wtorek, 13 listopad 2012 08:38

Piotr Rapkowski: Rosja - powyborczy apetyt na byłe republiki

Oceń ten artykuł
(1 głos)

boxing_glovesPiotr Rapkowski

Nie często zdarza się możliwość wskazania jednego roku, w którym może nastąpić przełomowa zmiana regionalnego trendu, który może być w przyszłości uznany za przełomowy dla kształtowania się relacji w regionie. Minione półrocze daje racjonalne przesłanki ku temu, aby niebawem to rok 2012 był określany jako moment zwrotny.

Wykrystalizowana w polskiej historii wizja polityki zagranicznej wobec krajów byłego ZSRR, znajdujących się na wschód od granic RP (określana przeze mnie często jako „neojagiellońska”), w różnych momentach XX w. (ale także wcześniej), nakazywała nam ściśle wiązać bezpieczeństwo granic RP z jak największą niezależnością wschodnich sąsiadów od Moskwy. Okres minionej dekady rozszerzył grupę państw szczególnego zainteresowania, określanych przez środowisko Kultury paryskiej jako ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś), również o rejon Zakaukazia, przy czym na potrzeby tego tekstu skupić należy się tu na Gruzji.

Jeżeli uznamy, że od roku 1989, potencjalnego zagrożenia naszej suwerenności mogliśmy wypatrywać przede wszystkim na wschodzie, to celem priorytetowym polskiej polityki zagranicznej należy określić – przeciwdziałanie odbudowie wpływów i mocarstwowych aspiracji Rosji. Do osiągnięcia tego celu polska dyplomacja słusznie wybrała drogę integracji ze strukturami zachodnimi, a więc pewne instrumentarium w postaci NATO i UE znacznie wzmacniające naszą pozycję międzynarodową, wyrywając nas jednocześnie z orbity wpływów Rosji. Od roku 2004, w interesie polskiej polityki wschodniej leży konsekwentne wspieranie okcydentalizacji naszych wschodnich sąsiadów. Jeśli uznamy, że owe „uzachodnienie” w okresie minionej dekady postępowało (rewolucje i prozachodnie rządy na Ukrainie i w Gruzji; wyłączając w tym momencie Białoruś, gdyż z wiadomych względów musi zostać omówiona wg innych kryteriów) to zadać musimy sobie pytanie na ile uznać je można za zmiany trwałe?

Kilka przyszłych miesięcy przyniesie odpowiedź na powyższe pytanie. Wyniki wyborów we wszystkich wymienionych krajach (Ukrainie, Litwie, Białorusi i w Gruzji) dają podstawy ku temu, by do niedawana kluczowe projekty tych podmiotów, strategiczne również z punktu widzenia Polski, stanęły pod znakiem zapytania. Każdy przypadek wymaga oddzielnego omówienia, jednak podstawowe pytanie brzmi – Czy państwa, które nie tak dawno zerwały się z rosyjskiej smyczy, dziś same dzięki demokracji poniekąd godzą się na złożenie politycznego kagańca Kremla?

Skąd biorą się podstawy dla powyższych rozważań?

W minionym półroczu, wybory we wszystkich wymienionych krajach zakończyły się zwycięstwem stronnictw bądź sukcesami polityków uznawanych powszechnie za przychylnie spoglądających w stronę Kremla. Znając historię, mentalność i zapisy konkretnych dokumentów państwowych, trudno nie zgodzić się dziś ze stwierdzeniem, że Moskwa rości sobie prawo do, nazwijmy to „opieki” nad swoimi byłymi republikami. Owym parasolem ochronnym jest tym łatwiej objąć poszczególne kraje, gdy ich gospodarki i bezpieczeństwo energetyczne zależy od ceny sprowadzanego surowca, czy wprost – od odkręconego kurka z gazem. Wobec tego, nie wykażemy się wielką przenikliwością umysłu prognozując, że osoby które znają rosyjskie realia, co więcej swoje fortuny i pozycje na scenach politycznych poszczególnych państw zawdzięczają mocodawcom z Kremla i udziałom w Gazpromie, nie będą dążyć do sytuacji nadmiernie konfliktowych. Bzdurą byłoby rzecz jasna stwierdzenie, że nastąpi za moment ponowne podporządkowanie tych krajów Rosji na wzór sprzed roku 91. Rosjanie doskonale jednak wiedzą, co i gdzie można dziś dla siebie ugrać.

