czwartek, 22 sierpień 2013 10:14

Patryk Gorgol: O słabnącym soft powerze Stanów Zjednoczonych

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

us_flag_pekjpg  Patryk Gorgol

Świat zmienia się na naszych oczach – truizm, ale tak właśnie jest w sferze soft poweru Stanów Zjednoczonych. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele Stany Zjednoczone niegdyś były w stanie załatwić dzięki swojej miękkiej sile. 

Amerykanie posiadali odznakę światowego szeryfa, który nie tylko walczy o sprawiedliwość i powszechne dobro, ale również – w zasadzie jako jedyny – dysponuje narzędziami niezbędnymi do błyskawicznej reakcji (np. Korea w 1950 roku). Wspaniałą robotę z punktu widzenia amerykańskiej dyplomacji publicznej (dyplomacji skierowanej do społeczeństw poszczególnych państw) wykonywali politycy ze Związku Radzieckiego. Na Wschodzie cenzurowano, na Zachodzie istnieje wolność prasy, na Wschodzie budowano mury, na Zachodzie chciano je burzyć. Na Zachodzie ludzie kupowali sobie auta, na Wschodzie auta były nie tylko gorsze, ale tez na kartki itd.

Przeciętny odbiorca nie posiada głębokiej wiedzy z zakresu historii i tego, co się dzieje na świecie. Kojarzy, zwłaszcza jeżeli chodzi o politykę międzynarodową, podstawowe sprawy. Dlatego odbiorcy są tak narażeni na manipulacje mediów z jednej lub drugiej strony. Każdy, chociaż trochę interesujący się światem, pamięta jednak „berlińczyka” Johna F. Kennedy’ego czy legendarne „Panie Gorbaczow, proszę zburzyć ten mur” wypowiedziane przez prezydenta Ronalda Reagana. Ze strony bloku wschodniego wspomina się interwencje na Węgrzech w 1956 roku i w Czechosłowacji w 1968 roku. Amerykanie (i Europa oparta na Wspólnotach Europejskich, potem Unii Europejskiej) zawsze kojarzyła się – czy to w Afryce czy w Azji – z sukcesem gospodarczym. Wolność, sukces gospodarczy i prawa człowieka – magnesy Zachodu. To, że historia nie jest czarno-biała i Amerykanie popierali również dyktatorów (legendarne: „to sukinsyn, ale to nasz sukinsyn” o Czang Kaj Szeku) , kiedy im to było potrzebne to inna sprawa. Co do zasady jednak amerykański soft power, w tym przyciągnie kulturą czy też sama globalizacja, był dla Waszyngtonu zjawiskiem ekstremalnie korzystnymi. Sam pamiętam doskonale, jak – będąc te 10 lat młodszy – tłumaczyłem sobie, że interwencja w Iraku musi być dobra. W końcu Amerykanie się na pewno na nią zdecydowali ze względu na dobro ogółu walcząc o takie wartości jak wolność i demokracja…

Co się stało, że się… zepsuło

Od obecnych Chin czy Rosji trudno wymagać, aby ich modele polityczne były atrakcyjne z punktu widzenia społeczeństw, szczególnie europejskich. Państwa te nie mają szansy na posiadanie tak silnego soft poweru, dopóki nie przejdą ewolucji. Wydawać by się zatem mogło, że Stany Zjednoczone mogą, abstrahując od swojej hegemonii militarnej, miękką siłą skutecznie oddziaływać na społeczeństwa, a poprzez nie – nawet w systemach niedemokratycznych – na rządzących. Rzeczywistość to nie jest jednak amerykański film (ani też amerykański sen). Amerykanie na własne życzenie dramatycznie osłabili swój soft power. Ameryka, postrzegana jeszcze 10 lat temu jako żandarm świata, teraz coraz częściej jest widziana – i według mnie zgodnie z rzeczywistością – za żandarma swoich interesów. Nawet w Polsce, tradycyjnie, niegdyś nawet do bólu, proamerykańskiej widać zmianę nastawienie spowodowanej po części naszym rozczarowaniem po Iraku i Afganistanie, ale również problemami z Rosją, w których rozwiązaniu Amerykanie pomóc nie zamierzają, o ile nie będzie to w ich interesie narodowym. Jednocześnie trzeba jednak pochwalić obecnego ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce, bo jest on niesamowicie dobry w prowadzeniu dyplomacji publicznej.

