poniedziałek, 02 luty 2015 07:53

Nikita Afanasjew: Prezydent jako relikt oligarchatu

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Nikita Afanasjew

Bilans 2014 roku Petra Poroszenki jakoś nie wypada zgodnie z jego oczekiwaniami. Marni dziennikarze, zaproszeni przez organizatorów konferencji prasowej, nie zadawali stosownych pytań na które władza państwowa zamierzała odpowiedzieć. W rezultacie też nie udało się w tym czasie wykreować wizerunku prezydenta-reformatora jako alternatywy wobec dawnego układu władzy reprezentowanego przez „reżim Janukowycza”.

Przede wszystkim wyjaśniło się, że pytanie dotyczące wzrostu kursu dolara może zostać zadane nie tylko Władimirowi Putinowi. Pomijając kwestię niestosowności wspomnianego zapytania – odpowiedź na nie jest co najmniej problematyczna. Szczególnie zaś ta część, która dotyczy realnego spadku standardów życia na Ukrainie.

Kwestia działalności gospodarczej obecnego prezydenta – to, mówiąc nieco oględnie, wielka „pięta achillesowa” obecnego układu władzy w Kijowie. Odpowiedź na pytanie w kwestii kolejnej deklaracji dotyczącej zachowania pakietu kontrolnego nad „tubą propagandową” w postaci Kanału 5 również wywołuje rozdrażnienie wśród dziennikarzy. Wiązało się ono bowiem z projektem ustawy medialnej – opracowanym przez „nie posiadającego związków z Administracją Prezydencką” posła Mykołę Tomenkę. Z płynących sygnałów wynika jasno, że obecnie na ul. Bankowej [synonim siedziby prezydenta – uwaga tłumacza] urzęduje magnat telewizyjny, zaś na stworzenie normalnej telewizji publicznej nie ma co właściwie liczyć.

Właściwie nie ma sensu oczekiwać na jakąkolwiek sensowną odpowiedź. Uwidocznia się piętnastoletnie doświadczenie Petra Poroszenki w byciu „szarą eminencją” wobec ukraińskich mediów. A czytanie zadającym „niestosowne” pytania dziennikarzom sms-ów można zinterpretować jako: „wiemy, kto was przysłał i… dla kogo pracujecie”. Reakcja na pytanie – choć całkowicie stosowne – o postępy śledztwa w sprawie zabójstwa Heorhija Gongadze, które wywołano, pod koniec roku, medialną nagonkę na holding Ihora Kołomojskiego [1] [oskarżonego o szantaż i wykorzystywanie prywatnego kanału telewizyjnego do obwiniania o ten mord byłego prezydenta Łeonida Kuczmy – uwaga tłumacza] i ciągnącego się w „żółwim tempie” od niemal dekady także wymaga jasnej odpowiedzi – wydaje się, mówiąc nieco górnolotnie, zbyt wymijająca. Ten przykład pokazuje, że w kraju, gdzie niezależne finansowo media można policzyć na palcach jednej ręki, reszta została zmuszona do dostosowania się do „priorytetów społecznych” swych pryncypałów. Sprawa ta wypłynęła podczas tak znaczącego wydarzenia, jak konferencja prasowa podsumowujące dotychczasowy dorobek rządów głowy państwa. Z drugiej strony – należy zauważyć, że kto, jak kto, ale P. Poroszenko powinien znać odpowiedź na to pytanie.   

Nieprzypadkowo podczas spotkania wypłynął także temat praktyk z „kopertami” [nieoficjalna forma wynagrodzenia na zasadzie z ręki do ręki, w celu uniknięcia opodatkowania – uwaga tłumacza] stosowanymi w Kanale 5 [2]. Ostatnie, czego należałoby się spodziewać od strażnika konstytucji w powyższym temacie, to rozważania na temat, jak współcześnie biznesmenowi ciężko jest płacić oficjalne wynagrodzenie – a także usłyszeć zapewnienia, że od 2015 roku, dzięki planowanemu obniżeniu stawki ubezpieczenia społecznego, system stanie się bardziej transparentny. Bez cienia wątpliwości wymaga on naprawy, lecz podczas sześciomiesięcznych rządów obecnego szefa państwa można już było zrobić znacznie więcej. Tym bardziej w „Kanale, który jest nie do sprzedaży” – gdzie każda malwersacja może być ustawicznym powodem do oskarżeń wobec właściciela, nawet jeśli jeszcze nie marzy mu się II kadencja prezydencka.  

Mając jednak na względzie, jak ciężko jest P. Poroszence rozstać się z zaufanymi ludźmi (sprawa dymisji Walerija Hełeteja) [obwinianego za klęskę militarną pod Iłowajskiem – uwaga tłumacza], firmami (Kanał 5) lub pieniędzmi (dywidendy z firmy Roshen) – ciężko jest w to uwierzyć. Przy czym w celu usprawiedliwienia własnej osoby, aby ukazać swoje racje, prezydent wymyśla fantastyczne historie, które w czasie pokoju trącą myszką. Nic nie kosztuje przecież saga o wrześniowym rajdzie 1,2 tys. komandosów na zaplecze sił rebelianckich, o którym w epoce Internetu nikt nie słyszał [atak w rzeczywistości miał miejsce, lecz był on zupełnie nieplanowany i zakończył się dużymi stratami, co nie przeszkadzało oficjalnej propagandzie nazwać go „znamienitą operacją sił specjalnych” – uwaga tłumacza]. Nie mniej jednak nie można wykluczać, że mowa tu o jakiejś tajnej operacji specjalnej, o której szczegółach dowiemy się z programu Wehikuł czasu zapewne za jakieś pół wieku. Jednak wynurzeniach prezydenta P. Poroszenki były jak najbardziej współczesne, zwłaszcza, że niektóre historie, które są bardziej znane społeczeństwo. Przykładowo ta, kiedy jest mowa o szykanach wobec Roshenu.

