poniedziałek, 08 marzec 2010 09:16

Oskar Pietrewicz: Amerykański kochanek czy chiński małżonek?

Oceń ten artykuł
(3 głosów)
alt Oskar Pietrewicz   Rok 2009 przyniósł większe zainteresowanie USA sprawami koreańskimi. Czy ostatnie zaangażowanie Waszyngtonu okaże się silniejsze od powiązań Korei Północnej z Chinami?    
W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy reżim Kim Dzong Ila zrobił wiele, aby skutecznie przypomnieć o sobie oficjelom z Białego Domu. Po objęciu urzędu przez Baracka Obamę północnokoreański przywódca wyraził nadzieję na rozwój wzajemnych stosunków „po ostatnich ośmiu latach wojennej polityki administracji Busha”. Ponadto, wielu amerykańskich urzędników określało stosunki z Pjongjangiem jako dobrze rokujące, przy czym nadal podnoszono problem wcześniejszych zobowiązań Korei Północnej w kwestii programu nuklearnego.

Intensyfikacja sporu
Początkowy optymizm zaczął topnieć w kolejnych tygodniach. Na początku kwietnia z bazy w Musudan-ri Korea Północna wystrzeliła rakietę dalekiego zasięgu Taepodong-2, a 25 maja przeprowadzono podziemną próbę nuklearną. Obydwa północnokoreańskie kroki spotkały się z krytyką USA, które na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ forsowały pomysł dotkliwego ukarania Korei Północnej. O ile w przypadku próby rakietowej udało się wyłącznie potwierdzić dotychczasowe zobowiązania wobec Pjongjangu (rezolucja RB ONZ nr 1718 z 10 października 2006 roku o zakazie prowadzenia przez Koreę Północną badań nad programami rakiet balistycznych i nuklearnym), o tyle próba nuklearna oznaczała przyjęcie 12 czerwca rezolucji RB ONZ nr 1874, która nakłada na Koreę Północną zakaz importu i eksportu broni oraz zobowiązuje państwa do przeprowadzania odpowiednich inspekcji na ich terytorium. W odpowiedzi na decyzje ONZ Korea Północna zadeklarowała ostateczne wystąpienie z rozmów sześciostronnych i dalsze prace na rzecz rozbudowy potencjału militarnego.

Impulsem, który w kolejnych miesiącach dał nadzieję na rozpoczęcie rozmów między Pjongjangiem a Waszyngtonem, była sierpniowa wizyta byłego prezydenta Billa Clintona w stolicy Korei Północnej. Choć administracja Obamy oficjalnie twierdziła, że misja uwolnienia dwóch amerykańskich dziennikarek była wyłącznie prywatnym przedsięwzięciem Clintona, jednak, mając na uwadze późniejsze wydarzenia, łatwo domyślić się, że wizyta byłego prezydenta była elementem szeroko zakrojonego planu USA wobec Korei Północnej. Świadczy o tym choćby fakt, że wśród delegacji Clintona znaleźli się lekarze, którzy mieli ocenić stan zdrowia Kim Dzong Ila. Ponadto, coraz głośniej mówiono o możliwej wizycie specjalnego przedstawiciela USA ds. Korei Północnej Stephena Boswortha, oficjalnie zaproszonego przez północnokoreańskie władze. Odpowiedzią na zaproszenie była decyzja Baracka Obamy, który w trakcie listopadowej wizyty w Korei Południowej poinformował, że 8 grudnia Stephen Bosworth uda się do Pjonjangu w celu nakłonienia Korei Północnej do powrotu do rozmów sześciostronnych.

Misja Boswortha
Zgodnie z zapowiedziami, specjalny przedstawiciel USA od 8 do 11 grudnia przebywał w Pjongjangu, gdzie spotkał się z północnokoreańskim ministrem spraw zagranicznych i przedstawicielem Korei Północnej w rozmowach sześciostronnych. Nie doszło jednak do spotkania z Kim Dzong Ilem, który w tym czasie wizytował m.in. zakłady produkcji ciągników i winiarnie w prowincji Jagang, co pokazało cyniczną postawę północnokoreańskiego przywódcy w stosunku do amerykańskiej delegacji. Po wizycie północnokoreańska agencja informacyjna KCNA poinformowała, że Korea Północna i USA osiągnęły szereg porozumień oraz zgodziły się na kontynuowanie współpracy w przyszłości w celu zmniejszania różnicy stanowisk. W trakcie rozmów poruszano wiele zagadnień, takich jak traktat pokojowy, normalizacja stosunków dwustronnych, pomoc gospodarcza i energetyczna i denuklearyzacja Półwyspu Koreańskiego.