Publikacje WikiLeaks (w przeważającej większości szkodliwe dla wartości, które ma rzekomo Julian Assange reprezentować), proces sierżanta Bradleya Manninga czy rewelacje Edwarda Snowdena są przede wszystkim problemem wizerunkowym Stanów Zjednoczonych. Często otrzymuje pytanie, jak sprawa Snowdena wpłynie na relacje amerykańsko-rosyjskie. Odpowiadam, że z punktu widzenia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych to sprawa trzeciorzędna i prezydent Stanów Zjednoczonych musiał jedynie wykonać efektowny gest pod publiczkę, jednak szat rozrywać o Snowdena nie będzie, w momencie, gdy Amerykanie mają do załatwienia z Rosjanami kwestie rozbrojeniowe, tranzyt do i z Afganistanu czy negocjacje w sprawie syryjskiej oraz irańskiej. Snowden uderza jednak w samo serce amerykańskiego soft poweru. Podobnie jak Manning. Supermocarstwo ściga pracownika średniego szczebla, który opisał politykę NSA i PRISM – program służący do inwigilacji. Dochodzi nawet do tego, że zatrzymuje się, niezgodnie z prawem międzynarodowym, samolot boliwijski z prezydentem Boliwii, Evo Moralesem, na pokładzie, gdyż przypuszcza się, że może on przewozić Snowdena. Partnera dziennikarza „Guardiana” przetrzymuje się przez 9 godzin na lotnisku w Wielkiej Brytanii (a i tak wizerunkowo zbiorą za to Amerykanie)  na podstawie przepisów antyterrorystycznych, a sierżanta Manninga, winnego przekazywania tajnych materiałów do osób nieuprawnionych, trzyma się nago w celi. Jeżeli do tego dołożymy fakt, iż panowie ujawnili przypadki nadużyć i łamania praw człowieka, politykę amerykańskich służb, ze prawa amerykańskiego, w tym zakazu tortur, należy przestrzegać, ale tylko na terytorium Stanów Zjednoczonych, a np. w Guantanamo już nie, to widzimy jak fundamenty amerykańskiego soft poweru zostają mocno podkopane. Prawa człowieka staja się nie celem, a narzędziem.

Paradoksalnie, istniała szansa na wyjście z twarzą ze sprawy Snowdena i Manninga z korzyścią dla amerykańskiego wizerunku, ale wymagałaby przebudowania systemu, który osadził się całkiem mocno i nie chce zmian. Należało uznać ich za bohaterów (którym nie są – żeby nie było wątpliwości) i ukarać jedynie symbolicznie, aczkolwiek Stany Zjednoczone nie były zdolne do takiej reakcji. Nawiązując do jednego z ostatnich wpisów Piotra Wołejki „War on terror. Wojna, której nie sposób wygrać” [1] pozwolę sobie zauważyć, że ataki terrorystyczne z 11 września 2011 były skuteczne nie dlatego, iż Amerykanie nie posiadali wystarczającej liczby informacji (tak tłumaczy się konieczność wejścia w naszą prywatność), lecz właśnie z powodu posiadania zbyt wielkiej liczby informacji i braku ich koordynacji.

Snowden i WikiLeaks to jednak nie są główne przyczyny amerykańskich problemów w kwestii dyplomacji publicznej. Chociaż jestem zwolennikiem Realpolitik (i uważam, że Amerykanie ją bardzo dobrze realizują) to polityka zagraniczna musi opierać, a przynajmniej być wytłumaczalnie zgodna, z wartościami, jakie chcemy „sprzedawać”. Amerykanie, ale tez Polacy, chcą handlować „demokracją”. Według mnie lepiej byłoby sprzedawać „modernizację”, a pod jej ukryciem „demokrację”. Pewnie jednak o świecie nie wiem tyle, ile decydenci amerykańskiej polityki zagranicznej. Afganistan i Irak wpisywały się w narrację amerykańskiej polityki zagranicznej – wojna z terroryzmem, ochrona świata przed bronią masowego rażenia, demokratyzacja. Problem wystąpił, gdy ten zgrabny, teoretycznie, model zastosowano w rzeczywistości. Nagle okazało się, że wojna w  Afganistanie- na dzień dzisiejszy – jest jak walka z hydrą, powróciły demony z Wietnamu. Iracka demokracja stara się obronić, ale ani nie znaleziono broni masowego rażenia, a kosztem amerykańskiej interwencji są setki zabitych miesięcznie w czasie trwającej obecnie fali przemocy. W Egipcie jest totalna klapa, bo z jednej strony wojsko należy tam popierać, ale ciężko będzie wytłumaczyć ludziom, że wojskowy zamach stanu nie był wojskowym zamachem stanu albo lepiej – iż był demokratycznym wojskowym zamachem stanu, a wojskowi to zdeklarowani zwolennicy demokracji. Ten rozkrok Amerykanów jest widoczny w Egipcie i zwolennicy, zarówno jednej jak i drugiej strony (Bractwa Muzułmańskiego), miłością Ameryki nie darzą. Amerykanie mają jeszcze trzymanie na wojsko dzięki pomocy wojskowej, ale to nie jest narzędzie soft power.

