niedziela, 04 listopad 2012 08:21

Modest Kolerow: Armenia formułuje nową politykę wobec Rosji

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

armenia_flaggeopolityka  dr Modest Kolerow

Na tyle, na ile przypadkowym z taktycznego punktu widzenia stało się przedterminowe przedłużenie terminu stacjonowania rosyjskiej bazy wojennej na terytorium Armenii, na tyle nieprzypadkowymi są konsekwentne, publiczne i pochodzące ze szczytów władz ormiańskich działania mające na celu zdystansowanie się od Rosji.

Rzecz w tym, że odnawiająca się władza ormiańska, której celem stało się teraz maksymalne uniezależnienie państwa od układów oligarchicznych i skoncentrowanie całej renty administracyjnej w rękach rządzącej biurokracji, a zatem jej „technokratyczna” transformacja, zasadnie postrzega właśnie w Rosji źródło oligarchicznych bogactw, zaś bezzasadnie poszukuje na Zachodzie legitymacji dla niezależnych, technokratycznych rządów.

W obliczu nadchodzących wyborów prezydenckich, które jeden ze znanych amerykańskich analityków pochodzenia ormiańskiego zdążył już określić mianem bezalternatywnych, władze dążą istotnie do wykluczenia jakiejkolwiek, nawet czysto teoretycznej alternatywy, czy to związanej ze środkami „koncesjonowanych” krajowych oligarchów, czy to z opozycją demokratyczną, czy wreszcie -  z funduszami Ormian rosyjskich. Inwestycje rosyjskie w Armenii nie były i nie będą stanowiły czynnika politycznego, czego najlepszym dowodem jest lojalne wobec miejscowych władz zachowanie rosyjskiego kapitału w czasie wojny z Gruzją w 2008 roku. Inwestorami nie trzeba się zatem przejmować – bez sprzeciwu podzielą się z miejscowymi władzami administracyjną rentą, będą tworzyć wyspową infrastrukturę i pochylą czoła przed najbardziej nawet niekorzystnym prawodawstwem.

„Koncesjonowanym” oligarchom wskaże się zaś na sprzeczne z prawem pochodzenie ich kapitałów. Opozycji demokratycznej – coraz intensywniejszą współpracę wojenno-polityczną z USA bez jej udziału. Rosyjskim Ormianom – apetyty rosyjskiego imperializmu, wiecznie winnego wobec Ormiaństwa. Alternatywa jest jednak potrzebna, w pierwszym rzędzie właśnie w interesie rosyjskich Ormian i reprezentującej ich Rosji, aby patriotyczny obowiązek i historyczna solidarność nie ograniczały się wyłącznie do przelewów bankowych z Moskwy.

I właśnie od tej groźby przekształcenia zależności surowcowo-tranzytowej w zależność wyborczą próbują uratować się ormiańskie władze w przededniu wyborów prezydenckich 2013 roku. Dlatego właśnie masowe ucieczki od nędzy z Armenii do Rosji, określane mianem migracji zarobkowej, uznano za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Dlatego rosyjski program wsparcia przesiedlenia rodaków (czyli przyspieszonej legalizacji pobytu i ochrony prawnej owych migrantów) uznaje się za szkodliwy z punktu widzenia interesów Armenii. Powstaje już nawet wrażenie, że najbardziej tym interesom odpowiadałoby śmierć głodowa setek tysięcy emigrantów, byleby tylko zostali w ojczyźnie, oraz całkowite pozbawienie praw tych, którzy do Rosji jednak dotarli.