Północnokoreańskie komentarze wyraźnie wskazywały, że głównym celem Pjongjangu była dyskusja nad formalnym zakończeniem wojny koreańskiej i poprawą sytuacji gospodarczej. Natomiast strona amerykańska twierdziła, że spotkanie miało służyć przede wszystkim wznowieniu rozmów sześciostronnych, dotyczących denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Po powrocie z Pjongjangu Bosworth wielokrotnie podkreślał głębokie niezadowolenie USA z powodu północnokoreańskich deklaracji, mówiących o intensywnych pracach nad wzbogacaniem uranu. Wtórowała mu sekretarz stanu USA Hillary Clinton, która oznajmiła, że wizyta ambasadora Boswortha miała potwierdzić stałe zaangażowanie USA w rozmowach sześciostronnych, zaznaczając przy tym, że powodzenie całego procesu zależy od współpracy wszystkich zainteresowanych stron.

Krytyka i list Obamy
Ogólnikowe treści, wynikające z wizyty amerykańskiego przedstawiciela ds. Korei Północnej, sprawiły, że pojawiło się wiele krytycznych uwag w kontekście perspektyw rozwiązania północnokoreańskiego problemu. Zarówno lekceważąca postawa samego Kim Dzong Ila w stosunku do amerykańskiej delegacji, jak i nacisk na problemy traktatu pokojowego i pomocy gospodarczej, pokazały, że Korea Północna nie ma najmniejszych zamiarów poddać się dobrowolnej denuklearyzacji. Stosunkowo sceptycznie na temat wznowienia negocjacji wypowiedział się również przedstawiciel Korei Południowej ds. nuklearnych Wi Sung-Lac, który ocenił, że ciężko oczekiwać, aby wizyta Boswortha miała większy wpływ na powodzenie rozmów sześciostronnych.

Krytycznego podejścia nie zmienił również list prezydenta Baracka Obamy do Kim Dzong Ila, wręczony przez Boswortha w trakcie pobytu w Pjongjangu. Choć treść listu nie została ujawniona, zgodnie z informacjami południowokoreańskiej agencji informacyjnej Yonhap Obama miał zaproponować Kimowi powstanie biura łącznikowego w Pjongjangu, które stanowiłoby pierwsze stałe przedstawicielstwo USA w Korei Północnej. Zwolennicy pomysłu uważają, że istnienie amerykańskiej placówki umożliwiłoby regularny dialog na temat zarówno rozmów sześciostronnych, jak i pozostałych kwestii, takich jak traktat pokojowy czy pomoc gospodarcza dla Korei Północnej.
 


Tajlandzki numer i oferty Pjongjangu
Głosy wąskiej grupy optymistów były słyszalne zaledwie przez kilkadziesiąt godzin, gdyż po trzech dniach od wizyty Boswortha świat obiegła wiadomość o zatrzymaniu w Tajlandii samolotu, przewożącego 35 ton broni z Korei Północnej. Tym samym Pjongjang pogwałcił postanowienia rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1874 o zakazie eksportu/importu broni z/do Korei Północnej. Sprawne działania tajlandzkich służb zostały docenione przez Hillary Clinton, która podkreśliła konieczność solidarności międzynarodowej w zwalczaniu północnokoreańskiego zagrożenia.

Próbą zatarcia złego wrażenia była propozycja Korei Północnej z 11 stycznia 2010 roku o rozpoczęciu rozmów na rzecz zawarcia traktatu pokojowego, który oficjalnie zakończyłby stan wojny między dwoma państwami koreańskimi. Północnokoreańskie władze zasugerowały również, że przyjęcie tej oferty przez USA przy jednoczesnym zniesieniu sankcji wobec Korei Północnej przyczyniłoby się do szybszego wznowienia rozmów sześciostronnych i normalizacji stosunków na linii Pjongjang-Waszyngton. Jednak zarówno Korea Południowa, jak i USA sceptycznie odniosły się do północnokoreańskiego pomysłu. Amerykańscy przedstawiciele sugerowali, że zamiast oferty rozmów nad traktatem pokojowym Korea Północna powinna podjąć wszelkie środki na rzecz likwidacji broni nuklearnej i poprawy przestrzegania praw człowieka. Podnoszenie kwestii praw człowieka było związane z wcześniejszym raportem wysłannika USA ds. praw człowieka w Korei Północnej Roberta Kinga, który sytuację w tym kraju określił jako „przerażającą”.

Ofensywa Chin i ONZ
Podczas gdy Waszyngton nie potrafił znaleźć porozumienia z Pjongjangiem, do gry włączyły się Chiny. Efektem zaangażowania najbliższego partnera Korei Północnej była czterodniowa wizyta wysokiego urzędnika Komunistycznej Partii Chin Wang Jiaruiego w północnokoreańskiej stolicy w drugim tygodniu lutego. Chiński przedstawiciel spotkał się m.in. z Kim Dzong Ilem, który wyraził zamiar denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Równocześnie w Pekinie przedstawiciel Korei Północnej ds. nuklearnych Kim Kye-gwan rozmawiał z nowym wysłannikiem Chin ds. rozmów sześciostronnych Wu Daweim. Nie ujawniono jakichkolwiek szczegółów negocjacji, aczkolwiek nieoczekiwanie pojawiła się informacja o możliwej wizycie północnokoreańskiego przedstawiciela w USA, do czego miałoby dojść w marcu. Jednak rzecznik Departamentu Stanu USA Philip Crowley zaprzeczył tym rewelacjom.