Gruzja

Gruzja – historyczne antagonizmy, niezliczone konflikty (w tym ten najnowszy sprzed 4 lat), wypowiadane powszechnie deklaracje prozachodniego kursu politycznego i najprościej rzecz ujmując: bardzo żywa niechęć w stosunku do Rosji.

Duże i banalne uogólnienie, ale zastanówmy się, w jaki sposób w zaistniałych realiach do władzy dojść może dziś polityk, delikatnie mówiąc „zawdzięczający swoją pozycję”, karierze i pieniądzom zdobytym właśnie w Rosji?

Sytuacja, która miała miejsce przy urnach w równej mierze może dziwić, jak też mieć swoje logiczne uzasadnienie. Oto w okresie, gdy gruzińskie społeczeństwo znajduje się w pewnej nazwijmy to „ekonomicznej stagnacji” po czasie przyśpieszenia i wzrostu, pojawia się ktoś teoretycznie nowy. Nagły wystrzał w górę słupków procentowego poparcie dla Gruzińskiego Marzenia pokazał jak niewiele trzeba, aby przejąć dziś władzę w ważnym rozgrywającym na Kaukazie. Bidzina Iwaniszwili z całą pewnością zdawał sobie sprawę, że oficjalnym głoszeniem ocieplenia relacji i prorosyjskimi hasłami da jedynie oręż w ręce Micheila Saakaszwilego. W społeczeństwie nieco zmęczonym rządami Zjednoczonego Ruchu Narodowego wystarczyło zapowiedzieć, że nie zmieniając oficjalnie politycznego, prozachodniego kursu można poprawić sytuację ekonomiczną.

A Gruzini? – trudno się dziwić – uwierzyli w Marzenie (przykładów gdy Iwaniszwili sięgał do kieszeni w trakcie kampanii jest aż nadto). Czy słusznie i czy nie zostali oszukani przekonamy się niebawem.

Aktualnie możliwe istnieją dwie perspektywy.

Pierwsza – optymistyczna. B. Iwaniszwili faktycznie okazuje się alternatywną osobistością dla M. Saakaszwilego i realizuje deklarowaną dotychczas politykę prozachodnią, nie szczędząc przy tym grosza na poprawę życia zwykłych „szaraków”, a dodatkowo dzięki dyplomatycznym zabiegom i znajomościom w Rosji oddali wycelowane z Kremla kałasznikowy.

Wersja druga nie jest aż tak optymistyczna. Oficjalnie Gruzja nadal kroczy ku NATO i nie zamierza zbaczać z kursu. Dowody? – proszę bardzo – Chociażby zapowiedź pierwszej podróży zagranicznej nowego premiera do Waszyngtonu. O uwiarygodnieniu niechęci działania na korzyść Moskwy świadczyć może brak gratulacji od rosyjskich władz w związku ze zwycięstwem wyborczym. B. Iwaniszwili w jednym z wywiadów dodał, że nigdy nie miał okazji spotkać się z prezydentem Władimirem Putinem i premierem Dmitrijem Miedwiediewem. Dodatkowo na korzyść premiera zaliczyć można względnie sprawne przejęcie władzy bez zbędnych spięć i awantur politycznych.

Czy aby na pewno nie ma żadnego – „ale”?

Mało mówi się, że pierwsze wysiłki medialne B. Iwaniszwili musiał skierować na wyciszenie i wyprostowanie stanowczego nawoływania do ustąpienia prezydenta. Można więc stwierdzić, że szybko wyciągną lekcje z faktu, iż ostro formułowane żądania, czy pochopne decyzje (w stosunku do osoby M. Sakaszwiliego – co by nie mówić – polityka bardzo prozachodniego) nie są mile widziane w państwach Zachodu.

B. Iwaniszwili nie ma łatwego zadania. Przejmując władzę w kraju takim jak Gruzja, zawsze łatwo o szerokie rzesze krytyków. Pytanie pierwsze brzmi – Czy deklaracje i gesty z jakimi mamy do czynienia nie są próbą stworzenia pewnej „politycznej zasłony dymnej”? Zamydlenia oczu zachodnim stolicom? Zapewnieniem, że stanowisko Tbilisi się nie zmienia, wobec tego nie macie się o co martwić?

