juszczenko są właśnie weterani niesławnej SS „Galizien" i polityczni spadkobiercy tej organizacji.

Nieustanny wzrost wpływu radykalnych nacjonalistów na życie polityczne Ukrainy nie jest tajemnicą dla nikogo, kto choćby sporadycznie zwraca uwagę na wieści nadchodzące znad Dniepru. Cieszący się niegdyś znaczną popularnością (zwłaszcza na zachodnich rubieżach państwa) prezydent Wiktor Juszczenko, obecnie stał się politykiem izolowanym i marginalnym. Śladowe poparcie dla coraz bardziej histerycznych i nieodpowiedzialnych posunięć głowy ukraińskiego państwa bynajmniej nie wpłynęło na porzucenie, przez niegdysiejszego lidera „pomarańczowej rewolucji", ogromnych ambicji - zarówno w wymiarze osobistej kariery politycznej, jak i dotyczących geopolitycznej roli odgrywanej przez Ukrainę. Wiktor Juszczenko nadal postrzega sam siebie jako postać pomnikową - męża opatrznościowego, stojącego u steru władzy potężnego państwa położonego w samym centrum kontynentu europejskiego. Choć wyobrażenia te nie mają żadnych punktów stycznych z rzeczywistością, ukraiński prezydent, nie bacząc na płynące zewsząd krytyczne głosy, kontynuuje swój awanturniczy kurs, podczas gdy państwo pogrąża się w destabilizacji i izolacji międzynarodowej. Od Wiktora Juszczenki stopniowo odwracali się niemal wszyscy sojusznicy z Majdanu. Obecnie u boku ukraińskiego przywódcy pozostali już tylko najwierniejsi z wiernych - radykalni nacjonaliści, polityczni spadkobiercy OUN-UPA i SS-Galizien. W specyficznym żargonie, którym posługują się młodzi działacze nacjonalistyczni, Ukraina określana jest znaczącym mianem „Bandersztatu", wywodzącym się od nazwiska sławetnego Stepana Bandery.

Ostatnimi czasy całą energię ukraińskiej klasy politycznej absorbują wojny między różnymi grupami oligarchicznymi oraz nieustanne skandale korupcyjne, a także dramatyczne wskaźniki dotyczące produkcji i spadku potencjału gospodarczego Ukrainy. W obliczu trudnej, wręcz beznadziejnej, sytuacji Wiktora Juszczenki ultranacjonalistyczny eskapizm wydaje się do pewnego stopnia zrozumiały. Z pewnością łatwiej żyć w wyimaginowanym świecie, w którym mężni bojownicy UPA, wspierani przez zaoceanicznego protektora, ścierają się z wrażymi krasnoarmiejcami, jest znacznie łatwiej, niż zmierzyć się z rzeczywistymi problemami Ukrainy. A tych jest niemało...

Wszystkim działaniom Wiktora Juszczenki w polityce zagranicznej przyświecał jeden fundamentalny cel - jak najciaśniejsza integracja z tzw. „Wolnym Światem". Ta ostatnia wielce wzniosła, eschatologiczna kategoria zawiera w sobie trzy, nader prozaiczne komponenty: obecność amerykańskich sił zbrojnych na terytorium Ukrainy, pełnoprawne członkostwo w Pakcie Północnoatlantyckim i wstąpienie do Unii Europejskiej. Wypełnienie tych trzech fundamentalnych zadań miałoby być równoznaczne z pełnym uniezależnieniem Ukrainy od wpływów politycznych „Świata Nie-Wolnego", utożsamianego z Federacją Rosyjską,  skrajnie demonizowaną w „pomarańczowym" dyskursie politycznym.

Cele, które w prowadzonej przez siebie za pośrednictwem polityce zagranicznej  postawił Wiktor Juszczenko wydają się skrajnie nierealistyczne. Choć prezydent USA Barack Obama jest, podobnie jak jego poprzednicy, orędownikiem amerykańskiej hegemonii globalnej i uniwersalnego charakteru zachodniego systemu wartości, otaczający go mondialiści ze szkoły Zbigniewa Brzezińskiego, w walce o dominację nad światem, wydają się przedkładać tzw. soft power nad otwarty szantaż militarny. Rozmieszczenie baz wojskowych armii amerykańskiej na terytorium Ukrainy byłoby otwartym wyzwaniem rzuconym Rosji, które przekreśliłoby całkowicie strategię „resetowania stosunków" mozolnie (choć miejscami niekonsekwentnie i nieudolnie) realizowaną przez amerykańskich dyplomatów pod kierownictwem Sekretarz Stanu Hillary Clinton. Choć „rzeczywisty" Barack Obama nie ma wiele wspólnego ze swą „miłującą pokój" hipostazą, nadal funkcjonującą niczym swego rodzaju simulacrum w świadomości zbiorowej zachodnich Europejczyków (czego bolesnym wyrazem jest ostatnia groteskowa decyzja Komitetu Noblowskiego), to mimo wszystko nie wydaje się on na razie zainteresowany eskalacją napięcia w stosunkach z Rosją. Wiceprezydent Joe Biden, który niezbyt przekonująco próbujący odgrywać rolę antyrosyjskiego „jastrzębia", nie wydaje się politykiem samodzielnym. Jego podróże na terytoria postradzieckie i wygłaszane tam wojownicze przemówienia mają prawdopodobnie na celu choćby częściowe ukojenie nostalgii przywódców (nieco zapomnianej) antyrosyjskiej formacji geopolitycznej GUAM  (Gruzja, Ukraina, Azerbejdżan, Mołdawia), tęskniących za kowbojsko-manichejską retoryką George'a W. Busha. Joe Biden wyraźnie próbuje wejść w rolę swojego bezpośredniego poprzednika Dicka Cheneya (uznawanego za największego entuzjastę polityki konfrontacyjnej w poprzedniej ekipie USA). W odróżnieniu od Cheneya, ideologicznego neokonserwatysty, członka władz imperialistycznego Projektu na rzecz Nowego Amerykańskiego Stulecia (Project for New American Century), wypowiedzi Bidena są jedynie elementem niezbyt subtelnej dyplomatycznej gry w „dobrego policjanta" i „złego policjanta", z powodzeniem stosowanej przez śledczych wobec mało doświadczonych aresztantów. W parze tej „groźny" Biden ma gromić „dryfującą ku autorytaryzmowi" Rosję, stanowiąc tym samym przeciwwagę dla  postpolitycznego, zawsze uśmiechniętego Obamy. Słowom Bidena nie należy zatem przypisywać specjalnego znaczenia, a polityka Juszczenki opierającego na nich swoje nadzieje musi zakończyć się fiaskiem.

