sobota, 21 marzec 2015 07:48

Mirosław Majkowski: Słuszna sprawa czy zbiorowe samobójstwo?

Oceń ten artykuł
(29 głosów)

Mirosław Majkowski

Z każdym dniem widać coraz bardziej nachalny potop informacji związanych z tzw. „nadchodzącym zagrożeniem”. Tytuły artykułów na portalach internetowych, czołówki gazet, spikerzy radiowi i telewizyjni straszą nas Rosją, rewizjonizmem, totalitaryzmem, terroryzmem i wszelkimi pozostałymi nieszczęściami, jakie tylko człowiek człowiekowi jest w stanie uczynić. Historia zaś wiele razy pokazała, że homo sapiens może uczynić wiele złego, a jego zdolność do autodestrukcji jest niepodważalna. Z tego wszystkiego wyłania się nieodparte wrażenie, że ta powszechna rusofobiczna propagandą jest tak naprawdę przygotowaniem gruntu pod zbliżający się konflikt, który może nas bezpośrednio dotknąć. Sama zaś propaganda to nic innego, jak świetnie przygotowane elementy socjotechniki. Krótko mówiąc – proces oswajania nas z wojną ruszył pełną parą.

Trudne pytania

Czy mamy powody i interes do uczestnictwa w tej wojnie? Dlaczego Węgry odstają od polityki pozostałych krajów Unii Europejskiej? Czy jesteśmy na tę wojnę przygotowani? Wreszcie podstawowe pytanie – w czyim interesie jest ta wojna i eskalowanie napięcia? Przeanalizujmy kilka faktów.

Podczas rewolucji na kijowskim Majdanie, która pochłonęła wiele ofiar z obydwu stron (tylko o tych od strony rządowej jakoś się nie chce mówić i pamiętać, jakby to nie byli Ukraińcy), rządzący Polską, wraz z „jedyną słuszną opozycją”, bezkrytycznie i bez jakiegokolwiek zastanowienia poparli „majdanowców”, opowiadając się tym samym wyłącznie po jednej stronie barykady. Można odnieść wrażenie, jakby realizowali ściśle czyjeś wytyczne... Po inkorporacji Krymu przez Rosję, co bezsprzecznie zaburzyło pewien kilkudziesięcioletni ład w Europie, władze RP publicznie potępiły ten fakt, starając się jak zauważalnie i wyraziście podnosić wszem i wobec rosyjski rewizjonizm. Jednocześnie zapomniano, razem z pozostałą częścią Europy, o własnym grzechu rewizji granic i oderwaniu od Serbii Kosowa, co ostatecznie nastąpiło w 2008 r. Ponadto za ofiarność i odwagę polskich notabli w obronie Ukrainy i potępianiu Rosji zapłacili w praktyce uszczupleniem własnych dochodów polscy sadownicy, rolnicy, rzeźnicy, przetwórcy i wszelkiej maści przedsiębiorcy, którzy na handlu z Rosją zarabiali pieniądze, spłacali kredyty itp. W odpowiedzi usłużne władzy środki masowego przekazu publikowały mnóstwo artykułów o rzekomym szybkim i skutecznym podboju nowych rynków zbytu oraz tym samym wzrostu zadowolenia pośród naszych rodaków. Co jednak konkretnie otrzymaliśmy od Ukraińców w zamian za zaangażowanie się w ich konflikt z Rosją?

„Pstryczka w nos” w postaci raportu o państwach przyjaznych Ukrainie, w którym Polska nie znalazła się nawet w pierwszej dziesiątce, utrzymaniem ukraińskiego embarga na mięso, które nałożone zostało kilka lat przed nałożeniem rosyjskiego embarga, uczczeniem minutą ciszy przez parlament ukraiński pamięci Romana Szuchewycza – zbrodniarza, bezpośrednio odpowiedzialnego za ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej oraz kilka innych „cukiereczków”, jak choćby przejawiające się co jakiś czas postulaty „zwrotu Ukrainie Przemyśla i 16 innych powiatów”.

W mediach prócz tego Polaków straszy się, że po Ukrainie przyjdzie czas na Państwa Bałtyckie, a po nich na nasz kraj. W dodatku każe nam się stawać w obronie Łotyszy, którzy organizują w Rydze marsz ku czci weteranów-ochotników SS, czy Litwinów, którzy najbardziej na świecie nienawidzą Polaków, demonstrując to przy każdej nadarzającej się okazji. Należy tu jednak przyznać rację tym wszystkim straszącym – rzeczywiście przyjdzie i nasz czas, jeśli wciąż będziemy ufać tym „przyjaciołom” zza oceanu, którzy sprzedali nas za przysłowiową „paczkę fajek” Józefowi Stalinowi w Jałcie, Teheranie i Poczdamie... Warto również pamiętać, że będąc „sojusznikiem” USA, oraz posłusznie wypełniając wolę administracji kolejnego rezydenta Białego Domu, która do dziś nie zniosła wiz dla obywateli swojego wiernego sojusznika, znaleźliśmy się na „zaszczytnym” drugim miejscu po Stanach Zjednoczonych jako wróg Rosji. Z tego miejsca powinni być dumni czołowi polscy politycy... Wreszcie bowiem, nasz kraj znalazł się w ścisłej czołówce, a nie na szarym końcu.