Drogą zgrabnych zabiegów dyplomatycznych można zapewnić Zachód o niezmienności gruzińskich priorytetów w polityce zagranicznej, tym samym uspokoić, bądź co bądź, szerokie grono sympatyków Narodowego Frontu Demokratycznego idących do urn w obawie przed prorosyjskim kursem.

Tymczasem, czy ktoś mówi dziś o perspektywie realizacji tych założeń? Moskwa nigdy nie będzie patrzeć przychylnie jak jej kolejne, niedawno przecież „utracone córki” wiążą się z Zachodem.

Patrząc na sytuację z punktu widzenia Kremla, Rosjanie pozbywają się prawdziwego politycznego awanturnika jakim był dla nich M. Saakaszwili. Dla Moskwy, za satysfakcjonujące w obcym przetasowywaniu interesów amerykańskich w stronę Pacyfiku, uznać należy chociażby zyskanie na czasie przy odwlekaniu zapowiadanej gruzińskiej integracji z Zachodem. Rosjanie świetnie zdają sobie sprawę (mając w pamięci niedawną wojnę i szerokie przyzwolenie na działania), że rozpatrując przypadek gruziński w kontekście geopolityki, za kilka lat będzie on znaczył o wiele mniej, a owe spowolnienie z pewnością łatwiej będzie ugrać ze starym znajomym, który wiele im zawdzięcza, niż ze znienawidzonym M. Saakaszwilim. Tak więc faktyczne przyciąganie Gruzji do Rosji może mieć miejsce nawet bez powszechnie widocznego ocieplenia relacji.

Warto na koniec odnotować, że pierwszy ukłon w kierunku Rosji już został wykonany i to na kluczowej płaszczyźnie, a więc w energetyce. Minister gospodarki z ramienia Gruzińskiego Marzenia – Giorgi Kvirikashvili 29 października zapowiedział ponowne rozpatrzenie wszystkich umów zawartych z azerbejdżańskim SOCARem. Dotychczas słowa o integracji energetycznej Gruzji i Azerbejdżanu ciężko przechodziły rosyjskim politykom przez gardło, dziś wielce prawdopodobne, że połykają problem w całości bez gryzienia. Ładny gest na początek – można by rzec.

Odrębnego opisu wymagałoby szersze spojrzenie na energetyczną rozgrywkę na Kaukazie południowym i jego przyszłej roli w dostawach do Europy w kontekście budowy przez Rosję South Streamu.

Przypadek litewski

W przypadku Litwy zwrócić należy uwagę przede wszystkim na osobę Viktora Uspaskicha. Pierwsza tura wyborów parlamentarnych pozwalała śmiało twierdzić, że człowiek Gazpromu może stanąć na czele przyszłego rządu. Dziś wiemy, że prawdopodobnie Gazprom nie będzie miał tak wysoko swojego „ambasadora”. Jednak z punktu widzenia Moskwy, gra nadal toczy się o sporą stawkę.

Przede wszystkim, na pierwszy plan ponownie wyłaniają się kwestie energetyczne. Nowy układ sił w litewskim parlamencie oznaczać może przerwanie pewnej konsekwentnie realizowanej przez centroprawicę w ostatnich latach linii politycznej. Ewentualny zwrot na Litwie w pierwszej kolejności objawić może się na gruncie polityki energetycznej naszego sąsiada. W szerszym kontekście decyzje podejmowane w Wilnie mogą mieć strategiczne znaczenie i wpływ na geopolityczne reperkusje dla całego regionu Europy Środkowo Wschodniej. To właśnie Litwa, w ostatnich latach uchodziła za najaktywniejszego (z państw obszaru EŚW) na arenie międzynarodowej orędownika zmniejszenia uzależnienia energetycznego od dostaw z Rosji, przy wykorzystaniu do tego przepisów unijnych. „Najświeższym” efektem litewskich działań była decyzja o wystąpieniu z pozwem do arbitrażu w Sztokholmie przeciwko Gazpromowi podjęta przez rząd Litwy 3 października. Władze w Wilnie przekonują, że w ostatnich siedmiu latach nadpłaciły blisko 1,5 mld euro za rosyjski gaz. Spór sięga roku 2004, kiedy to rządzący socjaldemokraci zawarli porozumienie z rosyjskim potentatem,  dotyczące prywatyzacji litewskiej energetycznej spółki państwowej Lietuvos Dujos (LD) na preferencyjnych warunkach cenowych. Litwa miała wówczas płacić 84 USD za 1000 m3, (dla porównania w tym samym czasie Polska płaciła ok. 126 USD). Wedle litewsko – rosyjskiej umowy cena gazu miała stopniowo wzrastać odpowiadając uczciwym, rynkowym warunkom. W ocenie Litwy Gazprom naruszył zasady umowy prywatyzacyjnej, dokonując zmian w formule cenowej, które zatwierdzali członkowie zarządu LD, działający zdaniem Litwy na rzecz Gazpromu. Władze w Wilnie podjęły więc decyzję o podziale spółki LD i wyodrębnieniu z niej dwóch podmiotów: jednego, zajmującego się obrotem gazem i drugiego, będącego operatorem sieci przesyłowej. Litwini jak dotąd konsekwentnie zabiegają o wdrożenie przepisów unijnego III Pakietu Energetycznego na mocy przepisów którego, podmiot kontrolujący siec gazociągów nie może być powiązany z dostawcą surowca czyli w tym przypadku Gazpromem. Powyższy podział jest główną osią sporu pomiędzy Litwą a Rosją.