W tym samym czasie w rozmowy z północnokoreańskimi władzami zaangażowała się ONZ. 10 lutego do Pjongjangu przyleciała delegacja na czele z zastępcą Sekretarza Generalnego ONZ ds. politycznych Lynnem Pascoe, który był najwyższym rangą dyplomatą z ramienia ONZ, odwiedzającym Koreę Północną od 2004 roku. Mimo że Pascoe uznał rozmowy za „bardzo przydatne”, to jego wizytę należy określić jako niepowodzenie. Co prawda Pjongjang wyraził chęć poprawy relacji z Seulem, jednak najważniejsze dla przedstawiciela ONZ była decyzja w sprawie rozmów sześciostronnych. Władze Korei Północnej stwierdziły, że nie chcą brać udziału w dialogu sześciostronnym, aczkolwiek nie wykluczyły takiej możliwości. Tym samym potwierdziło się, że północnokoreańskie władze prezentują odmienne stanowisko w rozmowach z Chinami i resztą świata.

Bez Chin ani rusz?
Wyraźna różnica stanowisk USA i Korei Północnej w trakcie wizyty Boswortha w Pjongjangu po raz kolejny pokazała wszelkie trudności, z jakimi musi się zmierzyć administracja Baracka Obamy w negocjacjach z reżimem Kim Dzong Ila. Uzależnianie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego od ostatecznego uregulowania pokojowego po wojnie koreańskiej oraz nacisk na pomoc gospodarczą pozostają niesłabnącymi postulatami strony północnokoreańskiej. Dodatkowo trudno oczekiwać, aby Kim Dzong Il zrezygnował z forsowanej od wielu lat zasady odstraszania nuklearnego, które ma uniemożliwiać domniemaną inwazję amerykańską.

Zachętą dla amerykańskich negocjatorów powinna być jednak deklaracja z obchodów 68. urodzin Kim Dzong Ila, które odbyły się 16 lutego. W tekście dokumentu zapowiedziano zakończenie wrogich relacji z USA oraz dążenie do poprawy stosunków z Koreą Południową wraz z podjęciem działań na rzecz jak najszybszego zjednoczenia państw koreańskich. Problem w tym, że w ostatnich latach Pjongjang wielokrotnie wysuwał podobne postulaty, z których jednak nic nie wynikało. Niemniej jednak pod koniec lutego USA wyraziły wstępną zgodę na rozpoczęcie rozmów dwustronnych z Koreą Północną. Ciężko ocenić na ile deklaracje Pjongjangu są szczere, ale pewne jest, że Korea Północna dawno nie znajdowała się w tak trudnej sytuacji gospodarczej. Dotkliwe sankcje międzynarodowe w połączeniu z kompletnie nieudaną reformą walutową sprawiają, że północnokoreańskie władze prawdopodobnie staną przed koniecznością złagodzenia stanowiska w sprawach nuklearnych dla uzyskania gwarancji pomocy gospodarczej z zagranicy. Jednak i w tym przypadku najwięcej do powiedzenia będą miały zapewne Chiny, które zapowiedziały przeprowadzenie w Korei Północnej inwestycji, opiewających na kwotę ok. 10 mld dol. w zamian za powrót Pjongjangu do rozmów sześciostronnych. Zgoda Kim Dzong Ila na denuklearyzację Półwyspu Koreańskiego w trakcie lutowego spotkania z przedstawicielem Chin zdaje się potwierdzać przyjęcie propozycji Pekinu.

Kolejne administracje amerykańskie są zaangażowane w sprawę północnokoreańską. Wielokrotne próby rozwiązania problemu na drodze negocjacji dwustronnych spotykały się ze sprzeciwem zarówno Korei Południowej i Japonii, jak i Chin. Stworzona w 2003 roku z inicjatywy Pekinu formuła rozmów sześciostronnych sprawiła, że Waszyngton stanął przed koniecznością skonfrontowania swoich koncepcji ze stanowiskami pozostałych zaangażowanych państw. Idea dialogu sześciostronnego potwierdziła również przekonanie, że bez udziału Chin niemożliwe jest jakiekolwiek uregulowanie kwestii koreańskiej. Sojusz polityczno-wojskowy sięgający czasów wojny koreańskiej, silne powiązania gospodarcze i częstotliwość ostatnich spotkań przedstawicieli Chin i Korei Północnej świadczą o tym, że najbliższy partner północnokoreańskiego reżimu będzie miał największy wpływ na charakter i przebieg negocjacji z Pjongjangiem. Ponadto, na początku marca do Pekinu przyleciała amerykańska delegacja, której celem jest wypracowanie wspólnego stanowiska z Chinami w sprawie ambicji nuklearnych Iranu i Korei Północnej. Wszystko więc wskazuje na to, że Waszyngton zdaje sobie sprawę ze znaczącej roli Pekinu, a amerykańsko-północnokoreański flirt po raz kolejny będzie musiał uznać wyższość chińsko-północnokoreańskiego małżeństwa.
 
Artykuł ukazał się na stronach alt Publikacja za zgodą wydawcy.
Czytany 11880 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 14:34