Niewątpliwe w sierpniu 2014 r. handlowa wojna z Rosją zaczęła się właśnie od zakazu sprzedaży na jej rynku wewnętrznym produktów wspomnianej firmy, a wytwarzanych na Ukrainie. Jednak miała on przysłowiowego „asa w rękawie” w postaci dwóch fabryk cukierniczych w rosyjskim Lipiecku, do których zdecydowała się przenieść swoją dotychczasową produkcję z kraju. Pierwszą ofiarą tego „planu B” stał się, pracujący nawet pod niemiecką okupacją [w czasie II wojny światowej – uwaga tłumacza], zakład w Mariupolu. Nie będziemy nawet tu analizować faktu, że pod koniec 2013 roku P. Poroszenko (wtedy jedna z bardziej wyrazistych postaci EuroMajdanu), poprzez likwidację miejsce pracy wygnał na bezrobocie 700 ludzi, czym niewątpliwie doprowadził do wzrostu nastrojów secesjonistycznych we wspomnianym „mieście nad morzem” w kwietniu-maju następnego roku. Dzięki jednak Bogu, że miasto ostało się wówczas przy Ukrainie.

Naturalnie, aby zorganizować masową produkcję na tyłach agresora, były potrzebne pieniądze. Dlatego też zostało tam przelane prawie 100 milionów USD przeznaczone na modernizację i poszerzenie mocy produkcyjnych fabryk lipieckich, które zresztą w marcu Rosja i tak objęła embargiem pod pretekstem ochrony interesów miejscowych producentów. Czy można założyć, że dla koncernu Roshen, który od niemal chwili swojego założenia walczy o prawo użytkowania swojego logo handlowego z włoską firmą Ferrero – uważającej firmowy produkt kompanii P. Poroszenki za nieudolną kopię swoich cukierków Rocher [3] (co zaczęło się w czasach, kiedy nasz przywódca chodził jeszcze do szkoły), taki rozwój sytuacji był nieoczekiwany? Zapewne – nie.

Oczywiste, że Roshen rzeczywiście stał się jedną z pierwszych ofiar niezdrowego apetytu naszych północnych sąsiadów na Ukrainę. Jednak wszystko, co miało miejsce potem, to rezultat – nazwijmy to delikatnie – „małego rozumku” [jak u Kubusia Puchatka – uwaga tłumacza] połączonego z młodzieńczą fantazją zarządu Roshena, w którym obecny prezydent, mając na względzie legendarną namiętność do „ręcznego sterowania”, miał wtedy znacząca pozycję.

W związku z tym, wersja wspomnianych wydarzeń zaproponowana przez P. Poroszenke na swojej konferencji prasowej nie można zostać uznana za wiarygodną, zarówno dla jego osoby, jak i jego interesów. Wydaje się, że funkcjonuje on w „równoległej rzeczywistości”, gdzie uważa się za esencję rozumu, piękna, honoru i dostojeństwa – czyli wszystkiego, do czego może pretendować. I na pewno ta rzeczywistość nie występuje na dzisiejszej Ukrainie.

W tej sytuacji propozycja „pewnej dziennikarki”, aby wpływy z dywidendy Roshena przeznaczyć na wsparcie ukraińskiego funduszu emerytalnego dla weteranów wojennych to typowa „zasłona dymna”. Chociaż – z drugiej strony – trzeba także przyznać, smucie kolejnych opowiastek w stylu – inwestowaliśmy, inwestowaliśmy, inwestowaliśmy... – to także zwykła blaga, właśnie, z powodów wymienionych powyżej. Szczególnie zaś w sytuacji, kiedy założyciel i właściciel biznesu zaczyna najzwyczajniej na świecie „kręcić” w stylu: „to ja, ale nie ja – to moje, ale nie moje” proponując zwrócić się ze społecznym apelem do zarządu Roshenu z propozycją w sprawie wspomnianej dywidendy. To taka mieszanka populizmu i infantylności.

Podsumowując zatem medialny występ P. Poroszenki trzeba stwierdzić, iż było śmieszno i smutno zarazem… Ciężko bowiem obserwować, jak waga urzędu prezydenckiego i głównodowodzącego przygniotła ukraińskiego nuworysza (ze wszystkimi jego kompleksami i przywarami), odcisnęła swoje piętno i przerosła obiecującego (jak się jeszcze wydawało w czasie wyborów) przywódcę narodu. W sumie cieszy tylko jedno – z całą pewnością nie jest to drugi Janukowycz. To wariant przejściowy pomiędzy tym co nie do przyjęcia, a tym co normalne.

Przekład: Magdalena Kwaterniak
Fot. www.cbc.ca
Tekst pochodzi z portalu: www.ukrrudprom.ua

_______________________________________
Czytany 5827 razy