Wynik wyborów parlamentarnych może przyczynić się do zaniechania stanowczej polityki ze strony litewskiej i reorientacji jej kierunku na wschód. Lewica od dawna krytykowała działania rządu, jej zdaniem pogarszające relacje z Moskwą. Bardzo prawdopodobnym wydaje się więc być porzucenie w najbliższym czasie obieranego dotychczas konfrontacyjnego kursu, na rzecz rozmów dwustronnych, ustępstw i kompromisu z Gazpromem [1].

Kolejna kluczowa dla bezpieczeństwa energetycznego nie tylko Litwy ale również całego regionu EŚW to przyszłość elektrowni atomowej.

– Wypełnię wolę narodu. Sejm powinien w najbliższym czasie przygotować ustawę, z której będzie wynikało, że nie dojdzie do budowy elektrowni atomowej na Litwie – powiedział główny dziś kandydat na litewskiego premiera, lider socjaldemokratów Algirdas Butkevičius. W referendum połączonym z wyborami, Litwinie opowiedzieli się przeciwko budowie elektrowni. Z pomocą przyjść może oczywiście Rosja. Rosatom od początku zakładał, że energia elektryczna, którą produkować będzie budowana w Rosji w Obwodzie Kaliningradzkim elektrownia atomowa, może być sprzedawana do Polski, na Litwę lub przez Morze Bałtyckie do Niemiec. Budowę elektrowni w Obwodzie Kaliningradzkim rozpoczęto w lutym 2012 r. Mają tam stanąć dwa reaktory VVER-1200 o łącznej mocy 2400 MW. Energia z jednego ma być przeznaczona na zaspokojenie potrzeb samego obwodu, drugi ma dostarczać energię na eksport, chociaż Rosjanie na razie nie mają rynku zbytu ani koniecznych połączeń.

Sytuacja polityczna na Litwie komplikuje się coraz bardziej ale warto na nią spoglądać cały czas z punktu widzenia interesów Rosji. Formująca się dziś koalicja rządząca, w takim a nie innym kształcie może mieć na celu w niedalekiej przyszłości odwołanie prezydent Dalii Grybauskaitė. Z końcem października odrzuciła ona propozycję sformowania koalicyjnego rządu Partii Socjaldemokratycznej i Partii Pracy. Jako powód wskazała, iż urodzony w Rosji przywódca Partii Pracy Wiktor Uspaskich sfałszował wybory, kupując głosy, a ponadto toczy się przeciwko niemu proces o oszustwo podatkowe. Chaos polityczny i rozbicie partyjne, cieszy Rosjan, a perspektywa odwołania prezydent Litwy dodatkowo wywołałaby szczery uśmiech na twarzach rosyjskich dygnitarzy.

Ukraina

Prognozowanie i przyjmowanie za pewnik jakiś politycznych ścieżek Ukrainy na najbliższe parę lat, wydaje się dziś być nieodpowiedzialne i wiarygodne niczym cygańska wróżba z fusów. Wobec powyborczej zawieruchy jaka ma miejsce u naszych sąsiadów ciężko o racjonalną ocenę. Spróbujmy odszukać jednak pewne czynniki i zachowania, które już dziś wieszczą zmiany.

