niedziela, 17 październik 2010 11:00

Piotr A. Maciążek: Przejdziem Kabul, będziem Polakami?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt

Piotr A. Maciążek

Afganistan nadal pozostaje centrum polskich zainteresowań. Przyczyny są prozaiczne. Są tam nasi żołnierze, którzy giną, bywają ranni, a w perspektywie czasowej należy spodziewać się zachowania status quo. geopolityka

Postawa polskich rządów od przeszło dekady konsekwentnie realizuje militarny scenariusz księcia Poniatowskiego. Sprawa jest przegrana, ale „honor Polaków” obliguje 2000 żołnierzy (i państwowy budżet) do pogrążania się w nurtach Elstery. Gdyby chociaż Rosomaki potrafiły pływać jak należy? Niestety od kilku patroli uskuteczniają styl „minowy” niepomne przeciwników, którzy rozszyfrowali już pływackie tajemnice polskiej kadry.

Dekada to cała wieczność w dziejach państwa. Kto w 1910 roku wyobrażał sobie ład wersalski bez cesarstw i królestw doby Kongresu Wiedeńskiego?

Kto w 1930 roku wyobrażał sobie system jałtański?

Kto w 1980 wyobrażał sobie jesień narodów?

Do czego zatem zmierzam?

Czy „nasz” świat nie uległ zmianom?

Czy „walka ramię w ramię” z najpotężniejszym krajem świata w Afganistanie i Iraku ma dziś ten sam kontekst geopolityczny, gospodarczy, polityczny?

Czy walka z terroryzmem i realizacja polskich interesów (argument zwolenników polskiego udziału w „misji” afgańskiej) ma dziś ten sam wymiar, co dekadę temu?

Kończąc wywód - czy warto czekać kolejną połówkę dekady, żeby wycofać się z Afganistanu?

Zadaję to pytanie celowo, bowiem zapowiedzi rządu i prezydenta dotyczące przyszłorocznego wycofania polskiego kontyngentu z Afganistanu „umknęły” najważniejszym mediom. Tymczasem każdy dzień naszej obecności w państwie kabulskim pogłębia polityczną „stratę czasu”. Efekty misji NATO, w której uczestniczymy cofają nas w czasie o dekadę, bo szumnie zapowiadane przez Obamę „wycofanie się” zostanie zastąpione kosztownymi działaniami operacyjnymi, które powinny zostać rozpoczęte u początków „sojuszniczej” operacji militarnej.

Nawet jeśli założymy, że Amerykanom uda się w spokoju opuścić państwo kabulskie i zapewnić stabilność rządu Karzaja. Nawet jeśli… To efekt działań Waszyngtonu po dekadzie wysiłku militarnego i finansowego będzie dokładnie taki sam, jaki byłby w przypadku wzięcia pod uwagę telegramu Zbigniewa Brzezińskiego wysłanego do Donalda Rumsfelda w październiku 2001 roku:

Coraz bardziej się obawiam, że nadmiernie angażujemy się w wewnętrzną politykę afgańską. Moim zdaniem nasz cel powinien być określony wąsko i precyzyjnie: zniszczenie operacji Al-Kaidy w Afganistanie, w tym fizyczna likwidacja jej przywódców. Jeśli reżim Talibów będzie przeszkadzał w jego realizacji, odsuniemy go na tyle, by móc działać, ale nie powinniśmy się mieszać w kampanię mającą na celu stworzenie jakiegoś rządu alternatywnego.[1]

To prawda. Talibów teoretycznie (w obliczu rządowych rozmów z ich przedstawicielami) zastąpił rząd Karzaja, ale będzie on przecież „odsuwany” przez USA na modłę Brzezińskiego nawet po opuszczeniu Afganistanu przez wojska amerykańskie. Czyż podobnie problemu nie rozwiązano w Iraku? Bojowych jednostek operacyjnych już tam nie ma, „wycofanie” miało miejsce, ale o cichej kurateli (kosztownej), obecności wojsk specjalnych i 50000 specjalistów od logistyki nikt już nie mówi.

Czy Polacy też będą się „wycofywać” na modłę amerykańską dopłacając przez kolejne dekady do działań Gromu w Kabulu?



[1] Patric Vaughan, Zbigniew Brzeziński, Świat Książki 2010, s. 572.

Czytany 5340 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04