Równie nierealistyczny wydaje się drugi postulat - pełne członkostwo w NATO. Wstąpienie Ukrainy do Paktu Północnoatlantyckiego,  bez względu na nieustannie prowadzone, spektakularne kampanie agitacyjno-propagandowe, nie cieszy się popularnością wśród obywateli. Wydaje się tego świadomy nawet niegdysiejszy, bliski współpracownik Juszczenki, zyskujący obecnie popularność Arsenij Jaceniuk, który na lipcowej konferencji prasowej zmuszony był oświadczyć, że kwestia ewentualnego wstąpienia Ukrainy do NATO musi zostać rozstrzygnięta w referendum. Nikt nie ma wątpliwości, że rezultaty takiego głosowania muszą być jednoznacznie niekorzystne z punktu widzenia apologetów integracji atlantyckiej (w tym miejscu warto dodać, że stosowanie pojęcia „atlantycki" ma charakter geopolityczny, a nie ściśle geograficzny, bowiem Pakt Północnoatlantycki przynajmniej od roku 1952 wykracza poza obszar północnego Atlantyku). Także i sam Pakt nie wydaje się zainteresowany rychłym zapraszaniem Ukrainy do członkostwa w Pakcie - symboliczne znaczenie może mieć tu chociażby rezygnacja ze wspólnych natowsko-ukraińskich manewrów marynarki wojennej pod kryptonimem Sea Breeze, planowanych na lipiec 2009. Ukraiński analityk Mychajło Samus w swoim artykule dla gazety „Zierkało niedieli" z 4 lipca 2009 r. przedstawia prawdziwie dramatyczny obraz ukraińskiej armii. Rezultatem cięć budżetowych było doprowadzenie to tragikomicznej sytuacji, w której na 8000 ukraińskich żołnierzy desantu lotniczego przypada... 1500 sprawnych kompletów spadochronowych. Ewentualna reforma ukraińskich sił zbrojnych wiązałaby się z ogromnymi wydatkami budżetowymi, które pociągnęły by za sobą dramatyczne obniżenie i tak niskiego poziomu życia Ukraińców.

Perspektywa wstąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej wydaje się jeszcze bardziej odległa. Przyczyną jest tu nie tylko słabość ekonomiczna (dochód narodowy na mieszkańca nieznacznie przekracza jedną dziesiątą średniej UE) i liczba ludności dawnej republiki radzieckiej. Reformujące się Wspólnoty Europejskie w najbliższym czasie nie będą zainteresowane zapraszaniem w swoje grono pogrążonego w chaosie państwa ukraińskiego z podupadającą gospodarką i nieobliczalnym Juszczenką na czele. Mogłoby to spowodować poważny kryzys instytucjonalny, gospodarczy i demograficzny, w wyniku którego ucierpieliby wszyscy mieszkańcy Starego Kontynentu, mający i tak wystarczająco dużo problemów tak w sferze ekonomiki, jak i tożsamości.

Ukraina przez wiele najbliższych lat odczuwać będzie katastrofalne skutki awanturniczej polityki Wiktora Juszczenki. Fatalne rezultaty rządów obecnego prezydenta uniemożliwią mu kontynuowanie kariery w głównym nurcie ukraińskiej polityki. Kolejny lider Ukrainy bez wątpienia stanie przed koniecznością geopolitycznej reorientacji polityki zagranicznej państwa (wersja maksimum) lub przynajmniej weryfikacji priorytetów geopolitycznych (wersja minimum). Wiktor Juszczenko będzie prawdopodobnie zmuszony zadowolić się rolą lidera marginalnych ukraińskich ultranacjonalistów, wśród których cieszy się niesłabnącym poparciem i autorytetem. Tylko pod warunkiem autentycznego rozliczenia dziedzictwa juszczenkowskiego Bandersztatu, przede wszystkim jego katastrofalnej polityki zagranicznej, Ukraina może odrodzić się, jako państwo znaczące i poważane na arenie międzynarodowej.

Czytany 7254 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04