W powyższym kontekście żal tylko zwykłych obywateli Ukrainy, którzy zarabiając grosze (dla przykładu pracownik banku we Lwowie zarabia miesięcznie 3000… hrywien – po przeliczeniu 480 zł), pracują wciąż na oligarchów z nowego rozdania, wysysających z tego kraju, co tylko można. Jednocześnie ci sami obywatele przelewają krew na wschodzie, walcząc pod Ługańskiem, Donieckiem czy Mariupolem z separatystami, powstańcami, czy jakkolwiek by ich nazywać oraz, co nie ulega wątpliwości – oddziałami rosyjskimi. Dla przeciętnych zjadaczy chleba na Ukrainie jednak nic się nie zmienia, a co gorsze – jeszcze długo się nie zmieni... Tylko Petro Poroszenko wraz z Arsenijem Jaceniukiem robią wszystko, aby wciągnąć świat w III wojnę światową.

Polska jako strona w konflikcie – szansa, czy ślepy zaułek?

Warto to powiedzieć wprost – o wiele więcej pomoglibyśmy Ukrainie pozostając bezstronni i przyjmując na siebie trudną rolę arbitra. Jednak takie podejście byłoby sprzeczne z wytycznymi płynącymi z Waszyngtonu. Podczas EuroMajdanu, kiedy nasi wybrańcy narodu brylowali na wiecach w otoczeniu czerwono-czarnych flag, premier Węgier (jedynego prawdziwie przyjacielskiego kraju w Europie) Victor Orban wizytował węgierskie jednostki wojskowe stacjonujące przy granicy z Ukrainą. To ten sam V. Orban, który ograniczył na Węgrzech samowolę „banksterów”, opodatkowując banki i sieci handlowe. Za ten sprzeciw wobec woli narzucanej przez Brukselę czy Waszyngton, starając się prowadzić suwerenną politykę, zgodną z interesem narodowym, doczekał się potępienia na europejskim forum oraz zamaskowanej „próby przewrotu” i wyciągania ludzi na ulicę. Przypomnijmy, że Węgry to chyba najbardziej pokrzywdzone państwo, któremu „europejscy przyjaciele” po I wojnie światowej zabrali olbrzymie połacie kraju. W efekcie dzisiaj Węgry są całkowicie pozbawione jakichkolwiek surowców naturalnych, będąc uzależnionymi całkowicie od dostaw zewnętrznych. Prowadzenie zatem mądrej polityki oznacza tym samym dla Budapesztu „być, albo nie być”. Dzięki takiemu podejściu Węgrzy płacą mniej niż my za rosyjski gaz, a Moskwa zapowiedziała zniesienie Budapesztowi embarga na artykuły żywnościowe.

Oczywiście w opiniach naszych rodzimych polityków można usłyszeć słowa potępienia dla V. Orbana. Premier Ewa Kopacz pozwoliła sobie na pouczanie szefa węgierskiego rządu, podobnie jak szef Rady Europejskiej Donald Tusk, w temacie zachowania tzw. europejskiej solidarności. Pytanie jednak brzmi – co takie solidarność z Europą wprost daje Węgrom? Czy na tak odważne postawienie pytania stać również decydentów nad Wisłą?

Czy Polska jest przygotowana do wojny?

Absolutnie nie. Aby prowadzić wojnę, należy posiadać środki finansowe, silną gospodarkę wraz z rozbudowanym przemysłem zbrojeniowym a przede wszystkim armię wraz przeszkolonymi rezerwistami. W obecnie zawarte sojusze raczej pokładać nadziei nie warto. Wskutek decyzji wielu rządów, w wykonaniu zwłaszcza ostatniej koalicji PO-PSL, Polska jest zadłużona „po uszy”, co pokazuje chociażby słynny zegar Leszka Balcerowicza w centrum Warszawy. W dodatku wszystkie dziedziny życia społecznego pozostają mocno niedoinwestowane, nie mówiąc o tym, że żadna z nich nie funkcjonuje prawidłowo. Większość naszego przemysłu znalazło się w zagranicznych rękach lub zostało doprowadzone do ruiny albo zlikwidowane. Nieliczne gałęzie zachowały się w formie szczątkowej, jak m.in. przemysł hutniczy, czy stoczniowy. Tym sposobem nasi europejscy sojusznicy pozbyli się z rynku konkurencji i zapewnili sobie rynek zbytu dla swoich towarów.

Najbardziej newralgiczny w kontekście potencjalnego konfliktu przemysł zbrojeniowy, mimo kilku udanych projektów, nie otrzymywał do tej pory znaczących zamówień krajowych, które pozwoliłyby mu na rozwinięcie skrzydeł. Lepiej przecież dawać zarabiać koncernom zbrojeniowych z innych państw, zwłaszcza tym znad Potomaku. Szczytem głupoty jest chociażby chęć zakupu rakiet Tomahawk do okrętów podwodnych, których polska Marynarka Wojenna jeszcze nie posiada, a które w de facto jeziorze, jakim jest Bałtyk, są dość łatwe do lokalizacji i szybkiego zniszczenia. No chyba, że mają operować z Atlantyku, co jednak nijak ma się do bezpośredniej obrony Polski. Takich przykładów można mnożyć...