To właśnie dlatego premier Tigran Sarkisjan – w jawnej sprzeczności z historycznymi, ekonomicznymi faktami i praktyką – zaczął głośno i demonstracyjnie podkreślać, że Armenia nie może wstąpić do Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu, co byłoby zbawienne dla jej antyoligarchicznego systemu ekonomicznego. Tymczasem słyszymy, że nie ma wspólnych granic, że w historii nie było takiego przypadku. Jednocześnie Armenia wstępuje do Strefy Wolnego Handlu Wspólnoty Niepodległych Państw, choć przecież też nie ma z nią wspólnej granicy. Tak więc dla zniesienia 75% wszystkich opłat celnych (a właśnie dzięki nim rodzi się obecnie kompletnie niekontrolowana oligarchia) w ramach strefy, wspólna granica okazuje się niekonieczna, a już dla znalezienia się w likwidującej wszelkie cła unii o tym historycznym precedensie się zapomina. Wygląda też na to, że będąca kolejnym krokiem po Unii Celnej perspektywa powstania Unii Eurazjatyckiej, do której – nawet po wciągnięciu do jej tworzenia Kirgizji i Tadżykistanu – Armenia nie została zaproszona, jest dla tej ostatniej równie „historycznie” nie do przyjęcia. W odróżnieniu od mitycznej perspektywy wstąpienia do Unii Europejskiej, przeżywającej dziś zapewne swój najlepszy okres złotego wieku dobrobytu i rozkwitu.

Tigran Sarkisjan, ma się rozumieć, politycznie nie przeżywa prezydenckich wyborów 2013 roku. Ale jego ofiarna, choć mająca tyle słabych punktów, walka przeciwko zbyt zobowiązującym związkom Armenii z Rosją, ma wszelkie perspektywy ku temu, by stać się podstawą nowej, „technokratycznej” polityki Armenii na kierunku północnym.

Świadomie nie poruszam tu całego szeregu okoliczności geopolitycznych, które ograniczają pole manewru Armenii w wyborze priorytetów jej polityki zewnętrznej. Zresztą, szczerze mówiąc, w obliczu niemal symetrycznej współpracy wojskowo-technicznej Moskwy z Armenią i jednocześnie z Azerbejdżanem, w warunkach, gdy Rosja oba te walczące na śmierć i życie państwa określa mianem swoich „strategicznych partnerów”, dyplomatyczna retoryka jedynie ukrywa wobec Iranu, Turcji, Kurdystanu, Gruzji, Azerbejdżanu, wyzwania Nagornego Karabachu: Rosja niewiele może Armenii pomóc w jej kłopotach. Zapewne ma Rosja swoją szczególną, jeszcze nie spełnianą rolę dla losów Nagornego Karabachu, tyle, że rola ta może rozmijać się z oczekiwaniami Erewania. Podobnie jak wymuszona gospodarcza konfederacja Armenii z Gruzją, która mogłaby w sytuacji skrajnej być dla Erewania jedynym wyjściem, lecz ormiańskie władze zrobią wszystko, by do niej nie dopuścić, bowiem w ten sposób utraciłby własną państwowość.

Nie omawiam tych dobrze znanych węzłów także dlatego, że nowa „technokratyczna” perspektywa Armenii nie zważa na wielopoziomową sieć powiązanych regionalnych problemów Kaukazu, Bliskiego i Środkowego Wschodu, w których to prawie nieunikniona byłaby jej przegrana, bowiem oznacza ona próbę wyskoczenia z tej sieci. Perspektywa „technokratyczna” za wzorzec uznaje tragicznie poranione w okresie inspirowanych przez Waszyngton i Arabię Saudyjską „arabskich rewolucji” relacje USA i Izraela, w których ten ostatni stanowi oś poza współrzędnymi, centrum poza peryferiami, najbliższego partnera Stanów Zjednoczonych na Wschodzie. Perspektywa ta zakłada, że Armenia miałaby się stać takim najbliższym partnerem USA na Zakaukaziu.

Takiemu nowemu partnerowi całkowicie niepotrzebny jest jakiś system celno-oligarchiczny, pośrednicy z diaspory czy – już z pewnością – rosyjska straż. W okresie wyborów prezydenckich ceną tego partnerstwa będzie przekazanie Stanom Zjednoczonym i kontrolowanym przez nich obserwatorom z Izraela całości zewnętrznej legitymizacji nowego reżimu. To właśnie od nich teraz zależeć będzie, na ile demokratycznymi, równymi i przejrzystymi uznane będą wybory w Armenii, na ile w USA usłyszą o jej „technokratycznym” projekcie.

Czytany 5432 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04