Zarówno Zachodnia Europa jaki i Stany Zjednoczone jednogłośnie uznały wybory za delikatnie mówiąc „niedemokratyczne”, a w rzeczywistości, bez owijania w bawełnę, można je nazwać sfałszowanymi. Krajem, który wyraził zadowolenie i nie wskazał zastrzeżeń co do przebiegu głosowania, była oczywiście Rosja. Faktem, który możemy dziś odnotować, jest to, że przy władzy pozostaje „obóz niebieskich” a więc, jakby nie patrzeć, przychylny Rosji, co w perspektywie najbliższego czasu nie wróży przełomu w polityce zagranicznej względem UE (chociażby ze względu na sprawę Julii Tymoszenko). Kolejne lata rządów Wiktora Janukowicza i Partii Regionów zapewniają więc Moskwie utrzymanie dotychczasowego status quo z nowymi możliwościami działania. Zgodzić należy się również ze stwierdzeniem, że wybory na Ukrainie przyniosły potwierdzenie tezy o radykalizacji (czego najlepszym przykładem jest wynik do niedawna marginalizowanej Swobody) i postępującym wewnętrznym rozbiciu. Sytuacja skłócenia i dysharmonia rządzenia jest sytuacją dla Rosji wymarzoną. O wiele bardziej prawdopodobne stają się dziś chociażby rozmowy o ewentualnym przystąpieniu Ukrainy do unii celnej z Rosją. Wprawdzie Ukraina coraz śmielej planuje zaopatrywać się w surowiec na zachodzie Europy ale jeśli Rosja zdecyduje się na znaczące zejście z cen, to uzależnienie się nie zmniejszy bo bilans ekonomiczny będzie skłaniał Kijów do zakupów u „wielkiego brata”.

A sama Ukraina? Po pierwsze cofnie się, o ile nie zaprzepaści na długie lata szans na oderwanie się od Rosji dzięki polityce pro zachodniej i wiązaniu się z UE. Po drugie biorąc pod uwagę skalę podziału kraju, nie jest już niewyobrażalną sytuacja faktycznego podziału państwowego.

Białoruś

Rozpatrując przypadek Białorusi zauważyć należy, że żadnych wyborczych niespodzianek. nie było, bo i być ich nie mogło. Zwycięstwo A. Łukaszenki daje pewność kontynuacji polityki. Trudno spodziewać się tu jakichkolwiek zmian w stosunku do zachodu, co nie wyklucza jednoczesnego zbliżenia z Rosją, a w skutek podrażnienia Kremla jest nawet można by rzec – nieuniknione. Mowa w tym miejscu o nowej wojnie naftowej między tymi krajami. Rosja domaga się od Białorusi rekompensaty w wysokości 1 mld USD za straty poniesione w wyniku bezcłowego eksportu przez ten kraj benzyny i innych produktów naftowych, jako tzw. „rozpuszczalników” – donosi dziennik „Izvestia”. Eksportując z ogromną korzyścią rozpuszczalniki, rozcieńczalniki i smary – produkowane z rosyjskiego surowca – Białoruś wykorzystywała luki w międzynarodowych porozumieniach. W unii celnej Białorusi, Rosji i Kazachstanu nie obowiązuje cło eksportowe na wyżej wymienione towary, obowiązuje ono natomiast na surowiec do ich produkcji. Takim działaniom nasz wschodni sąsiad zawdzięczał dodatni bilans handlu zagranicznego w pierwszej połowie roku 2012.

Na opisane powyżej sytuacje polityczne, z których mogą wypływać możliwe trendy zbliżeniowe poszczególnych państw z Rosją nałożyć należy jeszcze jeden czynnik. Mianowicie fakt stopniowego wycofywania się z Europy Amerykanów w kierunku Azji i Pacyfiku. Otrzymujemy wówczas klarowną wizję możliwości odbudowy wpływów Rosji na terenach, które jak wspomniano na początku tekstu były od zawsze dla bezpieczeństwa Rzeczpospolitej kluczowe. Próba odpowiedzi na pytanie – Czy Polska jest w stanie podjąć ewentualną rywalizację o opisane obszary? – w świetle obecnie realizowanej wizji polityki zagranicznej wydaje się być z góry negatywna.


__________________________________________________________
1. Patrz,http://ebe.org.pl/misja-specjalna/ambasador-gazpromu-na-czele-przyszlego-rzadu-litwy-mozliwy-zwrot-w-polityce-energetycznej.html

Czytany 4876 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04