Z uporem w mediach utrwala się mit, że posiadamy stutysięczną armię. Tak naprawdę posiadamy korpus ekspedycyjny, złożony z 40 tys. dobrze wyszkolonych żołnierzy. Jednak to kropla w morzu potrzeb. Przede wszystkim, wraz z uzawodowieniem wojska, popełniono niewybaczalny błąd, rezygnując z choćby podstawowego szkolenia rezerw. Obecnie najmłodsi rezerwiści mają po czterdzieści kilka lat. W całkowicie nieprzemyślany, niespójny sposób próbuje się dziś ratować tę sytuację, oferując chętnym przeszkolenie wojskowe. Nosi to znamiona wielkiej improwizacji, gdyż Wojskowe Komisje Uzupełnień są kompletnie nieprzygotowane do przyjęcia kandydatów. Brak również systemowego sprecyzowania kogo i w jakim kierunku się szkoli. Czy mają być to operatorzy wyspecjalizowanego sprzętu, kierowcy wozów bojowych, a może artylerzyści czy radiotelegrafiści?

W odpowiedzi na katastrofalną sytuację, w desperacji sięga się niechętnie, a wręcz z musu po ludzi, którzy swoją ofiarność do obrony ojczyzny deklarowali i deklarują od lat, szkoląc się samodzielnie lub oddolnie podejmując inicjatywy proobronne. Mowa tu o organizacjach i stowarzyszeniach paramilitarnych – strzelcach, harcerzach czy też członkach grup rekonstrukcyjnych. Ci ludzie stanowią olbrzymi, niewykorzystany jak dotąd potencjał do stworzenia brygad obrony terytorialnej, mających w założeniu być wsparciem w początkowej fazie konfliktu dla wojsk operacyjnych, a po potencjalnym przerwaniu linii frontu – przejść do prowadzenia działań nieregularnych na zapleczu wroga. W czasach pokoju pełniliby służbę pomocniczą w przypadku zaistnienia katastrof czy klęsk żywiołowych. To również najtańszy i nader skuteczny element odstraszania. Podjęcie przez Ministerstwo Obrony Narodowej dialogu z tymi organizacjami jest pewnym światełkiem w tunelu. Prawdziwe pytanie jednak brzmi, dlaczego tak późno?

Polska nie posiada praktycznie lotnictwa szturmowego. Myśliwców w Siłach Powietrznych tyle, co kot napłakał, zaś niegdyś świetne śmigłowce szturmowe Mi-24D, to obecnie latający złom. Niedawno zaś zakupione przy dźwiękach fanfar amerykańskie F-16 nie posiadają dotąd uzbrojenia. Obrona przeciwrakietowa i przeciwlotnicza de facto nie istnieje. Bez żadnego przemyślenia wyprzedano tereny strzelnic, poligonów, koszar, magazynów, likwidując tym samym zaplecze logistyczne dla wojsk własnych i ewentualnie sojuszniczych.

Obrona cywilna istnieje jedynie na papierze, a ze względów oszczędnościowych wiele służb nie jest przygotowanych do likwidacji elementarnych zagrożeń. Najlepszym tego przykładem był pożar mostu Łazienkowskiego w Warszawie i brak w tym wypadku wystarczających mocy wśród rzecznych jednostek ratowniczych. Tymczasem warto przypomnieć, że w czasie Zimnej Wojny, zresztą jak i dzisiaj, nasz kraj był przewidziany jest jako pole bitwy. Nikt zarówno wtedy, jak i obecnie nie będzie nas pytał czy tego chcemy, czy nie...

Znów trudne pytania...

Na koniec ostatnie i chyba najtrudniejsze pytanie: w czyim interesie jest trwająca wojna, jej rozszerzenie i eskalacja napięcia? Warto samodzielnie znaleźć odpowiedź, analizując w myśl starożytnej rzymskiej zasady cui bono? Kto na takiej wojnie potencjalnie zarobi? Gdzie będzie kupowane uzbrojenie i amunicja? Kto będzie rozszerzał swoją strefę wpływów, destabilizując przy tym szereg innych krajów, doprowadzając tam do krwawej jatki, pochłaniającej setki tysięcy niewinnych ofiar?

Jak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze. Cała reszta jest tylko ideologiczną przykrywką. Jedno jest pewne – świat zaczyna przypominać kocioł parowy, w którym już nikt nie kontroluje wzrastającego ciśnienia. Pytaniem zatem już nie brzmi czy ten kocioł wybuchnie, lecz kiedy to nastąpi i w jakiej skali. Chyba, że znajdzie się odważny, który odkręci zawór i spuści ciśnienie…

Fot. www.tuttnauer.com

Czytany 6018 razy Ostatnio zmieniany piątek, 20 marzec 2015 06:12