W rzeczywistej ofensywie Amerykanie są jedynie w Birmie, gdzie m.in. do końca roku mają być wypuszczeni wszyscy więźniowie polityczni, a kraj się stopniowo demokratyzuje przy okazji – nie przez przypadek – otwierając na amerykańskie dolary, inwestycje i produkty. Czy jednak świat interesuje się Birmą na tyle, aby udało się wyeksponować ten sukces, też w zakresie wizerunku propagatora demokracji i praw człowieka? Jeszcze inaczej jest z bliskowschodnim procesem pokojowym. Pokój byłby olbrzymim sukcesem wizerunkowym Waszyngtonu i John Kerry doskonale o tym wie. Światełka w tunelu są, aczkolwiek nic na razie nie wskazuje na przełom i w tej kwestii. Za to za bezwarunkowe popieranie Izraela m.in. w czasie „Płynnego Ołowiu” czy „Filaru obrony” Amerykanie punkty wizerunkowe stracili niemalże wszędzie, poza Izraelem i Stanami Zjednoczonymi. Patrząc pragmatycznie – nie można się dziwić polityce amerykańskiej, ale ciężko wytłumaczyć ludziom na Bliskim Wschodzie, dlaczego Izrael może dysponować bronią nuklearną, a inne państwa nie?

Filar gospodarczy „amerykańskiego snu” podkopał się sam w wyniku problemów gospodarczych. Nadal jednak lepiej żyć w kryzysowych Stanach Zjednoczonych niż znaczącej większości innych państw świata. Amerykanie nadal posiadają potężny soft power (stąd tytuł tekstu mówi o jego słabnięciu, a nie zaniknięciu). Mają chociażby Hollywood, mnóstwo amerykańskich organizacji pozarządowych i najsilniejsze na świecie media. Amerykanie nadal są najmocniejsi w kwestii soft power, lecz niegdyś wynikało to z ich siły, a teraz ze słabości innych graczy. Część z nich – jak Indie, Unia Europejska, Brazylia czy Chiny, tak naprawdę dopiero uczą się prowadzenia globalnej dyplomacji publicznej.

Lekcja dla nas

Amerykańskie problemy są też problemami Europy. Snowden miał swój wpływ na Francję, Niemcy czy Wielką Brytanię, gdyż okazało się, że służby tych krajów prowadzą podobną politykę infiltracji. Lekcją dla nas jest to, ze Unia Europejska nie ma amerykańskiej siły, ale jednocześnie nie ma też części amerykańskich obciążeń (Irak czy Afganistan – pomimo udziału sił z państw europejskich). Unia Europejska ma wielką szansę na odgrywanie ważnej roli na świecie. Musi się tylko (choć w zasadzie aż) zreformować tak, aby uzyskać zdolność do reakcji. Na razie, smutno to pisać, „potępienia” czy „zaniepokojenie” lady Ashton mogą budzić nie szacunek, a ironiczny uśmiech. Drobne sukcesy Unia osiąga na Bałkanach, gdzie udało się nakłonić – właśnie m.in. dzięki soft powerowi połączonemu z marchewką akcesyjną – Serbię i Kosowo do stołu negocjacyjnego. Tylko że to znowu jedynie światełko w tunelu, a nie słoneczna plaża.

Fot. www.airforcetimes.com

__________________________________
1 http://dyplomacjafm.blox.pl/2013/08/War-on-terror-Wojna-ktorej-nie-sposob-wygrac.html

Czytany 5234 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04